Jak Szwedzi śmieci palą
2009-01-23
, aktualizacja: 23.01.2009 12:32
Władze Krakowa muszą w ciągu kilku dni zdecydować, gdzie powstanie spalarnia odpadów. Tymczasem wciąż trwa opór mieszkańców dzielnic branych pod uwagę jako lokalizacja obiektu. Próbą przełamania obaw ludzi miał być niedawny wyjazd do Szwecji, gdzie zaprezentowano najnowocześniejsze instalacje służące utylizacji śmieci.
ZOBACZ TAKŻE
- Umowa społeczna w sprawie spalarni (24-02-09, 21:03)
- Nie segregujesz śmieci - więcej zapłacisz (04-01-09, 22:17)
- Światowy kryzys dopadł recykling (26-12-08, 19:06)
- Palą się do spalarni (20-11-08, 20:42)
- Spalanie śmieci kontra kryzys paliwowy (12-10-08, 22:23)
- Śmieci dla holdingu, czaszki od protestujących (08-10-08, 23:19)
- Spalarnia: Dwa okrągłe stoły (02-10-08, 22:00)
- W Brukseli krytykują krakowską spalarnię (11-09-08, 21:29)
- Tu nie Szwecja, precz ze spalarnią (27-01-09, 22:11)
- Spalarnia stanie przy Giedroycia? (25-01-09, 22:00)
- Pod spalarnią tli się wszędzie (23-01-09, 22:00)
- Spalarnia: wizyta w Szwecji da odpowiedź (08-01-09, 19:53)
Dworzec Główny w Krakowie, wtorek, dochodzi szósta rano. Przy wejściu na peron nr 5 kilka osób stoi w obłoku dymu. Ostatnia okazja, żeby zapalić, bo potem w pociągu do Gdańska już nie będzie można. To część wycieczki mieszkańców Krakowa i radnych. W Gdańsku wsiądą na prom do Szwecji, gdzie będą oglądać spalarnie odpadów. Mają przekonać się, że nie śmierdzą, nie trują, że obok nich można normalnie żyć. Albo pozostać przy swoich obawach...
Popatrzcie, jak tu pięknie
- Popatrzcie, jakie tu jest przejrzyste powietrze. To nie jest wyjątkowy dzień. Tak jest zawsze - wita gości z Polski przewodnik wycieczki prof. Józef Netterowicz.
Z Nynashamn, gdzie wysiedliśmy z promu, jedziemy wynajętym w Polsce autobusem. Właśnie mijamy budowę trasy szybkiego ruchu do Sztokholmu. Przez głośniki prof. Netterowicz znów - i nie ostatni raz w czasie pięciodniowej podróży - podaje Szwecję za wzór do naśladowania: - Popatrzcie, jak tu się buduje drogi. Oni tu sypią kilka razy grubszą niż w Polsce warstwę tłucznia. Dlatego są takie równe i choć mają tu klimat podobny do naszego, a nawet bardziej surowy, nie ma mowy o dziurach.
- Ale oni tu mają sam kamień, to im tanio wychodzi - odzywa się ktoś.
- Sypią też popiół ze spalarni śmieci - odbija piłeczkę zakochany w swej drugiej ojczyźnie prof. Netterowicz.
Józef Netterowicz mieszka w Szwecji od 1976 roku. Wyjechał krótko po skończeniu studiów na AGH. Władze szwedzkie tak szybko zaufały nowemu obywatelowi, że już pod koniec lat 70. pracował przy instalacjach elektrowni atomowych jako szef zespołu naukowców. Do dziś jest tu jednym z bardziej cenionych naukowców. Choć Szwecji już nie zamierza opuszczać (tu ma pracę, dom, żonę i dzieci), to twierdzi, że czuje w sobie obowiązek wobec starego kraju. Jeździ więc do Polski i przekonuje lokalne samorządy do spalarni odpadów. A dokładniej: do nowoczesnych technologii, które nie trują i pozwalają zarobić. Nie ukrywa przy tym swoich związków z firmą Radscan Intervex, która takie technologie sprzedaje. Nie wstydzi się roli lobbysty - od tego, gdzie pracuje, rozpoczyna rozmowę. To jego wizytówka, która znaczy także: "Wiem, o czym mówię". Dlatego doradza także polskim stowarzyszeniom samorządowym, jak zmienić polskie prawo, żeby łatwiej było egzekwować segregację odpadów i karać tych, którzy swoje odpady i odchody wywożą do lasu albo wylewają do rzeki.
- Szwecja to wspaniały kraj - przekonuje prof. Netterowicz podczas podróży autobusem. Zaraz jednak zaczyna narzekać: - Gdybym nie miał żony, która poświęciła czas na wychowywanie dzieci, pewnie bym się teraz za nie trochę wstydził. Niestety, Szwedzi dość szybko puszczają dzieci samopas, przez co nie wiedzą, że bąki i mlaskanie przy stole to coś niewłaściwego... I wszyscy tu mówią do siebie per ty. Nawet uczeń w szkole do nauczyciela. Nauczenie młodzieży osobistej kultury staje się problemem...
Dzień prof. Netterowicza od rana do późnego wieczora wypełniają prelekcje i tłumaczenie wypowiedzi szwedzkich urzędników. Także w czasie wolnym proszony jest o indywidualne doradztwo.
- Panie Józefie, jesteśmy w pokoju 207, czekamy - przypomina ktoś z wycieczki podczas kolacji. - Chcą usłyszeć, czego jako dzielnica powinni się domagać w zamian za sąsiedztwo spalarni - wyjaśnia prof. Netterowicz i zaraz wstaje od stołu.
Hogdalen - znają to od stu lat
- Proszę państwa, jedziemy teraz do spalarni Hogdalen w Sztokhomie. Na spotkanie z wami umówieni są jej pracownicy i przedstawiciele władz miasta. Proszę więc korzystać z okazji i bez ogródek zadawać pytania - nakłania wycieczkowiczów prof. Netterowicz. Kilka minut później w oddali widzimy biały dym unoszący się z kilkudziesięciometrowego komina. Nasz przewodnik informuje, że w 99,9 proc. składa się on z pary wodnej.
- Jak daleko od spalarni są najbliższe domy mieszkalne? - to pierwsze pytanie podczas spotkania ze szwedzkimi urzędnikami. Pytają mieszkańcy Łęgu i Mogiły (dwie z czterech branych pod uwagę w Krakowie lokalizacji spalarni).
- Kilkaset metrów. Najlepiej to widać wieczorem, kiedy zapalą się światła w mieszkaniach - odpowiada Nils Lundkvist, przedstawiciel sztokholmskiego magistratu, odpowiedzialny za gospodarkę odpadami w stolicy Szwecji, w tym za nadzór nad spalarnią w Hogdalen.
- Czy tu gdzieś w okolicy ludzie mają ogródki, w których uprawiają na przykład sałatę? - pyta pani Marzanna z Łęgu, jedna z niewielu osób, które wróciły z wycieczki do Szwecji nieprzekonane. Nadal nie wyobraża sobie za oknem dodatkowych kominów. Dlaczego?
- Przecież słyszeliście, co mówił ten Szwed. Oni wcześniej mieli wysypisko śmieci na miejscu, gdzie teraz jest spalarnia - tłumaczy. - No więc byli już przyzwyczajeni do takiego niemiłego towarzystwa. Ja im wierzę, że pilnują wyziewów z komina, ale sami przyznali, że zdarzały się im wypadki przy pracy i na okoliczne domy spadał pył. No i brakuje mi jednoznacznej odpowiedzi w sprawie wpływu na zdrowie. Co z tego, że wyłapują większość trucizn, skoro nie mają urządzeń, które pozwoliłyby na powstrzymanie mikropyłów. To rakotwórcze elementy. Na dokładkę zaś dowiedziałam się, że spalarnia nieźle hałasuje.
Jej koleżanka na tym samym spotkaniu pyta jeszcze o badania emisji. Okazuje się, że Szwedzi wielokrotnie przygotowywali mapy szkodliwych substancji w atmosferze w rejonie Hogdalen. - Nigdy nie udawało się nam tylko i wyłącznie na podstawie danych o szkodliwych substancjach odnaleźć na takiej mapie spalarni. Za to pobliską szosę szybkiego ruchu owszem - odpowiadał Lundkvist, świadom powagi problemu.
- A co robicie, kiedy jest awaria w spalarni albo po prostu filtry nie zadziałają dobrze? - pada pytanie.
- No jak to? Upominamy spalarnię, żeby szybko rozwiązała problem - dziwi się szwedzki urzędnik.
- A kary jakieś przewidujecie za takie przekroczenia norm? - to ten sam głos.
Popatrzcie, jak tu pięknie
- Popatrzcie, jakie tu jest przejrzyste powietrze. To nie jest wyjątkowy dzień. Tak jest zawsze - wita gości z Polski przewodnik wycieczki prof. Józef Netterowicz.
Z Nynashamn, gdzie wysiedliśmy z promu, jedziemy wynajętym w Polsce autobusem. Właśnie mijamy budowę trasy szybkiego ruchu do Sztokholmu. Przez głośniki prof. Netterowicz znów - i nie ostatni raz w czasie pięciodniowej podróży - podaje Szwecję za wzór do naśladowania: - Popatrzcie, jak tu się buduje drogi. Oni tu sypią kilka razy grubszą niż w Polsce warstwę tłucznia. Dlatego są takie równe i choć mają tu klimat podobny do naszego, a nawet bardziej surowy, nie ma mowy o dziurach.
- Ale oni tu mają sam kamień, to im tanio wychodzi - odzywa się ktoś.
- Sypią też popiół ze spalarni śmieci - odbija piłeczkę zakochany w swej drugiej ojczyźnie prof. Netterowicz.
Józef Netterowicz mieszka w Szwecji od 1976 roku. Wyjechał krótko po skończeniu studiów na AGH. Władze szwedzkie tak szybko zaufały nowemu obywatelowi, że już pod koniec lat 70. pracował przy instalacjach elektrowni atomowych jako szef zespołu naukowców. Do dziś jest tu jednym z bardziej cenionych naukowców. Choć Szwecji już nie zamierza opuszczać (tu ma pracę, dom, żonę i dzieci), to twierdzi, że czuje w sobie obowiązek wobec starego kraju. Jeździ więc do Polski i przekonuje lokalne samorządy do spalarni odpadów. A dokładniej: do nowoczesnych technologii, które nie trują i pozwalają zarobić. Nie ukrywa przy tym swoich związków z firmą Radscan Intervex, która takie technologie sprzedaje. Nie wstydzi się roli lobbysty - od tego, gdzie pracuje, rozpoczyna rozmowę. To jego wizytówka, która znaczy także: "Wiem, o czym mówię". Dlatego doradza także polskim stowarzyszeniom samorządowym, jak zmienić polskie prawo, żeby łatwiej było egzekwować segregację odpadów i karać tych, którzy swoje odpady i odchody wywożą do lasu albo wylewają do rzeki.
- Szwecja to wspaniały kraj - przekonuje prof. Netterowicz podczas podróży autobusem. Zaraz jednak zaczyna narzekać: - Gdybym nie miał żony, która poświęciła czas na wychowywanie dzieci, pewnie bym się teraz za nie trochę wstydził. Niestety, Szwedzi dość szybko puszczają dzieci samopas, przez co nie wiedzą, że bąki i mlaskanie przy stole to coś niewłaściwego... I wszyscy tu mówią do siebie per ty. Nawet uczeń w szkole do nauczyciela. Nauczenie młodzieży osobistej kultury staje się problemem...
Dzień prof. Netterowicza od rana do późnego wieczora wypełniają prelekcje i tłumaczenie wypowiedzi szwedzkich urzędników. Także w czasie wolnym proszony jest o indywidualne doradztwo.
- Panie Józefie, jesteśmy w pokoju 207, czekamy - przypomina ktoś z wycieczki podczas kolacji. - Chcą usłyszeć, czego jako dzielnica powinni się domagać w zamian za sąsiedztwo spalarni - wyjaśnia prof. Netterowicz i zaraz wstaje od stołu.
Hogdalen - znają to od stu lat
- Proszę państwa, jedziemy teraz do spalarni Hogdalen w Sztokhomie. Na spotkanie z wami umówieni są jej pracownicy i przedstawiciele władz miasta. Proszę więc korzystać z okazji i bez ogródek zadawać pytania - nakłania wycieczkowiczów prof. Netterowicz. Kilka minut później w oddali widzimy biały dym unoszący się z kilkudziesięciometrowego komina. Nasz przewodnik informuje, że w 99,9 proc. składa się on z pary wodnej.
- Jak daleko od spalarni są najbliższe domy mieszkalne? - to pierwsze pytanie podczas spotkania ze szwedzkimi urzędnikami. Pytają mieszkańcy Łęgu i Mogiły (dwie z czterech branych pod uwagę w Krakowie lokalizacji spalarni).
- Kilkaset metrów. Najlepiej to widać wieczorem, kiedy zapalą się światła w mieszkaniach - odpowiada Nils Lundkvist, przedstawiciel sztokholmskiego magistratu, odpowiedzialny za gospodarkę odpadami w stolicy Szwecji, w tym za nadzór nad spalarnią w Hogdalen.
- Czy tu gdzieś w okolicy ludzie mają ogródki, w których uprawiają na przykład sałatę? - pyta pani Marzanna z Łęgu, jedna z niewielu osób, które wróciły z wycieczki do Szwecji nieprzekonane. Nadal nie wyobraża sobie za oknem dodatkowych kominów. Dlaczego?
- Przecież słyszeliście, co mówił ten Szwed. Oni wcześniej mieli wysypisko śmieci na miejscu, gdzie teraz jest spalarnia - tłumaczy. - No więc byli już przyzwyczajeni do takiego niemiłego towarzystwa. Ja im wierzę, że pilnują wyziewów z komina, ale sami przyznali, że zdarzały się im wypadki przy pracy i na okoliczne domy spadał pył. No i brakuje mi jednoznacznej odpowiedzi w sprawie wpływu na zdrowie. Co z tego, że wyłapują większość trucizn, skoro nie mają urządzeń, które pozwoliłyby na powstrzymanie mikropyłów. To rakotwórcze elementy. Na dokładkę zaś dowiedziałam się, że spalarnia nieźle hałasuje.
Jej koleżanka na tym samym spotkaniu pyta jeszcze o badania emisji. Okazuje się, że Szwedzi wielokrotnie przygotowywali mapy szkodliwych substancji w atmosferze w rejonie Hogdalen. - Nigdy nie udawało się nam tylko i wyłącznie na podstawie danych o szkodliwych substancjach odnaleźć na takiej mapie spalarni. Za to pobliską szosę szybkiego ruchu owszem - odpowiadał Lundkvist, świadom powagi problemu.
- A co robicie, kiedy jest awaria w spalarni albo po prostu filtry nie zadziałają dobrze? - pada pytanie.
- No jak to? Upominamy spalarnię, żeby szybko rozwiązała problem - dziwi się szwedzki urzędnik.
- A kary jakieś przewidujecie za takie przekroczenia norm? - to ten sam głos.
Lundkvist po chwili milczenia wyjaśnia skruszony: - Są, bardzo wysokie, ale, niestety, nie pamiętam kwot, bo ostatnia kara była kilkanaście lat temu...
Argumenty gospodarzy są już mniej przekonywujące, gdy okazuje się, że nikt nie przeprowadził do tej pory kompleksowych badań, które pokazałyby, jaki wpływ na zdrowie mieszkańców ma spalarnia.
- Sęk w tym, że jeśli miała ona jakiś negatywny wpływ, to teraz mieć już z pewnością nie będzie - zapewnia Marek Andrzejewski ze spalarni w Hogdalen. - Piece, które tu mamy, działają od 40 lat. Wtedy filtrowanie ograniczało się najwyżej do wyłapywania pyłów. Wówczas ani kilkanaście lat później lokalne przychodnie zdrowia nie zanotowały znacznie większego ruchu, więc dziś jesteśmy spokojni. Obecnie poziom emisji szkodliwych substancji jest kilkadziesiąt razy niższy niż wtedy. Nie wspomnę już o tym, że pierwsza spalarnia odadów w Sztokholmie ruszyła prawie sto lat temu.
Polski piec, szwedzka technologia
Pod spalarnię w Hogdalen podjeżdża codziennie niemal 100 ciężarówek. Ponieważ zakład położony jest przy węźle trasy szybkiego ruchu, nie jest to specjalnie odczuwalne. Tłok widać jedynie przy bramie wjazdowej. No i przy zsypie, gdzie co kilka minut pojawia się kolejny wóz. Czasem jest to śmieciarka jednej z firm obsługujących mieszkańców Sztokholmu, czasem ciężarówka z zakładu przemysłowego.
Nie ma większych instalacji tego typu w Europie. Rocznie w piecach ląduje tu ponad 700 tys. ton odpadów. To ok. 20 proc. całej produkcji śmieci w Szwecji. Statystyczny Szwed, mimo że żyje w kraju przesiąkniętym ekologią, produkuje ponad 500 kg śmieci rocznie. Dla porównania: krakowianin wytwarza ich ok. 300 kg, a przy tym wyrzuca na wysypisko 90 proc. swoich odpadów. Resztę udaje się posegregować i przetworzyć. Tymczasem statystyczny Szwed na wysypisku zostawia ledwie 4 proc. swoich odpadów, a do powtórnego przetworzenia trafia ok. 40 proc. Reszta ląduje w piecu.
- To proste: dwie i pół tony śmieci daje tyle energii co tona węgla. Po co marnować energię na wysypisku? I tak straciliśmy dużo energii na wyprodukowanie tych śmieci. To najczęściej opakowania. Szwedzi postanowili więc odzyskać część tej energii - tłumaczy prof. Netterowicz.
W Szwecji działają dziś 24 spalarnie. Z każdej płynie ciepło i prąd. Ta w Uppsali (ok. 140 tys. mieszkańców) zaspakaja przeszło 90 proc. zapotrzebowania na ciepłą wodę i ogrzewanie mieszkań w mieście i okolicy.
Przy zsypie do kotła raz po raz pracownik spalarni kontroluje to, co przywożą śmieciarki. Pewne rzeczy do pieca trafić nie mogą. Sprawdza więc skrupulatnie wybrane ciężarówki. Jeśli ich kierowcy nie przypilnują tego, co wrzucają na pakę, ich firma będzie miała kłopoty. Oni też.
W hali śmierdzi. Na to nie ma siły - setki ton odpadków, które kisiły się w koszu przez tydzień lub dwa, muszą śmierdzieć. Nie pomaga nawet mróz. Ale nie śmierdzi na zewnątrz hali. To zasługa systemu wentylacyjnego, który powietrze do pieca tłoczy właśnie z hali. Smród też "utylizują"!
Wycieczka plącze się między rurami, drabinkami. Spalarnia jest jak fabryka. Piec do spalania śmieci to monstrum - zwykły piec na węgiel to przy nim pudełko zapałek. Szczegóły techniczne spalania jednak giną gdzieś wobec odkrycia dokonanego przez jednego z radnych, który wypatrzył tabliczkę producenta pieca.
- 1971. Made in Poland. Eee... słuchajcie! Ten piec jest z Polski - krzyczy do wszystkich. Ogólne poruszenie: - I to ma być najnowocześniejsza szwedzka spalarnia?
- Piec jest rzeczywiście z Polski, bo tak było taniej. Ale to nie piec w spalarni jest najważniejszy - wyjaśnia Juve Tadarada. - Ponad połowę przestrzeni w tym obiekcie zajmują filtry. Bez nich nie moglibyśmy działać. Nie ma pieca, który po spaleniu śmieci daje czyste spaliny - powtarza.
Na wielkim ekranie w sali kontrolnej można zobaczyć efekty pracy filtrów. Ilość szkodliwych substancji, które trafiają do atmosfery, jest niższa od norm wymaganych przez Unię Europejską. Niektórych - ponad 20 razy (dioksyny), innych - "tylko" trzy (dwutlenku węgla).
- 20 lat temu, kiedy ruszaliśmy ze zmianą opału w naszych piecach, ludzie protestowali. Wiedzieli, że w innych działających wówczas w Szwecji spalarniach dym z komina nie był przyjazny. Ale my wtedy dysponowaliśmy już nowoczesną jak na tamte czasy techniką oczyszczania. Pokazaliśmy im dane z emisji i protesty szybko się skończyły - wspomina Adrian Berg von Linde, dyrektor elektrociepłowni w Uppsali. Bez skrępowania przyznaje również: - Podstawowym powodem do uruchomienia linii spalania śmieci była ekonomia. Śmieci okazały się być świetnym interesem. Kilka lat wystarczyło, by inwestycje w nowe instalacje do oczyszczania się zwróciły. To żyła złota, ale nie chciałbym podawać, ile na tym zarabiamy. To tajemnica handlowa - uśmiecha się von Linde.
- Kiedy zbudujecie już te pierwsze piece, po kilku latach będzie chcieli budować następne. Będziecie namawiać gminy wokół Krakowa, by przywoziły do was swoje odpady, bo będziecie na tym zarabiać - wspiera go prof. Netterowicz.
Szybko okazuje się, że poza kilkoma osobami nie trzeba było wielkiego wysiłku, by przekonać krakowian do spalarni. Zaawansowana technologia i bezpośredni kontakt z urządzeniami oczyszczającymi spaliny z pieca zrobiły swoje.
- Ja, kiedy już tu jechałem, wierzyłem, że jeśli nasza spalarnia będzie budowana zgodnie z unijnymi wymogami, nic złego się nie stanie mieszkańcom. Ale to, co tu nam pokazali, przeszło moje wyobrażenie. Wydawało mi się, że wszystkie filtry znajdują się w kominach. A tu się okazuje, że dym przechodzi tak długą drogę przez te urządzenia, że trzeba go dodatkowo wspomagać pompami, żeby piece miały ciąg - nie krył swego zaskoczenia przy kolacji w hotelu pan Włodzimierz z Mogiły.
- No właśnie. Trzeba tylko pilnować, żeby u nas te filtry były tak nadzorowane jak tutaj. W Warszawie też miało być dobrze, ale tam nie dbają o filtry i nie pilnują emisji. Nic dziwnego, że ludzie tam protestują i nakłaniają innych Polaków, żeby nie godzili się na takie przedsięwzięcia - przytakiwała pani Barbara z Łęgu.
- O czym wy gadacie? Wszystko będzie dobrze. Większy mamy problem. Jak zrobić, żeby u nas się opłaciło segregować. Szwedzi, którzy nie segregują, płacą trzy razy więcej od tych, którzy dbają o recykling. A u nas w segregację w domu bawią się co najwyżej entuzjaści, bo różnicy w cenie nie ma - oburzał się Tomasz Urynowicz, radny dzielnicowy.
Argumenty gospodarzy są już mniej przekonywujące, gdy okazuje się, że nikt nie przeprowadził do tej pory kompleksowych badań, które pokazałyby, jaki wpływ na zdrowie mieszkańców ma spalarnia.
- Sęk w tym, że jeśli miała ona jakiś negatywny wpływ, to teraz mieć już z pewnością nie będzie - zapewnia Marek Andrzejewski ze spalarni w Hogdalen. - Piece, które tu mamy, działają od 40 lat. Wtedy filtrowanie ograniczało się najwyżej do wyłapywania pyłów. Wówczas ani kilkanaście lat później lokalne przychodnie zdrowia nie zanotowały znacznie większego ruchu, więc dziś jesteśmy spokojni. Obecnie poziom emisji szkodliwych substancji jest kilkadziesiąt razy niższy niż wtedy. Nie wspomnę już o tym, że pierwsza spalarnia odadów w Sztokholmie ruszyła prawie sto lat temu.
Polski piec, szwedzka technologia
Pod spalarnię w Hogdalen podjeżdża codziennie niemal 100 ciężarówek. Ponieważ zakład położony jest przy węźle trasy szybkiego ruchu, nie jest to specjalnie odczuwalne. Tłok widać jedynie przy bramie wjazdowej. No i przy zsypie, gdzie co kilka minut pojawia się kolejny wóz. Czasem jest to śmieciarka jednej z firm obsługujących mieszkańców Sztokholmu, czasem ciężarówka z zakładu przemysłowego.
Nie ma większych instalacji tego typu w Europie. Rocznie w piecach ląduje tu ponad 700 tys. ton odpadów. To ok. 20 proc. całej produkcji śmieci w Szwecji. Statystyczny Szwed, mimo że żyje w kraju przesiąkniętym ekologią, produkuje ponad 500 kg śmieci rocznie. Dla porównania: krakowianin wytwarza ich ok. 300 kg, a przy tym wyrzuca na wysypisko 90 proc. swoich odpadów. Resztę udaje się posegregować i przetworzyć. Tymczasem statystyczny Szwed na wysypisku zostawia ledwie 4 proc. swoich odpadów, a do powtórnego przetworzenia trafia ok. 40 proc. Reszta ląduje w piecu.
- To proste: dwie i pół tony śmieci daje tyle energii co tona węgla. Po co marnować energię na wysypisku? I tak straciliśmy dużo energii na wyprodukowanie tych śmieci. To najczęściej opakowania. Szwedzi postanowili więc odzyskać część tej energii - tłumaczy prof. Netterowicz.
W Szwecji działają dziś 24 spalarnie. Z każdej płynie ciepło i prąd. Ta w Uppsali (ok. 140 tys. mieszkańców) zaspakaja przeszło 90 proc. zapotrzebowania na ciepłą wodę i ogrzewanie mieszkań w mieście i okolicy.
Przy zsypie do kotła raz po raz pracownik spalarni kontroluje to, co przywożą śmieciarki. Pewne rzeczy do pieca trafić nie mogą. Sprawdza więc skrupulatnie wybrane ciężarówki. Jeśli ich kierowcy nie przypilnują tego, co wrzucają na pakę, ich firma będzie miała kłopoty. Oni też.
W hali śmierdzi. Na to nie ma siły - setki ton odpadków, które kisiły się w koszu przez tydzień lub dwa, muszą śmierdzieć. Nie pomaga nawet mróz. Ale nie śmierdzi na zewnątrz hali. To zasługa systemu wentylacyjnego, który powietrze do pieca tłoczy właśnie z hali. Smród też "utylizują"!
Wycieczka plącze się między rurami, drabinkami. Spalarnia jest jak fabryka. Piec do spalania śmieci to monstrum - zwykły piec na węgiel to przy nim pudełko zapałek. Szczegóły techniczne spalania jednak giną gdzieś wobec odkrycia dokonanego przez jednego z radnych, który wypatrzył tabliczkę producenta pieca.
- 1971. Made in Poland. Eee... słuchajcie! Ten piec jest z Polski - krzyczy do wszystkich. Ogólne poruszenie: - I to ma być najnowocześniejsza szwedzka spalarnia?
- Piec jest rzeczywiście z Polski, bo tak było taniej. Ale to nie piec w spalarni jest najważniejszy - wyjaśnia Juve Tadarada. - Ponad połowę przestrzeni w tym obiekcie zajmują filtry. Bez nich nie moglibyśmy działać. Nie ma pieca, który po spaleniu śmieci daje czyste spaliny - powtarza.
Na wielkim ekranie w sali kontrolnej można zobaczyć efekty pracy filtrów. Ilość szkodliwych substancji, które trafiają do atmosfery, jest niższa od norm wymaganych przez Unię Europejską. Niektórych - ponad 20 razy (dioksyny), innych - "tylko" trzy (dwutlenku węgla).
- 20 lat temu, kiedy ruszaliśmy ze zmianą opału w naszych piecach, ludzie protestowali. Wiedzieli, że w innych działających wówczas w Szwecji spalarniach dym z komina nie był przyjazny. Ale my wtedy dysponowaliśmy już nowoczesną jak na tamte czasy techniką oczyszczania. Pokazaliśmy im dane z emisji i protesty szybko się skończyły - wspomina Adrian Berg von Linde, dyrektor elektrociepłowni w Uppsali. Bez skrępowania przyznaje również: - Podstawowym powodem do uruchomienia linii spalania śmieci była ekonomia. Śmieci okazały się być świetnym interesem. Kilka lat wystarczyło, by inwestycje w nowe instalacje do oczyszczania się zwróciły. To żyła złota, ale nie chciałbym podawać, ile na tym zarabiamy. To tajemnica handlowa - uśmiecha się von Linde.
- Kiedy zbudujecie już te pierwsze piece, po kilku latach będzie chcieli budować następne. Będziecie namawiać gminy wokół Krakowa, by przywoziły do was swoje odpady, bo będziecie na tym zarabiać - wspiera go prof. Netterowicz.
Szybko okazuje się, że poza kilkoma osobami nie trzeba było wielkiego wysiłku, by przekonać krakowian do spalarni. Zaawansowana technologia i bezpośredni kontakt z urządzeniami oczyszczającymi spaliny z pieca zrobiły swoje.
- Ja, kiedy już tu jechałem, wierzyłem, że jeśli nasza spalarnia będzie budowana zgodnie z unijnymi wymogami, nic złego się nie stanie mieszkańcom. Ale to, co tu nam pokazali, przeszło moje wyobrażenie. Wydawało mi się, że wszystkie filtry znajdują się w kominach. A tu się okazuje, że dym przechodzi tak długą drogę przez te urządzenia, że trzeba go dodatkowo wspomagać pompami, żeby piece miały ciąg - nie krył swego zaskoczenia przy kolacji w hotelu pan Włodzimierz z Mogiły.
- No właśnie. Trzeba tylko pilnować, żeby u nas te filtry były tak nadzorowane jak tutaj. W Warszawie też miało być dobrze, ale tam nie dbają o filtry i nie pilnują emisji. Nic dziwnego, że ludzie tam protestują i nakłaniają innych Polaków, żeby nie godzili się na takie przedsięwzięcia - przytakiwała pani Barbara z Łęgu.
- O czym wy gadacie? Wszystko będzie dobrze. Większy mamy problem. Jak zrobić, żeby u nas się opłaciło segregować. Szwedzi, którzy nie segregują, płacą trzy razy więcej od tych, którzy dbają o recykling. A u nas w segregację w domu bawią się co najwyżej entuzjaści, bo różnicy w cenie nie ma - oburzał się Tomasz Urynowicz, radny dzielnicowy.
Nawet największy przeciwnik szybkiej budowy spalarni w Krakowie wśród radnych Kajetan d'Obyrn przyznał, że zmienił zdanie: - Korzyści ekonomiczne, jakie przynosi spalarnia, są naprawdę wielkie. Kłopot w tym, że aby nie wrzucać do pieca wszystkiego jak leci, tylko już przebrane śmieci, musimy zmienić świadomość ludzi. Także prawo. Najwyższy czas, by to gminy były właścicielem odpadów. Tylko w ten sposób uda się nam zmusić mieszkańców do selekcji i odzyskiwania surowców wtórnych. Wszystkie inne sposoby będą zwykłą akcją edukacyjną.
Kultura porządku
W czwartek oglądamy Zbiorczy Punkt Gromadzenia Odpadów. Taką urzędniczą nazwę ma w Polsce miejsce, gdzie Szwedzi mogą przywozić wszystko to, co nie mieści się w zwykłym koszu: meble, lodówki, pralki, gruz, opony itd. Również niebezpieczne odpady lub takie, o których doskonale wiedzą, że nie można ich palić: akumulatory, świetlówki, żarówki. I tu znowu zdziwienie szwedzkiego urzędnika...
- Co robi urząd miasta, żeby zmobilizować swoich obywateli do przywożenia tych rzeczy tutaj? - pada pytanie do przedstawicielki magistratu w Uppsali.
- Oni płacą, żeby ten punkt istniał - tłumaczy zapytany.
- No tak, ale jak to robicie, że chce im się te rzeczy przywozić tutaj, a nie wyrzucają ich do rowu? - pyta dalej dociekliwy.
- Nie rozumiem. Dlaczego mieliby wyrzucać gdzie indziej? - odpowiada całkiem już zdumiona urzędniczka. Zaraz jednak cierpliwie tłumaczy, że w Szwecji właścicielem śmieci jest gmina, a każdy obywatel płaci miastu podatek, dzięki któremu organizowany jest wywóz odpadów. Budowa tego systemu trwała ponad ćwierć wieku.
Jesteśmy w starej części Uppsali. Ta sama co w Krakowie grupka pali papierosy koło autobusu. - Czysto tu - rzuca ktoś, rozglądając się po ulicy. - Tak, ale koszy jakoś nie widać. U nas w centrum prawie na każdym rogu stoją - zauważa sąsiad. - A śmieci i tak fruwają po ulicach - wpada w słowo ktoś z boku. I rozdeptuje peta na chodniku. Pozostali też rozdeptują, choć dyskretnie szukają szpar chodniku...
Po palaczach pozostawała też ulotna chmurka dymu. Jak wynika z badań prowadzonych przez Szwedów - bardziej szkodliwa niż całodzienna emisja spalarni odpadów Hogdalen.
Kto i po co pojechał do Szwecji
Wyjazd do Szwecji zorganizował Krakowski Holding Komunalny, który w 2014 roku ma uruchomić w Krakowie pierwszą spalarnię odpadów. Wyposażona w najnowsze urządzenia do oczyszczania spalin ma umożliwić pozbywanie się ok. 230 tys. ton odpadów rocznie. Na zwiedzanie szwedzkich spalarni pojechało ponad 60 osób: kilku pracowników KHK, radni miejscy, radni dzielnicowi z Czyżyn i Nowej Huty oraz mieszkańcy tych dzielnic, których domy położone są najbliżej rozważanych lokalizacji krakowskiej spalarni. Spośród zaproszonych udziału w wyjeździe odmówili radni z Podgórza i Prokocimia oraz członkowie komitetu protestacyjnego z os. Złocień (to kolejne dwie ewentualne lokalizacje spalarni). Radni uznali, że nie chcą już negocjować z KHK warunków budowy spalarni w ich dzielnicach, bo nie widzą szans na przekonanie mieszkańców swoich rejonów do inwestycji. Komitet zaś zarzucił holdingowi próbę przekupienia ludzi za pomocą wycieczki. Oskarżył też KHK o rozrzutność, bo już wcześniej proponował firmie wspólną organizację tańszego wyjazdu do niemieckiej Dolnej Saksonii, gdzie oprócz spalarni mieszkańcy mieli zapoznać się w praktyce z innymi sposobami pozbywania się odpadów. Tymczasem jeszcze przed podróżą do Szwecji przedstawiciele holdingu zapowiedzieli, że zamierzają zorganizować także ten wyjazd.
Kultura porządku
W czwartek oglądamy Zbiorczy Punkt Gromadzenia Odpadów. Taką urzędniczą nazwę ma w Polsce miejsce, gdzie Szwedzi mogą przywozić wszystko to, co nie mieści się w zwykłym koszu: meble, lodówki, pralki, gruz, opony itd. Również niebezpieczne odpady lub takie, o których doskonale wiedzą, że nie można ich palić: akumulatory, świetlówki, żarówki. I tu znowu zdziwienie szwedzkiego urzędnika...
- Co robi urząd miasta, żeby zmobilizować swoich obywateli do przywożenia tych rzeczy tutaj? - pada pytanie do przedstawicielki magistratu w Uppsali.
- Oni płacą, żeby ten punkt istniał - tłumaczy zapytany.
- No tak, ale jak to robicie, że chce im się te rzeczy przywozić tutaj, a nie wyrzucają ich do rowu? - pyta dalej dociekliwy.
- Nie rozumiem. Dlaczego mieliby wyrzucać gdzie indziej? - odpowiada całkiem już zdumiona urzędniczka. Zaraz jednak cierpliwie tłumaczy, że w Szwecji właścicielem śmieci jest gmina, a każdy obywatel płaci miastu podatek, dzięki któremu organizowany jest wywóz odpadów. Budowa tego systemu trwała ponad ćwierć wieku.
Jesteśmy w starej części Uppsali. Ta sama co w Krakowie grupka pali papierosy koło autobusu. - Czysto tu - rzuca ktoś, rozglądając się po ulicy. - Tak, ale koszy jakoś nie widać. U nas w centrum prawie na każdym rogu stoją - zauważa sąsiad. - A śmieci i tak fruwają po ulicach - wpada w słowo ktoś z boku. I rozdeptuje peta na chodniku. Pozostali też rozdeptują, choć dyskretnie szukają szpar chodniku...
Po palaczach pozostawała też ulotna chmurka dymu. Jak wynika z badań prowadzonych przez Szwedów - bardziej szkodliwa niż całodzienna emisja spalarni odpadów Hogdalen.
Kto i po co pojechał do Szwecji
Wyjazd do Szwecji zorganizował Krakowski Holding Komunalny, który w 2014 roku ma uruchomić w Krakowie pierwszą spalarnię odpadów. Wyposażona w najnowsze urządzenia do oczyszczania spalin ma umożliwić pozbywanie się ok. 230 tys. ton odpadów rocznie. Na zwiedzanie szwedzkich spalarni pojechało ponad 60 osób: kilku pracowników KHK, radni miejscy, radni dzielnicowi z Czyżyn i Nowej Huty oraz mieszkańcy tych dzielnic, których domy położone są najbliżej rozważanych lokalizacji krakowskiej spalarni. Spośród zaproszonych udziału w wyjeździe odmówili radni z Podgórza i Prokocimia oraz członkowie komitetu protestacyjnego z os. Złocień (to kolejne dwie ewentualne lokalizacje spalarni). Radni uznali, że nie chcą już negocjować z KHK warunków budowy spalarni w ich dzielnicach, bo nie widzą szans na przekonanie mieszkańców swoich rejonów do inwestycji. Komitet zaś zarzucił holdingowi próbę przekupienia ludzi za pomocą wycieczki. Oskarżył też KHK o rozrzutność, bo już wcześniej proponował firmie wspólną organizację tańszego wyjazdu do niemieckiej Dolnej Saksonii, gdzie oprócz spalarni mieszkańcy mieli zapoznać się w praktyce z innymi sposobami pozbywania się odpadów. Tymczasem jeszcze przed podróżą do Szwecji przedstawiciele holdingu zapowiedzieli, że zamierzają zorganizować także ten wyjazd.
- 7 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień







