Jan Caputa 1912-1992
13.01.2012
, aktualizacja: 13.01.2012 15:36
Z tym niezwykłym człowiekiem widziałem się tylko raz, gdy wiele lat temu odwiedziłem go w niewielkim miasteczku Prangins u podnóża szwajcarskich Alp, w którym od dawna mieszkał, i to spotkanie na zawsze wryło mi się w pamięć.
Niski, drobny, z wianuszkiem siwych, rzadkich włosów dookoła głowy i pomarszczoną twarzą, przypominał typowego człowieka z ludu i chociaż biła od niego wielka prawość i skromność, trudno było na pierwszy rzut oka dopatrzyć się w nim naukowca, erudyty i działacza społecznego. Przyjechałem tam wtedy, aby podziękować mu za pomoc w uzyskaniu zagranicznego stypendium, i pamiętam, z jakim zakłopotaniem przyjmował ode mnie drobne prezenty, które mu przywiozłem, mówiąc, że go to żenuje.
Jan Caputa urodził się i wychował w małej miejscowości Łodygowice, osadzonej na bielsko-żywieckim szlaku, skąd wywodzi się też moja rodzina ze strony ojca. Tato poznał żyjącego tam jeszcze jego brata i w ten sposób została nawiązana między nami nić porozumienia.
Pan Jan znalazł się na obczyźnie w czasie ostatniej wojny i wraz z polskimi żołnierzami został internowany w Szwajcarii, gdzie później osiedlił się na stałe, założył rodzinę, kształcił się, uzyskując doktorat z nauk rolniczych, i pracował naukowo. Byłem pod wrażeniem, gdy tak ciepło i smutno wyrażał się o naszej ojczyźnie. - Ja swój obowiązek wobec Polski spełniłem - powtarzał z naciskiem i nie chodziło mu tylko o to, że jako żołnierz walczył z bronią w ręku, ale o pomoc w załatwianiu stypendiów naukowych młodym Polakom, aby później zdobytą wiedzą wspomagali nasz kraj. Pomimo tylu lat spędzonych za granicą zadziwił mnie swoją patriotyczną postawą, która nie wyrażała się w wykrzykiwaniu gromkich haseł, lecz w cichej pracy organicznej dla kraju. Poczucie obowiązku wobec Polski? Nigdy tego nie słyszałem tam od młodych przybyszów z kraju. Wręcz przeciwnie, zwłaszcza w latach po stanie wojennym niektórzy z nich, gdy tylko znaleźli się na obcej ziemi, udawali męczenników sprawy narodowej, a chodziło im tylko o to, aby zdobyć pieniądze i wygodnie osiedlić się w bogatej Szwajcarii. - Załatwię ci to i tamto pod warunkiem, że będę coś z tego miał - oto była ich najczęstsza dewiza. Jakże kontrastowała z tym postawa Jana Caputy ze swoją bezinteresowną życzliwością. Byłem jednym z wielu korzystających z jego skutecznego wstawiennictwa, za które nie oczekiwał nawet podziękowań, a w listach prosił tylko, aby nie przeceniać jego skromnych możliwości, bo był już na emeryturze. Jednak w dalszym ciągu intensywnie wydeptywał ścieżki, aby nawiązywać kontakty absolwentów rolnictwa z instytucjami w Szwajcarii, które przyznawały stypendia. Po latach jego działalność na polu naukowym i polonijnym doceniła krakowska Akademia Rolnicza, przyznając mu honorowy doktorat, ale gdy próbowałem się tam czegoś więcej dowiedzieć, pracownicy uczelni nie wiedzieli nawet, że był ktoś taki.
Jan Caputa odwiedzał rodzinne strony, ale zaznawał u nas, jak mi opowiadał, wielu upokorzeń. Gdy po wojnie pierwszy raz przyjechał do Polski, już ze szwajcarskimi dokumentami, uznał za oczywiste, że załatwiając swoje sprawy, w urzędach i instytucjach będzie mówił po polsku. Okazało się to jednak zasadniczym błędem, bo chociaż widziano w nim gościa z zagranicy, to dla wielu był gorszego, bo krajowego autoramentu i traktowano go w pogardliwy sposób. W czasie kolejnego przyjazdu nie przyznał się do swoich korzeni i zwracając się do polskich urzędników po francusku przez tłumacza, od razu odczuł wielką zmianę w ich zachowaniu, bo stali się nadskakująco grzeczni i uprzejmi. Ten rozdźwięk pokutujący w niektórych środowiskach pomiędzy nieformalną deprecjacją własnych obywateli a hołubieniem dolarowych obcokrajowców widocznie bardzo go bolał, bo przyznał, że nie nauczył swoich dzieci mówić po polsku, aby nie narażać ich na gorsze traktowanie w trakcie przyjazdów do Polski. W kraju, w którym się osiedlił, było zupełnie inaczej. Szwajcarzy swoich rodaków traktowali w sposób uprzywilejowany w stosunku do obcych, a ich trudne do zrozumienia dialekty stanowiły właśnie dumny znak przynależności do tego narodu.
Jan Caputa głęboko wierzył w słuszność swojej pomocy udzielanej rodakom i gdy po moim powrocie do kraju żartobliwie przedstawiłem mu się w roli biblijnego syna marnotrawnego, on odpisał z przesadnym uznaniem, parafrazując inną przypowieść, że przypominam pracownika, który dostał pewną liczbę talarów, poszedł w świat, wrócił z podwójną sumą i dostał pochwałę, co miało stać się moim zadaniem życiowym.
W trudnych latach dla Polski nie opuszczał go ostrożny optymizm, wierzył w sprawiedliwość dziejową i twierdził, że tylko nadzieja na lepszą przyszłość może dać siłę do pracy. "Proszę się tą polsko-szwajcarską różnicą nie przerażać - pisał do mnie w jednym z ostatnich listów - trzeba tylko z tego wyciągnąć wnioski i niech nas nikt nie uszczęśliwia na siłę, bo sami jesteśmy zdolni zbudować nasze szczęście".
Niepodległa Polska, którą tak ukochał i dla której nie szczędził wysiłków całego długiego życia, ziściła się w końcu na jego oczach i może to było największą doczesną nagrodą, jaka go za to spotkała.
Jan Caputa urodził się i wychował w małej miejscowości Łodygowice, osadzonej na bielsko-żywieckim szlaku, skąd wywodzi się też moja rodzina ze strony ojca. Tato poznał żyjącego tam jeszcze jego brata i w ten sposób została nawiązana między nami nić porozumienia.
Pan Jan znalazł się na obczyźnie w czasie ostatniej wojny i wraz z polskimi żołnierzami został internowany w Szwajcarii, gdzie później osiedlił się na stałe, założył rodzinę, kształcił się, uzyskując doktorat z nauk rolniczych, i pracował naukowo. Byłem pod wrażeniem, gdy tak ciepło i smutno wyrażał się o naszej ojczyźnie. - Ja swój obowiązek wobec Polski spełniłem - powtarzał z naciskiem i nie chodziło mu tylko o to, że jako żołnierz walczył z bronią w ręku, ale o pomoc w załatwianiu stypendiów naukowych młodym Polakom, aby później zdobytą wiedzą wspomagali nasz kraj. Pomimo tylu lat spędzonych za granicą zadziwił mnie swoją patriotyczną postawą, która nie wyrażała się w wykrzykiwaniu gromkich haseł, lecz w cichej pracy organicznej dla kraju. Poczucie obowiązku wobec Polski? Nigdy tego nie słyszałem tam od młodych przybyszów z kraju. Wręcz przeciwnie, zwłaszcza w latach po stanie wojennym niektórzy z nich, gdy tylko znaleźli się na obcej ziemi, udawali męczenników sprawy narodowej, a chodziło im tylko o to, aby zdobyć pieniądze i wygodnie osiedlić się w bogatej Szwajcarii. - Załatwię ci to i tamto pod warunkiem, że będę coś z tego miał - oto była ich najczęstsza dewiza. Jakże kontrastowała z tym postawa Jana Caputy ze swoją bezinteresowną życzliwością. Byłem jednym z wielu korzystających z jego skutecznego wstawiennictwa, za które nie oczekiwał nawet podziękowań, a w listach prosił tylko, aby nie przeceniać jego skromnych możliwości, bo był już na emeryturze. Jednak w dalszym ciągu intensywnie wydeptywał ścieżki, aby nawiązywać kontakty absolwentów rolnictwa z instytucjami w Szwajcarii, które przyznawały stypendia. Po latach jego działalność na polu naukowym i polonijnym doceniła krakowska Akademia Rolnicza, przyznając mu honorowy doktorat, ale gdy próbowałem się tam czegoś więcej dowiedzieć, pracownicy uczelni nie wiedzieli nawet, że był ktoś taki.
Jan Caputa odwiedzał rodzinne strony, ale zaznawał u nas, jak mi opowiadał, wielu upokorzeń. Gdy po wojnie pierwszy raz przyjechał do Polski, już ze szwajcarskimi dokumentami, uznał za oczywiste, że załatwiając swoje sprawy, w urzędach i instytucjach będzie mówił po polsku. Okazało się to jednak zasadniczym błędem, bo chociaż widziano w nim gościa z zagranicy, to dla wielu był gorszego, bo krajowego autoramentu i traktowano go w pogardliwy sposób. W czasie kolejnego przyjazdu nie przyznał się do swoich korzeni i zwracając się do polskich urzędników po francusku przez tłumacza, od razu odczuł wielką zmianę w ich zachowaniu, bo stali się nadskakująco grzeczni i uprzejmi. Ten rozdźwięk pokutujący w niektórych środowiskach pomiędzy nieformalną deprecjacją własnych obywateli a hołubieniem dolarowych obcokrajowców widocznie bardzo go bolał, bo przyznał, że nie nauczył swoich dzieci mówić po polsku, aby nie narażać ich na gorsze traktowanie w trakcie przyjazdów do Polski. W kraju, w którym się osiedlił, było zupełnie inaczej. Szwajcarzy swoich rodaków traktowali w sposób uprzywilejowany w stosunku do obcych, a ich trudne do zrozumienia dialekty stanowiły właśnie dumny znak przynależności do tego narodu.
Jan Caputa głęboko wierzył w słuszność swojej pomocy udzielanej rodakom i gdy po moim powrocie do kraju żartobliwie przedstawiłem mu się w roli biblijnego syna marnotrawnego, on odpisał z przesadnym uznaniem, parafrazując inną przypowieść, że przypominam pracownika, który dostał pewną liczbę talarów, poszedł w świat, wrócił z podwójną sumą i dostał pochwałę, co miało stać się moim zadaniem życiowym.
W trudnych latach dla Polski nie opuszczał go ostrożny optymizm, wierzył w sprawiedliwość dziejową i twierdził, że tylko nadzieja na lepszą przyszłość może dać siłę do pracy. "Proszę się tą polsko-szwajcarską różnicą nie przerażać - pisał do mnie w jednym z ostatnich listów - trzeba tylko z tego wyciągnąć wnioski i niech nas nikt nie uszczęśliwia na siłę, bo sami jesteśmy zdolni zbudować nasze szczęście".
Niepodległa Polska, którą tak ukochał i dla której nie szczędził wysiłków całego długiego życia, ziściła się w końcu na jego oczach i może to było największą doczesną nagrodą, jaka go za to spotkała.
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień



