Jerzy Legutko
02.01.2012
, aktualizacja: 02.01.2012 12:28
Pamięci prawdziwego przyjaciela - niezastąpionego, sumiennego, ciepłego człowieka, Jerzego Legutki.
Jest koniec roku 1981, pierwsze dni stanu wojennego. Telefony, jak wiadomo, nie działają. Aby dowiedzieć się, co słychać u znajomych, trzeba ich po prostu odwiedzić. Jedną z pierwszych osób, która zjawia się w naszym domu, jest Jurek Legutko. Przyszli z małym synkiem Jasiem, obaj nieco wystraszeni, aby dowiedzieć się, czy czegoś nam nie potrzeba.
Poznaliśmy się, gdy Jurek był kierowcą w Wydawnictwie Literackim. Woził przede wszystkim dyrektora Andrzeja Kurza, ale również, w razie potrzeby, wydawane przez WL książki lub ich autorów, w tym często Macieja Słomczyńskiego. Nieraz bywał pośrednikiem między wydawnictwem a moim mężem - zawoził go na spotkania z dyrektorem, przywoził umowy, egzemplarze autorskie lub redaktorki do domu. Mój mąż auta nie prowadził, często potrzebował kierowcy z wygodnym samochodem, a że złapanie taksówki było w PRL-u niemałym wyczynem, więc rolę "taksówkarza" po godzinach pracy spełniał często właśnie Pan Jurek.
Ułatwiał to fakt, że Państwo Legutkowie (Pani Oleńka również pracowała w Wydawnictwie Literackim, odpowiadając za finanse) mieli dom niedaleko Cichego Kącika, gdzie wówczas mieszkaliśmy. Rodzice Jerzego Legutki byli z dziada pradziada mieszkańcami Woli Justowskiej, która, jak lubił mówić, niegdyś w połowie należała do jego przodków. Na ścianie w domu Legutków wśród wielu pamiątek rodzinnych wisiało stare zdjęcie dziadków z Woli, urocza fotografia pięknej matki, portret kuzyna zastrzelonego na Woli przez Niemców w czasie pacyfikacji. Był z tej genealogii dumny, chociaż jego matka była autentyczną Francuzką, więc nie był li tylko chłopakiem z krakowskiego przedmieścia. Niechętnie też przyznawał się do znajomości języka francuskiego, to przecież nie należało do obrazu, jaki sam wykreował: zwyczajnego faceta kochającego motocykle, samochody, pływanie i wakacyjne wypady. A kierowcą nie był zwykłym, lecz znakomitym. Nigdy się za kierownicą nie denerwował, żadne warunki drogowe nie były mu straszne i nie słyszałam, aby kiedykolwiek miał najmniejszą stłuczkę. Nie był też przeciętnym towarzyszem podróży. Mój mąż uwielbiał z nim jeździć także dlatego, że zawsze można było z nim ciekawie porozmawiać, inteligentnie pożartować. Co roku, 17 kwietnia, w rocznicę śmierci ukochanej matki mojego męża, Angielki, Marjorie Crosby, wyruszali razem do Łodzi - może też te cudzoziemskie matki w jakiś sposób ich mentalnie łączyły. Na jaki temat prowadzili męskie rozmowy zamknięci razem przez kilka godzin w małej przestrzeni samochodu? Nie wiem - chciałoby się wierzyć, że dziś mają możliwość pogadać ze sobą znowu.
Lata mijały, a Pan Jurek woził nas, gdzie tylko trzeba. Był niezmiennie uczynny, stale uśmiechnięty, nigdy nie odmawiał żadnej pomocy, nawet w środku nocy potrafił ratować nas z różnych życiowych opresji (nagły wyjazd, chore dziecko, zepsute auto na ciemnej drodze). Zawsze niezwykle delikatny, sympatyczny, inteligentny i wrażliwy. Kiedy mój mąż zaczął chorować i lekarze zalecili mu spacery, umawiali się i jechali pod Kraków lub szli razem do Lasu Wolskiego i rozmawiali o życiu. O życiu, bo żadnej plotki dotyczącej Wydawnictwa i wspólnych znajomych nie można się było od niego dowiedzieć. Zawsze mówił - ja nic nie wiem, nie słyszałem, a wiedział wszystko, ale miał cechę tak dziś rzadką - dyskrecję. Choć pozostali do końca "na Pan", mało miał Słomczyński w życiu tak prawdziwych przyjaciół. Bo to on, jako jeden z nielicznych, w trudnych chwilach nigdy go nie zawiódł. Jurek był człowiekiem niezastąpionym i dlatego trudno jest nam uwierzyć, że 6 grudnia minęła już piąta rocznica jego śmierci.
Ewo, Jasiu - mieliście świetnego Ojca.
Panie Jurku, bardzo nam Pana brakuje.
Poznaliśmy się, gdy Jurek był kierowcą w Wydawnictwie Literackim. Woził przede wszystkim dyrektora Andrzeja Kurza, ale również, w razie potrzeby, wydawane przez WL książki lub ich autorów, w tym często Macieja Słomczyńskiego. Nieraz bywał pośrednikiem między wydawnictwem a moim mężem - zawoził go na spotkania z dyrektorem, przywoził umowy, egzemplarze autorskie lub redaktorki do domu. Mój mąż auta nie prowadził, często potrzebował kierowcy z wygodnym samochodem, a że złapanie taksówki było w PRL-u niemałym wyczynem, więc rolę "taksówkarza" po godzinach pracy spełniał często właśnie Pan Jurek.
Ułatwiał to fakt, że Państwo Legutkowie (Pani Oleńka również pracowała w Wydawnictwie Literackim, odpowiadając za finanse) mieli dom niedaleko Cichego Kącika, gdzie wówczas mieszkaliśmy. Rodzice Jerzego Legutki byli z dziada pradziada mieszkańcami Woli Justowskiej, która, jak lubił mówić, niegdyś w połowie należała do jego przodków. Na ścianie w domu Legutków wśród wielu pamiątek rodzinnych wisiało stare zdjęcie dziadków z Woli, urocza fotografia pięknej matki, portret kuzyna zastrzelonego na Woli przez Niemców w czasie pacyfikacji. Był z tej genealogii dumny, chociaż jego matka była autentyczną Francuzką, więc nie był li tylko chłopakiem z krakowskiego przedmieścia. Niechętnie też przyznawał się do znajomości języka francuskiego, to przecież nie należało do obrazu, jaki sam wykreował: zwyczajnego faceta kochającego motocykle, samochody, pływanie i wakacyjne wypady. A kierowcą nie był zwykłym, lecz znakomitym. Nigdy się za kierownicą nie denerwował, żadne warunki drogowe nie były mu straszne i nie słyszałam, aby kiedykolwiek miał najmniejszą stłuczkę. Nie był też przeciętnym towarzyszem podróży. Mój mąż uwielbiał z nim jeździć także dlatego, że zawsze można było z nim ciekawie porozmawiać, inteligentnie pożartować. Co roku, 17 kwietnia, w rocznicę śmierci ukochanej matki mojego męża, Angielki, Marjorie Crosby, wyruszali razem do Łodzi - może też te cudzoziemskie matki w jakiś sposób ich mentalnie łączyły. Na jaki temat prowadzili męskie rozmowy zamknięci razem przez kilka godzin w małej przestrzeni samochodu? Nie wiem - chciałoby się wierzyć, że dziś mają możliwość pogadać ze sobą znowu.
Lata mijały, a Pan Jurek woził nas, gdzie tylko trzeba. Był niezmiennie uczynny, stale uśmiechnięty, nigdy nie odmawiał żadnej pomocy, nawet w środku nocy potrafił ratować nas z różnych życiowych opresji (nagły wyjazd, chore dziecko, zepsute auto na ciemnej drodze). Zawsze niezwykle delikatny, sympatyczny, inteligentny i wrażliwy. Kiedy mój mąż zaczął chorować i lekarze zalecili mu spacery, umawiali się i jechali pod Kraków lub szli razem do Lasu Wolskiego i rozmawiali o życiu. O życiu, bo żadnej plotki dotyczącej Wydawnictwa i wspólnych znajomych nie można się było od niego dowiedzieć. Zawsze mówił - ja nic nie wiem, nie słyszałem, a wiedział wszystko, ale miał cechę tak dziś rzadką - dyskrecję. Choć pozostali do końca "na Pan", mało miał Słomczyński w życiu tak prawdziwych przyjaciół. Bo to on, jako jeden z nielicznych, w trudnych chwilach nigdy go nie zawiódł. Jurek był człowiekiem niezastąpionym i dlatego trudno jest nam uwierzyć, że 6 grudnia minęła już piąta rocznica jego śmierci.
Ewo, Jasiu - mieliście świetnego Ojca.
Panie Jurku, bardzo nam Pana brakuje.
| Teresa Słomczyńska, | Daisy i Wojtek |
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień



