Pięciu Muszkieterów
02.01.2012
, aktualizacja: 02.01.2012 12:30
Wspólne losy pięciu przyjaciół, którzy spędzili lata gimnazjalne w Krakowie - mieście, które ocalało od zniszczeń wojennych, ale popadało w ruinę od skażenia atmosfery przez komunistyczne bezsensowne uprzemysłowienie.
Wspólne rozmowy - opowiadania o nauczycielach, dziewczynach, o przeżyciach niedawno zakończonej wojny. Pierwsze wycieczki do Zakopanego, wędrówki po górach i zjazdy z Kasprowego. Szkolne zabawy taneczne, a zwłaszcza ulubione potańcówki w YMCA, dokąd zaproszenie było nobilitacją, zresztą nietrudną do uzyskania. I wspólne lata na Wydziale Lekarskim UJ, przekształconym przez władze komunistyczne w Akademię Medyczną. Wspólne dojrzewanie do zawodu, wspólne klepanie siermiężnej biedy PRL-u, wspólne odczucie opresji i ucisku przez reżim. Uczucie upokorzenia, że uzyskanie dyplomu lekarza, nabywanie wiedzy i doświadczenia w tym trudnym zawodzie nie daje perspektyw godnego życia ani stabilizacji rodzinie. I w końcu - niemal równocześnie, w latach 60., różnymi sposobami opuszczenie PRL-u i początek nowej egzystencji w warunkach zapewniających to wszystko, czego brakowało w kraju niszczonym przez komunizm.
Ale więź wspólnie spędzonej młodości pozostała nienaruszona i każde spotkanie, wspólne wakacje w różnych krajach były odnowieniem wspólnoty i przyjaźni, a niesienie pomocy przyjacielowi-koledze było zawsze miłym obowiązkiem. I nigdy nie było wątpliwe, że niezależnie od kraju, w którym przyszło nam żyć, niezależnie od języka, w którym przyszło nam pracować, polska kultura jest istotą indywidualności każdego z nas.
Tak płynęły dziesięciolecia, aż nadszedł czas, gdy rolę lekarza przyszło zamienić na status pacjenta. A wtedy się okazało, że za naszą pewność siebie i opanowanie w leczeniu innych płacimy ciężko, gdy poważna, śmiertelna choroba dotknie nas samych. Wtedy lepiej być szewcem ufnym w siłę medycyny niż lekarzem świadomym, że jego medycyna doszła do kresu możliwości.
Tak wspólnota Muszkieterów doszła do swojego kresu.
Jerzy Kalczyński (rentgenolog, 1930-2000)
Zwany dla małego wzrostu Kropelka. Mimo filigranowości zawsze zauważalny w towarzystwie, popularny i dowcipny, potrafiący nawiązywać kontakty w rozmaitych środowiskach. Zawsze modnie ubrany, znawca dobrego jedzenia i ekspert grzybów. Jednak niski wzrost widocznie mu ciążył i ciągnął go z biegiem lat w napoleońską manierę, która nie wszędzie zyskiwała sympatię. Po opuszczeniu Polski wylądował w Szwecji, a po dziesięcioletnim pobycie przeniósł się na lepsze warunki do Szwajcarii, gdzie przebywał do końca kariery zawodowej. Z radością powrócił na zasłużony stan spoczynku do Szwecji, jednak okrutny los nie dał mu długo cieszyć się upragnioną emeryturą. Zachorował na raka grasicy - do końca nie tracił nadziei na wyzdrowienie, nawet na dwa miesiące przed śmiercią kupił nowy, wielki samochód. Jednak przejechał nim tylko niewiele kilometrów...
Tadeusz Stangel (urolog, 1929-2008)
Doszedłszy w Niemczech dzięki własnym zdolnościom i sprzyjającym okolicznościom do więcej niż doskonałej sytuacji finansowej, zawsze był świadomy, że majątek nic nie jest wart, jeżeli się go nie dzieli z innymi. W wielu rezydencjach gościł hojnie przyjaciół i wynagradzał stare długi z czasów, gdy kanapka ze serem była dla niego upragnioną ucztą. Wspomagał potrzeby Polski także przed katastrofą stanu wojennego. Był bezinteresownie uczynny i pomocny, szczery i bezpośredni. Na przemian romantyczny i racjonalny, wszechstronnie oczytany, miłośnik historii - w szczególności Polski i Francji. Wielogodzinne nocne rozmowy przy herbacie (ale bez wina!) były pełne treści i napięcia, które pozostaną na zawsze w mojej pamięci. Ale czasami była to nie polityka czy historia, ale piłka nożna.
Tadeusz zachorował na raka jelita grubego. Może by przeżył, gdyby nie oddał się w ręce sławnego profesora chirurgii w Düsseldorfie. To nonszalanckie, nieprofesjonalne leczenie można określić jedynie jako serię błędów w sztuce lekarskiej. Spowodowało wiele dodatkowych cierpień i nie uratowało życia. Znosił postępującą chorobę ze stoickim spokojem i pełną świadomością nieuchronności swojego losu.
Spoczywa w swoim rodzinnym Podgórzu, w grobowcu, który sam sobie przygotował.
Stanisław Remin (pediatra 1929-2011)
Krakowiak nieurodzony w Krakowie, któremu akcent wschodni pozostał, mimo że opuścił strony rodzinne jako młody chłopiec. Niewiele lat po uzyskaniu specjalizacji stał się niekoronowanym królem praktykujących w Krakowie pediatrów - on kochał dzieci, w nim kochały się matki - określenie "reminopęd" było miarą jego popularności. Dzieci biednych rodziców i niezliczonych przyjaciół leczył za darmo - była to duża część jego pacjentów. W jego dobrym sercu było też dużo miejsca dla psów - dopiero ostatni z nich okazał się niegodny swojego pana. Nawet zaangażowany treser oświadczył, że ten pies nie nadaje się do nauki. Rozstanie z nim było ciężkim przeżyciem.
Staszek ordynował w niewielkim mieszkaniu na ul. Urzędniczej - korytarz był poczekalnią, gdzie zapach pieluch mieszał się z woniami dochodzącymi z kuchni. W gabinecie pies Toy witał pacjentów. Suma pięter, które przeszedł w życiu do mieszkań chorych dzieci, może się równać z wysokością szczytów w Himalajach. W czasie opresji komunistycznej żadna pozycja nie dawała stabilności, a dzień jutrzejszy zależał od chwilowego uznania dygnitarzy partyjnych i milicyjnych. Ucieczka rodziny Reminów przeszmuglowanych przez granicę jugosłowiańsko-włoską przez przypadkowo spotkanych Niemców w bagażnikach dwóch samochodów mogłaby być dobrym scenariuszem filmowym.
W Niemczech, w nowym kraju, na nowym terenie pediatra dr Remin w niedługim czasie stał się tak popularny jak poprzednio w Krakowie. Ogromny tłum mieszkańców Kettwig zebrał się pod jego praktyką, gdy przechodził na emeryturę, przemówienia i liczne prezenty świadczyły, jako bardzo był ceniony i lubiany.
Upływ lat zniszczył jego naczynia krwionośne - w nogach, w sercu, a w końcu w mózgu - życie stało się bardzo trudne dla niego samego i otoczenia, ale wolne od niszczącego lęku, który towarzyszy lekarzom w chorobie nowotworowej. Dla niego to pewnie i lepiej, że odszedł w taki sposób...
Wilhelm Karp (rentgenolog 1930-2011)
Wilek - zwany także Rybka. Gdyby nie to, że był znakomitym lekarzem, można by powiedzieć, że sport był jego powołaniem - tenis i narty towarzyszyły całej jego karierze. W ostatnich dziesięcioleciach narzekał, że nawet wnukowie jego przyjaciół nie mogą za nim nadążyć na stokach narciarskich. Jedyny z Muszkieterów, który opuścił PRL w (niby) legalny sposób - do Izraela. Po krótkim pobycie w Izraelu przybył do Szwecji, gdzie pracował wiele lat i habilitował się w rentgenologii. Jednak to był tylko etap w drodze do pokrytych śniegiem szwajcarskich gór. Tam, mając Alpy w bliskości, dał się poznać jako wysoko ceniony specjalista w radiologii interwencyjnej, sportowiec i serdeczny kolega, który załatwiał pracę wielu radiologom z Polski przybywającym do pracy w Szwajcarii. Wilek był rycerzem bez skazy - zawsze życzliwy, nigdy niewmieszany w intrygi, pogodny i subtelnie dowcipny, lojalny nawet wobec tych, którzy go zawiedli. Miłość do języka polskiego - pewnie utwierdzona w czasie wojennego zesłania do sowieckiego Kazachstanu - przekazał córce, która nigdy nie chodziła do polskiej szkoły. Wzruszał kultem pamięci swojej nagle zmarłej żony, mówiąc, że wolałby, aby go opuściła dla innego mężczyzny, bo wtedy by wiedział, że przynajmniej jej jest dobrze. Jej straty nigdy nie przebolał.
I jemu los nie oszczędził lekarskiej śmierci nowotworowej.
Zachorował na raka pęcherza moczowego, przeszedł wiele operacji i nieskutecznych chemioterapii. Po czterech latach zmarł nagle, wcześniej niż rozwój jego choroby mógł na to wskazywać. Wśród żałobnego zgromadzenia na cmentarzu w Aarau byli też lekarze rentgenolodzy z Polski, którzy przybyli, by spłacić dług wdzięczności za pomoc, którą im okazywał.
Piąty Muszkieter - Paweł Mikułowski
Malmö (Szwecja)
Ale więź wspólnie spędzonej młodości pozostała nienaruszona i każde spotkanie, wspólne wakacje w różnych krajach były odnowieniem wspólnoty i przyjaźni, a niesienie pomocy przyjacielowi-koledze było zawsze miłym obowiązkiem. I nigdy nie było wątpliwe, że niezależnie od kraju, w którym przyszło nam żyć, niezależnie od języka, w którym przyszło nam pracować, polska kultura jest istotą indywidualności każdego z nas.
Tak płynęły dziesięciolecia, aż nadszedł czas, gdy rolę lekarza przyszło zamienić na status pacjenta. A wtedy się okazało, że za naszą pewność siebie i opanowanie w leczeniu innych płacimy ciężko, gdy poważna, śmiertelna choroba dotknie nas samych. Wtedy lepiej być szewcem ufnym w siłę medycyny niż lekarzem świadomym, że jego medycyna doszła do kresu możliwości.
Tak wspólnota Muszkieterów doszła do swojego kresu.
Jerzy Kalczyński (rentgenolog, 1930-2000)
Zwany dla małego wzrostu Kropelka. Mimo filigranowości zawsze zauważalny w towarzystwie, popularny i dowcipny, potrafiący nawiązywać kontakty w rozmaitych środowiskach. Zawsze modnie ubrany, znawca dobrego jedzenia i ekspert grzybów. Jednak niski wzrost widocznie mu ciążył i ciągnął go z biegiem lat w napoleońską manierę, która nie wszędzie zyskiwała sympatię. Po opuszczeniu Polski wylądował w Szwecji, a po dziesięcioletnim pobycie przeniósł się na lepsze warunki do Szwajcarii, gdzie przebywał do końca kariery zawodowej. Z radością powrócił na zasłużony stan spoczynku do Szwecji, jednak okrutny los nie dał mu długo cieszyć się upragnioną emeryturą. Zachorował na raka grasicy - do końca nie tracił nadziei na wyzdrowienie, nawet na dwa miesiące przed śmiercią kupił nowy, wielki samochód. Jednak przejechał nim tylko niewiele kilometrów...
Tadeusz Stangel (urolog, 1929-2008)
Doszedłszy w Niemczech dzięki własnym zdolnościom i sprzyjającym okolicznościom do więcej niż doskonałej sytuacji finansowej, zawsze był świadomy, że majątek nic nie jest wart, jeżeli się go nie dzieli z innymi. W wielu rezydencjach gościł hojnie przyjaciół i wynagradzał stare długi z czasów, gdy kanapka ze serem była dla niego upragnioną ucztą. Wspomagał potrzeby Polski także przed katastrofą stanu wojennego. Był bezinteresownie uczynny i pomocny, szczery i bezpośredni. Na przemian romantyczny i racjonalny, wszechstronnie oczytany, miłośnik historii - w szczególności Polski i Francji. Wielogodzinne nocne rozmowy przy herbacie (ale bez wina!) były pełne treści i napięcia, które pozostaną na zawsze w mojej pamięci. Ale czasami była to nie polityka czy historia, ale piłka nożna.
Tadeusz zachorował na raka jelita grubego. Może by przeżył, gdyby nie oddał się w ręce sławnego profesora chirurgii w Düsseldorfie. To nonszalanckie, nieprofesjonalne leczenie można określić jedynie jako serię błędów w sztuce lekarskiej. Spowodowało wiele dodatkowych cierpień i nie uratowało życia. Znosił postępującą chorobę ze stoickim spokojem i pełną świadomością nieuchronności swojego losu.
Spoczywa w swoim rodzinnym Podgórzu, w grobowcu, który sam sobie przygotował.
Stanisław Remin (pediatra 1929-2011)
Krakowiak nieurodzony w Krakowie, któremu akcent wschodni pozostał, mimo że opuścił strony rodzinne jako młody chłopiec. Niewiele lat po uzyskaniu specjalizacji stał się niekoronowanym królem praktykujących w Krakowie pediatrów - on kochał dzieci, w nim kochały się matki - określenie "reminopęd" było miarą jego popularności. Dzieci biednych rodziców i niezliczonych przyjaciół leczył za darmo - była to duża część jego pacjentów. W jego dobrym sercu było też dużo miejsca dla psów - dopiero ostatni z nich okazał się niegodny swojego pana. Nawet zaangażowany treser oświadczył, że ten pies nie nadaje się do nauki. Rozstanie z nim było ciężkim przeżyciem.
Staszek ordynował w niewielkim mieszkaniu na ul. Urzędniczej - korytarz był poczekalnią, gdzie zapach pieluch mieszał się z woniami dochodzącymi z kuchni. W gabinecie pies Toy witał pacjentów. Suma pięter, które przeszedł w życiu do mieszkań chorych dzieci, może się równać z wysokością szczytów w Himalajach. W czasie opresji komunistycznej żadna pozycja nie dawała stabilności, a dzień jutrzejszy zależał od chwilowego uznania dygnitarzy partyjnych i milicyjnych. Ucieczka rodziny Reminów przeszmuglowanych przez granicę jugosłowiańsko-włoską przez przypadkowo spotkanych Niemców w bagażnikach dwóch samochodów mogłaby być dobrym scenariuszem filmowym.
W Niemczech, w nowym kraju, na nowym terenie pediatra dr Remin w niedługim czasie stał się tak popularny jak poprzednio w Krakowie. Ogromny tłum mieszkańców Kettwig zebrał się pod jego praktyką, gdy przechodził na emeryturę, przemówienia i liczne prezenty świadczyły, jako bardzo był ceniony i lubiany.
Upływ lat zniszczył jego naczynia krwionośne - w nogach, w sercu, a w końcu w mózgu - życie stało się bardzo trudne dla niego samego i otoczenia, ale wolne od niszczącego lęku, który towarzyszy lekarzom w chorobie nowotworowej. Dla niego to pewnie i lepiej, że odszedł w taki sposób...
Wilhelm Karp (rentgenolog 1930-2011)
Wilek - zwany także Rybka. Gdyby nie to, że był znakomitym lekarzem, można by powiedzieć, że sport był jego powołaniem - tenis i narty towarzyszyły całej jego karierze. W ostatnich dziesięcioleciach narzekał, że nawet wnukowie jego przyjaciół nie mogą za nim nadążyć na stokach narciarskich. Jedyny z Muszkieterów, który opuścił PRL w (niby) legalny sposób - do Izraela. Po krótkim pobycie w Izraelu przybył do Szwecji, gdzie pracował wiele lat i habilitował się w rentgenologii. Jednak to był tylko etap w drodze do pokrytych śniegiem szwajcarskich gór. Tam, mając Alpy w bliskości, dał się poznać jako wysoko ceniony specjalista w radiologii interwencyjnej, sportowiec i serdeczny kolega, który załatwiał pracę wielu radiologom z Polski przybywającym do pracy w Szwajcarii. Wilek był rycerzem bez skazy - zawsze życzliwy, nigdy niewmieszany w intrygi, pogodny i subtelnie dowcipny, lojalny nawet wobec tych, którzy go zawiedli. Miłość do języka polskiego - pewnie utwierdzona w czasie wojennego zesłania do sowieckiego Kazachstanu - przekazał córce, która nigdy nie chodziła do polskiej szkoły. Wzruszał kultem pamięci swojej nagle zmarłej żony, mówiąc, że wolałby, aby go opuściła dla innego mężczyzny, bo wtedy by wiedział, że przynajmniej jej jest dobrze. Jej straty nigdy nie przebolał.
I jemu los nie oszczędził lekarskiej śmierci nowotworowej.
Zachorował na raka pęcherza moczowego, przeszedł wiele operacji i nieskutecznych chemioterapii. Po czterech latach zmarł nagle, wcześniej niż rozwój jego choroby mógł na to wskazywać. Wśród żałobnego zgromadzenia na cmentarzu w Aarau byli też lekarze rentgenolodzy z Polski, którzy przybyli, by spłacić dług wdzięczności za pomoc, którą im okazywał.
Piąty Muszkieter - Paweł Mikułowski
Malmö (Szwecja)
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień



