Ratownicy nie poszli śladem zaginionej Urszuli

Dominika Maciejasz
15.09.2010 , aktualizacja: 16.09.2010 15:40
A A A Drukuj
Ratownicy transportują ciało kobiety Fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta Ratownicy transportują ciało kobiety
Podczas gdy zrozpaczony ojciec zaginionej w lipcu 24-letniej fotoreporterki z Krakowa przez półtora miesiąca szukał córki po szlakach od Bieszczad po Karkonosze, turyści w Tatrach znaleźli dokumenty dziewczyny już tydzień po jej zaginięciu. Ten ważny ślad jednak zignorowano.
Ratownicy transportują ciało kobiety
Fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta
Ratownicy transportują ciało kobiety
Ratownicy transportują ciało kobiety
Fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta
Ratownicy transportują ciało kobiety
To najprawdopodobniej jej ciało znaleźli wczoraj ratownicy TOPR-u w potoku Roztoka. - Zaginiona utopiła się albo umarła na skutek obrażeń po upadku - przypuszcza Bartłomiej Stoch-Michna, dyżurny TOPR-u. O tym, czy jest to ciało poszukiwanej Urszuli z Krakowa, zdecyduje ostatecznie wynik testów DNA.

24-letnia Urszula wyszła z domu rankiem 28 lipca. Miała na sobie buty trekkingowe i sportową kurtkę. Prawdopodobnie zaplanowała wyjazd w góry, co było jej pasją, ale z jakiegoś powodu nie powiedziała o tym rodzinie. W ten sam dzień zamilknął też jej telefon.

Urszula współpracowała z "Gazetą Krakowską" jako fotoreporterka. Koleżanki z redakcji mówią o niej "wyjątkowo cicha, spokojna". Niewiele wiedziano o jej życiu prywatnym. Dlatego kiedy do redakcji przyszedł ojciec dziewczyny i oznajmił, że jego córka zniknęła, redakcyjni koledzy nie potrafili mu pomóc. - Próbowaliśmy szukać odpowiedzi na własną rękę, co mogło się z nią stać, pisaliśmy apele, bezskutecznie. Za mało o niej wiedzieliśmy - mówi koleżanka z redakcji.

Dzień po zaginięciu ojciec Urszuli zgłosił się na policji. Poszukiwania podjęli też pracownicy Itaki. Mimo iż w sprawach zaginięć są specjalistami, przypadek krakowskiej fotoreporterki był dla nich zagadkowy. - Właściwie nie było żadnych poszlak. Nic nie wskazywało, żeby miała jakiekolwiek problemy - mówił nam jeszcze w poniedziałek Piotr Bińczak z Itaki.

Najbardziej prawdopodobnym tropem, jaki podjęli pracownicy fundacji zajmującej się poszukiwaniami ludzi (m.in. ze względu na pasję dziewczyny), był jej wyjazd w góry. Razem z rodziną Urszuli rozwieszali plakaty z jej wizerunkiem w Karkonoszach, Bieszczadach i Tatrach. W poniedziałek zrozpaczony ojciec zaginionej samotnie dotarł do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów, gdzie zostawił plakat. I wtedy nastąpił przełom w poszukiwaniach.

Pracownicy schroniska skojarzyli dziewczynę na plakacie z dokumentami, które razem z plecakiem 7 sierpnia przynieśli do nich turyści. Grupa natknęła się na zgubę nieopodal wodospadu Siklawa. Personel pensjonatu powiadomił o znalezisku TOPR.

Dyżurujący wtedy toprowiec sprawdził dane dziewczyny w wewnętrznej bazie danych instytucji. Jej nazwisko tam nie figurowało. Ratownik uznał więc sprawę za zakończoną - nie polecił podjęcia poszukiwań, nie powiadomił też o sprawie policji. Dlaczego tego nie zrobił, skoro TOPR i policja korzystają z osobnych systemów gromadzenia danych i bez potwierdzenia policji nie mógł mieć pewności, że dziewczyna nie jest poszukiwana? - Przyznaję, że doszło do zaniedbania i sprawa nabrała tempa dopiero we wrześniu, po wizycie ojca w schronisku. Niestety, gdy znaleziono plecak, był środek sezonu, kiedy codziennie turyści przynoszą do nas zagubione rzeczy. W 99 proc. okazuje się, że są to przedmioty zgubione na szlaku - mówi Jan Krzysztof, naczelnik TOPR-u.

Bez winy nie jest też schronisko, którego pracownicy powinni byli oddać dokumenty Urszuli, a najlepiej przekazać je do najbliższej jednostki policji. Tymczasem plecak wraz z dokumentami był w schronisku do czasu, kiedy dotarł tam ojciec 24-latki.

Dlaczego policja, mając informację o tym, że Urszula była miłośniczką gór, nie zawiadomiła o sprawie komendy w Zakopanem i nie powiadomiła TOPR-u? - Było wiele poszlak wskazujących na to, że zaginiona mogła być nie tylko w górach, ale też nad morzem. Drugą wersję rozważano jako bardziej prawdopodobną i jednostka na północy kraju została o tym poinformowana. Z TOPR-em mamy taką umowę, że to oni nas informują, gdy dostają tego typu sygnały. Chyba, że poszlaki jednoznacznie wskazują na Tatry - wyjaśnia Dariusz Nowak z małopolskiej policji.

Po tym, jak plecak wpadł w ręce ojca Urszuli, mężczyzna zawiadomił policję w Zakopanem i TOPR. Ratownicy rozpoczęli poszukiwania w środę i po kilku godzinach odnaleźli ciało kobiety. Zwłoki, zaczepione o skałę w potoku Roztoka, znajdowały się w odległości ok. 150 metrów od wodospadu Siklawa - miejsca, gdzie turyści pięć tygodni wcześniej znaleźli plecak dziewczyny.

Komentarz Bartłomieja Kurasia. Zaniedbania w Tatrach

W tym samym czasie, co Urszula, nad morzem zaginęła Iwona. O poszukiwaniach tej drugiej wiedziała cała Polska, o tej pierwszej - prawie nikt. W nawale wakacyjnych interwencji TOPR zignorowało wiadomość o odnalezieniu plecaka Urszuli, bo nikt wcześniej nie poinformował ratowników, że kobieta zaginęła, choć policyjne poszukiwania trwały już ponad tydzień. To karygodne, że dokumentów Urszuli, odnalezionych w górach, nie przekazano policji. Tak samo naganne jest to, że policja poszukując podczas wakacji młodej kobiety, nie poinformowała o tym TOPR-u. Nie doszłoby do tych zaniedbań, gdyby ratownicy mieli dostęp do policyjnej bazy osób zaginionych. Ale nie mają, choć obie służby podlegają Ministerstwu Spraw Wewnętrznych i Administracji. Wnioski z tej sprawy ratownicy, policjanci i ministerialni urzędnicy muszą wyciągnąć wspólnie. By taka historia już się w Tatrach nie powtórzyła. Innym razem wszczęte na czas poszukiwania mogą komuś uratować życie.

Podziel się

  • 17 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    38 głosów

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu