My i Wy, czyli o starych i nowych krakowianach
26.02.2010
, aktualizacja: 25.02.2010 17:54
Z urodzenia czy z wyboru - łączą nas: wola wspólnego przebywania na ograniczonej powierzchni, związki rodzinne i towarzyskie, konieczność ekonomiczna, wola awansu ergo ambicje, przymus, snobizm, poczucie wyższości, skłonności (rodziców!) do dobrych inwestycji w mieszkania i wiele innych, często trudnych do nazwania przyczyn. Na przykład to, że jesteśmy u siebie.
ZOBACZ TAKŻE
- Krakowscy mieszczanie i ich ulubione miejsca (12-03-10, 15:34)
- Gdzie teraz bywacie mieszczanie? Tworzymy mapę! (07-03-10, 23:00)
- Głosy z sieci: o Krakowie i jego mieszkańcach (05-03-10, 12:20)
- Listy. Niech każdy odkrywa Kraków po swojemu (04-03-10, 15:41)
- Wolne zawody w Krakowie, kariera w Warszawie (04-03-10, 00:18)
- Coraz mniej mieszkańców w centrum Krakowa (07-07-10, 12:18)
- Nowych krakowskich mieszczan portret własny (27-02-10, 18:09)
Niektórzy z mieszkańców, czy to zasiedziali, czy przybyli, oddają się przyjemnościom uczestniczenia - a nawet występowania - w zbiorowej legendzie, jaką dla reszty Polski jest Kraków. Przypomnijmy więc, że to miasto jest dziś lokomotywą marki Polska - polską marką narodową. Przepraszam wszystkich, którzy gderają, ale - takie są fakty. Od obywateli innych dużych ośrodków silnie odróżnia nas uczuciowy stosunek do naszego miasta - rzadkość na skalę ogólnopolską, a nawet i globalną.
Nowi przybywają do tego miasta z wyboru, ze smaku, z przymusu albo zachwytu. W zależności od epoki przybywa ich tutaj albo dużo i nagle (tak jak teraz lub po wojnie), albo też stale i po troszeczkę. Podążają tu za dziewczynami, żonami, mężami, na studia. Zjawiają się tu w poszukiwaniu anonimowości, by uciec od wszechobecnej w małych miejscowościach wszechwiedzy każdego o każdym. Wpadają tu na parę godzin do galerii handlowych. Zjeżdżają w niedzielę wieczór lub poniedziałkowym świtem na pięć dni do pracy (samochody znikają w piątek po południu). Tymczasem dla miejscowych, bo żadna z wyżej wymienionych kategorii nie odnosi się do osobnego zupełnie zjawiska krakowskich turystów, Kraków to ich Mała Ojczyzna. To kraina dzieciństwa, podstawówek i szkół średnich, pierwszych jazd na rowerze i nartach, spacerów z rodzicami, wizyt u krewnych (bo ich tu mamy), mszy, ciastek na rogu, biegania z psem, randek, widoków z kopca (np. Kościuszki) i głosu "Zygmunta".
Na tych łamach już niejeden raz można było przeczytać o tym, jak wygląda Kraków postrzegany oczami przybysza. A co z naszym postrzeganiem Naszego Miasta?
Asymilacja
Jest kilka sposobów na zostanie krakowianinem. Najprościej, według stosowanej w Stanach Zjednoczonych zasady ius soli, jest się tu urodzić. Drugi, to przybyć dość wcześnie, by trafić w Krakowie do szkoły podstawowej. Przyszły krakowianin trafia wtedy w wir poznawania miasta od szczegółu do ogółu: od swojej kamienicy/ulicy/bloku/osiedla poprzez najbliższe sklepy, kościół, pocztę, mieszkających w okolicy znajomych ze szkoły. Pamięć młodego obywatela takiej dzielnicy zapełnia się setkami drobiazgów, co znacznie podnosi bezpieczeństwo sąsiedztwa. Z czasem odwiedza się krewnych lub znajomych (z razu znajomych rodziców - później własnych) w innych częściach miasta albo we wsiach, które po II wojnie przyłączono do Krakowa. Stopniowo pojawia się i utrwala świadomość obywatelstwa dzielnicy, a po niej - miasta. Tę świadomość zabierają ze sobą doroślejący krakowianie, wyjeżdżając do innych miast lub za granicę.
W swoich dziejach Kraków zawsze nadążał z asymilowaniem przybyszów. Oddziaływanie miejsca, ośrodka władzy i religii, uroki kultury materialnej i niematerialnej, widoki, a pośród nich niezrównane panoramy, przemawiały - i przemawiają - do wrażliwych osób. W czasie ostatnich 200 lat podjęto dwie próby - obie nieudane - zdominowania Krakowa przez przybyszów. Pierwsza to zajazd arystokracji i ziemiaństwa po uzyskaniu przez Galicję autonomii. Trwał on aż do odzyskania przez Polskę niepodległości, a przez Warszawę - zasłużonej stołeczności (pospieszyli w pobliże tronu...). Druga - to budowa Nowej Huty i "zaosiedlowanie" za pomocą wielkiej płyty świata położonego poza trzecią obwodnicą. Są jednak autorzy utrzymujący, że dziś real-soc pokonuje Kraków zza grobu (Joanna Kusiak - polecam). Czy to trzecia próba?
Kto tu mieszka?
Kraków jest ponadregionalną stolicą. 1 lipca 2009 roku zameldowanych było tu 703 tysiące osób. Według ostrożnych przymiarek specjalistów ta liczba jest niedoszacowana o połowę - i w granicach miasta zamieszkuje ponad milion ludzi. Nabywcy nowych mieszkań (często dziur w ziemi - wyrazy współczucia) ściągają tutaj z ćwierci Polski. To nie tylko historyczna Małopolska, ale obszar od Horodła nad Bugiem po Cieszyn i od Krzepic po Dwernik.
Tak było zawsze, choć w niejednakowej skali. Kraków, od czasów przedchrześcijańskich położony na dwóch co najmniej transeuropejskich szlakach wymiany handlowej, był atrakcyjnym miejscem osiedlenia dla przybyszów. Trzech zasadźców Wielkiej Lokacji (1257 rok) przybyło ze Śląska, a jeden z nich mógł być nawet... Rusinem (Ditmar Volk/Wołk?). Ilekroć zatem ktoś wytknie przybyłym, że się w Krakowie nie urodzili, to wspomnijcie proszę, że lista dobrych, solidnych, oczytanych, rozmiłowanych i rozeznanych w Krakowie, bardzo dla niego zasłużonych, uzdolnionych, utytułowanych, a nierzadko WIELKICH przybyszów nie-ma-końca! Otwiera ją pewien późniejszy Biskup Rzymu, a tuż za nim Ambroży Grabowski (z Kęt), prezydenci Dietl, Zyblikiewicz i Leo, Marcelina z Radziwiłłów ks. Czartoryska, Adam Stefan ks. Sapieha Arcybiskup Metropolita, Karol Rolle (z Kamieńca), ale i Jan (ze Skalbmierza), Sebastian Petrycy (z Pilzna), Stanisław Dziwisz (z Raby Wyżnej), Julian Aleksandrowicz (z Podgórza), Jerzy Wyrozumski (z Trembowli), Franciszek Ziejka (z Radłowa) i Karol Musioł (z Radzionkowa). Podnoszą naszego ducha i Krzysztof Penderecki - z Dębicy, i Piotr Skrzynecki - z Warszawy, kresowiak z Białorusi Wiesław Dymny, Tadeusz Kantor z Wielopola i Andrzej Wajda z Suwałk. No i Kazimierz Madej z Zimnej Wody pod Lwowem. A cóż dopiero pisać o literatach?
Dość z tego, że rozmaitość przybyszów: Ślązaków, Węgrów, Czechów, Niemców, Żydów, Litwinów, Włochów, Ormian, Rusinów, Austriaków, kresowiaków, warszawiaków - i nareszcie pijanych Brytoli - nie robi na nas wrażenia. Nie musimy się silić na to, by być miastem rozmaitej Europy, bo nim jesteśmy. Nie zaprzątamy sobie tym głowy, bo to oczywiste - choć często nieuświadomione.
Wciąż łatwo jest znaleźć w Krakowie 40-latka, którego oboje rodziców urodziło się w Krakowie. Czy to samo mógłby powiedzieć o czworgu swoich dziadków? Tak czy inaczej - miasto n a d ą ż a ł o. Stawaliśmy się krakowianami.
Trzeba się ukorzenić
Długa lista personalna w poprzednim paragrafie uczy, że dobrze jest najpierw ukorzenić się, zostać krakowianinem i zrobić coś pożytecznego dla tego - wyjątkowego, przyznajmy - miejsca, jakim jest Kraków, zanim zabierzemy głos w sprawach dla miasta ważnych lub podejmiemy brzemienne w skutki działania. Niestety, dla ukorzenienia czasy nie są najlepsze. Przyczynę tego stanu rzeczy upatruję w napływie do Krakowa znacznej grupy osadników z wypracowanym już cenzusem majątkowym. To novum w historii Krakowa. Do tej pory zwykle trzeba było się dobrze napracować tu, na miejscu, by do czegoś dojść. Trzeba było umieć ułożyć się z miejscowymi, a to nie tylko uczyło zwykłej grzeczności - i pokory, ale zmuszało do nawiązania stosunków i zażyłości. Na szczęście większość przybyszów stanowią ludzie inteligentni, uczciwi, mili i pracowici. Co więcej, przybyli tu (niejednokrotnie ryzykując ogromne kwoty) do takiego Krakowa, jaki znali z wyobrażeń. Do uroków jego przeszłości, historii, tradycji, sztuki, kultury (mogłaby być lepsza...), konserwatyzmu, "skansenu"(sic!), niezmienności, trwania w czasie, wąskich ulic. Przybyli mimo ulicznych korków, braku tego, tamtego i owego... (lista braków jest długa). A i tak przyjechali. Ot co!
Niestety, widać też tych rewizorów z powiatu, lekko tylko oszlifowanych łapowników w garniturach nagle-jedwabnych i półbutach (co najmniej po tysiąc), którzy psują plan mojego miasta tylko dlatego, że ktoś im płaci pod stołem. Na ich widok do głowy przychodzą mi różne wyrazy, ale "pokory" pośród nich nie ma. Pewna Pani Polityk trafnie opisała ostatnio podobną grupę mianem "plewy". Ja skłaniam się ku terminom "mierzwa" lub "hałastra". Ale czekajcie łobuzy, "Poeta pamięta (...) spisane będą czyny i rozmowy".
Pewność siebie nowych przybyszów bierze się nie tylko z przywożonych do Krakowa pieniędzy, ale i... wzorów, które próbują wymuszać jako obowiązujące. A skąd te wzory? Przykro to stwierdzić, ale najczęściej from the middle of nowhere. Ogromna liczba rodaków, na progu lub w kwiecie wieku produkcyjnego, udała się z nowej Polski na emigrację. Zarobkową. Część z nich powraca do kraju z pieniędzmi i za te pieniądze kupuje mieszkania... No przecież nie tam je kupuje, skąd wyruszyła, ale w Krakowie! Z emigracji, poza pieniędzmi, przywożą do Krakowa przekonanie, że wielkie ośrodki miejskie Zachodu są ostatecznym spełnieniem marzeń o wspaniałości i cywilizacji. Zważywszy na perspektywę startu z polskiej prowincji nie ma w tym nic dziwnego. Berlin, Londyn czy Mediolan, Amsterdam, Barcelona, Dublin, miasta Skandynawii czy Wiedeń oferują rzeczy dotąd widziane głównie w telewizji, Internecie lub na wycieczkach. Często tak zaawansowane obywatelsko i cywilizacyjnie, że niepojęte. Tego, że do ich stworzenia potrzeba było ogromnej ilości pieniędzy kilku pokoleń i spójnych polityk regionalnych, już się nie dostrzega. Nie sposób też domagać się od wszystkich wiedzy o tym, jakie wymagania stawia się w cywilizowanym świecie podobnym do Krakowa miastom historycznym - i jakie zyski ciągnie się z usług świadczonych dzięki tej pieczołowicie hodowanej autentyczności małych miejsc. Częściej bywa się w Londynie niż w Salisbury, częściej w Paryżu niż w Saint Paul de Vence. Częściej w Krakowie - niż w Niepołomicach.
Nie dajcie się nabierać
Kraków nie jest spaloną ziemią ani Dzikim Zachodem, gotowym w pokorze realizować marzenia o bezrefleksyjnym imporcie tzw. cywilizacji. Pośród jej znamion nie wiadomo dlaczego wymieniane są wieżowce. Jakże chciwym trzeba być cynikiem i jakże prowincjonalne mieć gusty, by nie dostrzegać, że propozycje wieżowców dla Krakowa są nieporozumieniem? Podczas ubiegłorocznego XI Triennale Architektury sąd konkursu "Wymiar Architektury - 50 wieżowców dla Krakowa" najwyżej ocenił tę pracę, która była oczywistą i do granic absurdu doprowadzoną kpiną z idei wieżowców w Krakowie. I bardzo dobrze.
Pośród wyobrażeń przyjezdnych przeważa pociąg do terenów otaczających Rynek, czyli do Republiki Lokali z Wyszynkiem. To właśnie tą Republiką chwalą się swoim przyjaciołom i krewnym, którzy przyjeżdżają, by zobaczyć, jak też się żyje w tym Krakowie i na co idą pieniądze rodziców? To, co dla Nas jest istotą naszego miasta, czyli podział na małe ojczyzny - dzielnice - dla nich nie istnieje. Tymczasem My - obywatele tych dzielnic - zwyczajnie ZNAMY się, rozpoznajemy, odwiedzamy, spieramy i pracujemy na ich rzecz.
Skutki tej niewiedzy są nieodmiennie kosztowne. Najpierw Przyjezdni padają ofiarą oszustw szykowanych przez "sprzedawców dziur w ziemi", nazywanych niekiedy - o tempora, o mores - "deweloperami". Ich powiastki o atrakcyjnych dzielnicach nie mają końca (to nb. bardzo utrudnia pracę prawdziwym deweloperom. Są tacy!). Dla sprzedawców dziur w ziemi np. Wola Justowska zaczyna się nad Wisłą, na Salwatorze, a kończy przy lotnisku w Balicach. Salwator próbowali przenieść do Bronowic Małych. "Krowodrza" to dla nich ruchoma plama, przesuwana tam, gdzie akuratnie jest potrzebna. Śródmieście jest tak rozciągliwe, że ciasto na pizzę może się schować. Terminy "Grzegórzki", "Łobzów", "Zwierzyniec" czy "Półwsie Zwierzynieckie" są dla nich przeklęte. Te oszukańcze manewry mogą budzić w Nas co najwyżej politowanie. Ale to nie Nam się te mieszkania sprzedaje. Nie dawajcie się zwodzić sprzedawcom dziur w ziemi. Mieszkając tu od urodzenia, słuchając opowiadań naszych rodziców i dziadków, oglądając ze zrozumieniem plan miasta - My zwyczajnie WIEMY, że sprzedawcy dziur w ziemi opowiadają bajki. Mami się Was kupnem mieszkań, których jedyną zaletą jest ich usytuowanie po właściwej stronie tabliczki z napisem "Kraków".
Kraków i "Kraków"
Sukces ubiegłorocznej Archi-szopy przy ul. Pychowickiej połączony z wyczynami firmy Leopard (było do przewidzenia...) wskazuje, że nabywcy znajdują się we władzy sprzedawców. Kupowana jest każda "szuflandia". W tym samym czasie, dla zapewnienia zbytu kolejnym "szuflandiom", wielu opłaconych pomagierów ględzi coś o "rozwoju". Różnica pomiędzy dobrze zarządzanym rozwojem a procesem, którego ofiarą pada Kraków jest taka, jak pomiędzy rozkwitaniem zdrowego niemowlęcia a niewstrzymanym rozrostem nowotworu. Specjaliści od rozwoju miast, przyrodnicy, urbaniści wskazują w poważnych dokumentach, że każde miasto, z różnych względów (np. zdolności przyrody do regeneracji) ma granice swojego terytorium i gęstości. Po przekroczeniu tej granicy przestaje być już miastem i staje się zabudowaną przestrzenią - nazwą miejscową. Tymczasem Kraków, bezmyślnie powiększany od roku co najmniej 1973, zajmuje dziś obszar większy np. od każdego z miast niemieckich (z czterema wyjątkami: Berlina, Hamburga, Kolonii i Monachium). Nie jest prawdą, że możemy bez końca przesuwać tabliczki z napisem "Kraków - see You again" tylko po to, by jeszcze więcej przybyszów można było nabrać na to, że wyśnione mieszkanie kupią w Krakowie. Metropolia nie musi być duża, by była metropolią. Kto uważa inaczej, ten nie słyszał o Zurychu, Frankfurcie (nad Menem) ani o Amsterdamie, Antwerpii czy Strasburgu. Promowany przez łajdaków nieograniczony rozrost Krakowa zaczyna pożerać nasze własne atrakcje. Właścicielom działek wokół Lasu Wolskiego zwyczajnie się grozi, jeśli nie chcą sprzedać swoich rodzinnych parcel. Giną podziały dzielnicowe (na których np. Siena, Wiedeń czy Paryż zbijają kapitał światowej sławy), całe połacie terenu pozbawione są sensownego dojazdu (Górka Narodowa, Wieczysta, Ruczaj), a zieleń tnie się bez opamiętania. Poziom bredni, jakie słyszeć można niekiedy na posiedzeniach Ciał Obieralnych obnaża pospolitość i miałkość kompetencji. Tu pycha miesza się w równych proporcjach ze zwykłą niewiedzą i chciwością.
Uśmiech na finał
Krakowianie! DO ROBOTY! Nie możemy przestać nadążać z asymilacją przybyszów. To, czy Kraków pozostanie Krakowem, zależy od porządnych obywateli, którzy nie zjedzą nam miasta. Mówcie do nich "dzień dobry" i ODPOWIADAJCIE "dzień dobry", pomagajcie im, ilekroć widzicie, że ktoś posługuje się planem miasta - cóż to kosztuje, zapytać "Czy mogę pomóc?". Pożyczajcie cracoviana swoim nowym sąsiadom, uczcie ich tego, czego sami chcielibyście doświadczać i uczcie się od nich tego, co się Wam podoba. Bo oni są też kopalnią dobra, ale często zwyczajnie boją się odrzucenia i negatywnych recenzji. Oni, podobnie jak Wasi dziadkowie, też zostaną fajnymi krakowianami. Przede wszystkim zaś opowiadajcie im o naszej małej ojczyźnie. Nauczymy ich, że ubranie, flizy, bajgle, czajnik i na pole. I że "panięka" i "sukięka". Ich dzieci pojadą na wakacje i usłyszą: "Z Krakowa?". A wtedy dumnie odpowiedzą: "Tak, a co? Widać?".
Kraków, 23 lutego 2010 r.
PS. Na plakacie, który zobaczyłem na przystanku autobusowym, pytajnik ubrano w czapkę-krakuskę (wiadomo: "Wesele" i Tadeusz Kościuszko). Ale jaki to ma związek z krakowianami? Nie wiadomo. Ustalmy najpierw, że czapka-krakuska, to nie czapka krakowska - jak sądzi wielu, ale podkrakowska. Tak powiela się stereotypy. Podobnie jak pewna ukoronowana litera to nie symbol Krakowa, ale "K" jak Kazimierz (Wielki). No i herb, ale nie Krakowa tylko Grybowa. Pozdrawiamy Grybów, bo jest piękny.
Nowi przybywają do tego miasta z wyboru, ze smaku, z przymusu albo zachwytu. W zależności od epoki przybywa ich tutaj albo dużo i nagle (tak jak teraz lub po wojnie), albo też stale i po troszeczkę. Podążają tu za dziewczynami, żonami, mężami, na studia. Zjawiają się tu w poszukiwaniu anonimowości, by uciec od wszechobecnej w małych miejscowościach wszechwiedzy każdego o każdym. Wpadają tu na parę godzin do galerii handlowych. Zjeżdżają w niedzielę wieczór lub poniedziałkowym świtem na pięć dni do pracy (samochody znikają w piątek po południu). Tymczasem dla miejscowych, bo żadna z wyżej wymienionych kategorii nie odnosi się do osobnego zupełnie zjawiska krakowskich turystów, Kraków to ich Mała Ojczyzna. To kraina dzieciństwa, podstawówek i szkół średnich, pierwszych jazd na rowerze i nartach, spacerów z rodzicami, wizyt u krewnych (bo ich tu mamy), mszy, ciastek na rogu, biegania z psem, randek, widoków z kopca (np. Kościuszki) i głosu "Zygmunta".
Na tych łamach już niejeden raz można było przeczytać o tym, jak wygląda Kraków postrzegany oczami przybysza. A co z naszym postrzeganiem Naszego Miasta?
Asymilacja
Jest kilka sposobów na zostanie krakowianinem. Najprościej, według stosowanej w Stanach Zjednoczonych zasady ius soli, jest się tu urodzić. Drugi, to przybyć dość wcześnie, by trafić w Krakowie do szkoły podstawowej. Przyszły krakowianin trafia wtedy w wir poznawania miasta od szczegółu do ogółu: od swojej kamienicy/ulicy/bloku/osiedla poprzez najbliższe sklepy, kościół, pocztę, mieszkających w okolicy znajomych ze szkoły. Pamięć młodego obywatela takiej dzielnicy zapełnia się setkami drobiazgów, co znacznie podnosi bezpieczeństwo sąsiedztwa. Z czasem odwiedza się krewnych lub znajomych (z razu znajomych rodziców - później własnych) w innych częściach miasta albo we wsiach, które po II wojnie przyłączono do Krakowa. Stopniowo pojawia się i utrwala świadomość obywatelstwa dzielnicy, a po niej - miasta. Tę świadomość zabierają ze sobą doroślejący krakowianie, wyjeżdżając do innych miast lub za granicę.
W swoich dziejach Kraków zawsze nadążał z asymilowaniem przybyszów. Oddziaływanie miejsca, ośrodka władzy i religii, uroki kultury materialnej i niematerialnej, widoki, a pośród nich niezrównane panoramy, przemawiały - i przemawiają - do wrażliwych osób. W czasie ostatnich 200 lat podjęto dwie próby - obie nieudane - zdominowania Krakowa przez przybyszów. Pierwsza to zajazd arystokracji i ziemiaństwa po uzyskaniu przez Galicję autonomii. Trwał on aż do odzyskania przez Polskę niepodległości, a przez Warszawę - zasłużonej stołeczności (pospieszyli w pobliże tronu...). Druga - to budowa Nowej Huty i "zaosiedlowanie" za pomocą wielkiej płyty świata położonego poza trzecią obwodnicą. Są jednak autorzy utrzymujący, że dziś real-soc pokonuje Kraków zza grobu (Joanna Kusiak - polecam). Czy to trzecia próba?
Kto tu mieszka?
Kraków jest ponadregionalną stolicą. 1 lipca 2009 roku zameldowanych było tu 703 tysiące osób. Według ostrożnych przymiarek specjalistów ta liczba jest niedoszacowana o połowę - i w granicach miasta zamieszkuje ponad milion ludzi. Nabywcy nowych mieszkań (często dziur w ziemi - wyrazy współczucia) ściągają tutaj z ćwierci Polski. To nie tylko historyczna Małopolska, ale obszar od Horodła nad Bugiem po Cieszyn i od Krzepic po Dwernik.
Tak było zawsze, choć w niejednakowej skali. Kraków, od czasów przedchrześcijańskich położony na dwóch co najmniej transeuropejskich szlakach wymiany handlowej, był atrakcyjnym miejscem osiedlenia dla przybyszów. Trzech zasadźców Wielkiej Lokacji (1257 rok) przybyło ze Śląska, a jeden z nich mógł być nawet... Rusinem (Ditmar Volk/Wołk?). Ilekroć zatem ktoś wytknie przybyłym, że się w Krakowie nie urodzili, to wspomnijcie proszę, że lista dobrych, solidnych, oczytanych, rozmiłowanych i rozeznanych w Krakowie, bardzo dla niego zasłużonych, uzdolnionych, utytułowanych, a nierzadko WIELKICH przybyszów nie-ma-końca! Otwiera ją pewien późniejszy Biskup Rzymu, a tuż za nim Ambroży Grabowski (z Kęt), prezydenci Dietl, Zyblikiewicz i Leo, Marcelina z Radziwiłłów ks. Czartoryska, Adam Stefan ks. Sapieha Arcybiskup Metropolita, Karol Rolle (z Kamieńca), ale i Jan (ze Skalbmierza), Sebastian Petrycy (z Pilzna), Stanisław Dziwisz (z Raby Wyżnej), Julian Aleksandrowicz (z Podgórza), Jerzy Wyrozumski (z Trembowli), Franciszek Ziejka (z Radłowa) i Karol Musioł (z Radzionkowa). Podnoszą naszego ducha i Krzysztof Penderecki - z Dębicy, i Piotr Skrzynecki - z Warszawy, kresowiak z Białorusi Wiesław Dymny, Tadeusz Kantor z Wielopola i Andrzej Wajda z Suwałk. No i Kazimierz Madej z Zimnej Wody pod Lwowem. A cóż dopiero pisać o literatach?
Dość z tego, że rozmaitość przybyszów: Ślązaków, Węgrów, Czechów, Niemców, Żydów, Litwinów, Włochów, Ormian, Rusinów, Austriaków, kresowiaków, warszawiaków - i nareszcie pijanych Brytoli - nie robi na nas wrażenia. Nie musimy się silić na to, by być miastem rozmaitej Europy, bo nim jesteśmy. Nie zaprzątamy sobie tym głowy, bo to oczywiste - choć często nieuświadomione.
Wciąż łatwo jest znaleźć w Krakowie 40-latka, którego oboje rodziców urodziło się w Krakowie. Czy to samo mógłby powiedzieć o czworgu swoich dziadków? Tak czy inaczej - miasto n a d ą ż a ł o. Stawaliśmy się krakowianami.
Trzeba się ukorzenić
Długa lista personalna w poprzednim paragrafie uczy, że dobrze jest najpierw ukorzenić się, zostać krakowianinem i zrobić coś pożytecznego dla tego - wyjątkowego, przyznajmy - miejsca, jakim jest Kraków, zanim zabierzemy głos w sprawach dla miasta ważnych lub podejmiemy brzemienne w skutki działania. Niestety, dla ukorzenienia czasy nie są najlepsze. Przyczynę tego stanu rzeczy upatruję w napływie do Krakowa znacznej grupy osadników z wypracowanym już cenzusem majątkowym. To novum w historii Krakowa. Do tej pory zwykle trzeba było się dobrze napracować tu, na miejscu, by do czegoś dojść. Trzeba było umieć ułożyć się z miejscowymi, a to nie tylko uczyło zwykłej grzeczności - i pokory, ale zmuszało do nawiązania stosunków i zażyłości. Na szczęście większość przybyszów stanowią ludzie inteligentni, uczciwi, mili i pracowici. Co więcej, przybyli tu (niejednokrotnie ryzykując ogromne kwoty) do takiego Krakowa, jaki znali z wyobrażeń. Do uroków jego przeszłości, historii, tradycji, sztuki, kultury (mogłaby być lepsza...), konserwatyzmu, "skansenu"(sic!), niezmienności, trwania w czasie, wąskich ulic. Przybyli mimo ulicznych korków, braku tego, tamtego i owego... (lista braków jest długa). A i tak przyjechali. Ot co!
Niestety, widać też tych rewizorów z powiatu, lekko tylko oszlifowanych łapowników w garniturach nagle-jedwabnych i półbutach (co najmniej po tysiąc), którzy psują plan mojego miasta tylko dlatego, że ktoś im płaci pod stołem. Na ich widok do głowy przychodzą mi różne wyrazy, ale "pokory" pośród nich nie ma. Pewna Pani Polityk trafnie opisała ostatnio podobną grupę mianem "plewy". Ja skłaniam się ku terminom "mierzwa" lub "hałastra". Ale czekajcie łobuzy, "Poeta pamięta (...) spisane będą czyny i rozmowy".
Pewność siebie nowych przybyszów bierze się nie tylko z przywożonych do Krakowa pieniędzy, ale i... wzorów, które próbują wymuszać jako obowiązujące. A skąd te wzory? Przykro to stwierdzić, ale najczęściej from the middle of nowhere. Ogromna liczba rodaków, na progu lub w kwiecie wieku produkcyjnego, udała się z nowej Polski na emigrację. Zarobkową. Część z nich powraca do kraju z pieniędzmi i za te pieniądze kupuje mieszkania... No przecież nie tam je kupuje, skąd wyruszyła, ale w Krakowie! Z emigracji, poza pieniędzmi, przywożą do Krakowa przekonanie, że wielkie ośrodki miejskie Zachodu są ostatecznym spełnieniem marzeń o wspaniałości i cywilizacji. Zważywszy na perspektywę startu z polskiej prowincji nie ma w tym nic dziwnego. Berlin, Londyn czy Mediolan, Amsterdam, Barcelona, Dublin, miasta Skandynawii czy Wiedeń oferują rzeczy dotąd widziane głównie w telewizji, Internecie lub na wycieczkach. Często tak zaawansowane obywatelsko i cywilizacyjnie, że niepojęte. Tego, że do ich stworzenia potrzeba było ogromnej ilości pieniędzy kilku pokoleń i spójnych polityk regionalnych, już się nie dostrzega. Nie sposób też domagać się od wszystkich wiedzy o tym, jakie wymagania stawia się w cywilizowanym świecie podobnym do Krakowa miastom historycznym - i jakie zyski ciągnie się z usług świadczonych dzięki tej pieczołowicie hodowanej autentyczności małych miejsc. Częściej bywa się w Londynie niż w Salisbury, częściej w Paryżu niż w Saint Paul de Vence. Częściej w Krakowie - niż w Niepołomicach.
Nie dajcie się nabierać
Kraków nie jest spaloną ziemią ani Dzikim Zachodem, gotowym w pokorze realizować marzenia o bezrefleksyjnym imporcie tzw. cywilizacji. Pośród jej znamion nie wiadomo dlaczego wymieniane są wieżowce. Jakże chciwym trzeba być cynikiem i jakże prowincjonalne mieć gusty, by nie dostrzegać, że propozycje wieżowców dla Krakowa są nieporozumieniem? Podczas ubiegłorocznego XI Triennale Architektury sąd konkursu "Wymiar Architektury - 50 wieżowców dla Krakowa" najwyżej ocenił tę pracę, która była oczywistą i do granic absurdu doprowadzoną kpiną z idei wieżowców w Krakowie. I bardzo dobrze.
Pośród wyobrażeń przyjezdnych przeważa pociąg do terenów otaczających Rynek, czyli do Republiki Lokali z Wyszynkiem. To właśnie tą Republiką chwalą się swoim przyjaciołom i krewnym, którzy przyjeżdżają, by zobaczyć, jak też się żyje w tym Krakowie i na co idą pieniądze rodziców? To, co dla Nas jest istotą naszego miasta, czyli podział na małe ojczyzny - dzielnice - dla nich nie istnieje. Tymczasem My - obywatele tych dzielnic - zwyczajnie ZNAMY się, rozpoznajemy, odwiedzamy, spieramy i pracujemy na ich rzecz.
Skutki tej niewiedzy są nieodmiennie kosztowne. Najpierw Przyjezdni padają ofiarą oszustw szykowanych przez "sprzedawców dziur w ziemi", nazywanych niekiedy - o tempora, o mores - "deweloperami". Ich powiastki o atrakcyjnych dzielnicach nie mają końca (to nb. bardzo utrudnia pracę prawdziwym deweloperom. Są tacy!). Dla sprzedawców dziur w ziemi np. Wola Justowska zaczyna się nad Wisłą, na Salwatorze, a kończy przy lotnisku w Balicach. Salwator próbowali przenieść do Bronowic Małych. "Krowodrza" to dla nich ruchoma plama, przesuwana tam, gdzie akuratnie jest potrzebna. Śródmieście jest tak rozciągliwe, że ciasto na pizzę może się schować. Terminy "Grzegórzki", "Łobzów", "Zwierzyniec" czy "Półwsie Zwierzynieckie" są dla nich przeklęte. Te oszukańcze manewry mogą budzić w Nas co najwyżej politowanie. Ale to nie Nam się te mieszkania sprzedaje. Nie dawajcie się zwodzić sprzedawcom dziur w ziemi. Mieszkając tu od urodzenia, słuchając opowiadań naszych rodziców i dziadków, oglądając ze zrozumieniem plan miasta - My zwyczajnie WIEMY, że sprzedawcy dziur w ziemi opowiadają bajki. Mami się Was kupnem mieszkań, których jedyną zaletą jest ich usytuowanie po właściwej stronie tabliczki z napisem "Kraków".
Kraków i "Kraków"
Sukces ubiegłorocznej Archi-szopy przy ul. Pychowickiej połączony z wyczynami firmy Leopard (było do przewidzenia...) wskazuje, że nabywcy znajdują się we władzy sprzedawców. Kupowana jest każda "szuflandia". W tym samym czasie, dla zapewnienia zbytu kolejnym "szuflandiom", wielu opłaconych pomagierów ględzi coś o "rozwoju". Różnica pomiędzy dobrze zarządzanym rozwojem a procesem, którego ofiarą pada Kraków jest taka, jak pomiędzy rozkwitaniem zdrowego niemowlęcia a niewstrzymanym rozrostem nowotworu. Specjaliści od rozwoju miast, przyrodnicy, urbaniści wskazują w poważnych dokumentach, że każde miasto, z różnych względów (np. zdolności przyrody do regeneracji) ma granice swojego terytorium i gęstości. Po przekroczeniu tej granicy przestaje być już miastem i staje się zabudowaną przestrzenią - nazwą miejscową. Tymczasem Kraków, bezmyślnie powiększany od roku co najmniej 1973, zajmuje dziś obszar większy np. od każdego z miast niemieckich (z czterema wyjątkami: Berlina, Hamburga, Kolonii i Monachium). Nie jest prawdą, że możemy bez końca przesuwać tabliczki z napisem "Kraków - see You again" tylko po to, by jeszcze więcej przybyszów można było nabrać na to, że wyśnione mieszkanie kupią w Krakowie. Metropolia nie musi być duża, by była metropolią. Kto uważa inaczej, ten nie słyszał o Zurychu, Frankfurcie (nad Menem) ani o Amsterdamie, Antwerpii czy Strasburgu. Promowany przez łajdaków nieograniczony rozrost Krakowa zaczyna pożerać nasze własne atrakcje. Właścicielom działek wokół Lasu Wolskiego zwyczajnie się grozi, jeśli nie chcą sprzedać swoich rodzinnych parcel. Giną podziały dzielnicowe (na których np. Siena, Wiedeń czy Paryż zbijają kapitał światowej sławy), całe połacie terenu pozbawione są sensownego dojazdu (Górka Narodowa, Wieczysta, Ruczaj), a zieleń tnie się bez opamiętania. Poziom bredni, jakie słyszeć można niekiedy na posiedzeniach Ciał Obieralnych obnaża pospolitość i miałkość kompetencji. Tu pycha miesza się w równych proporcjach ze zwykłą niewiedzą i chciwością.
Uśmiech na finał
Krakowianie! DO ROBOTY! Nie możemy przestać nadążać z asymilacją przybyszów. To, czy Kraków pozostanie Krakowem, zależy od porządnych obywateli, którzy nie zjedzą nam miasta. Mówcie do nich "dzień dobry" i ODPOWIADAJCIE "dzień dobry", pomagajcie im, ilekroć widzicie, że ktoś posługuje się planem miasta - cóż to kosztuje, zapytać "Czy mogę pomóc?". Pożyczajcie cracoviana swoim nowym sąsiadom, uczcie ich tego, czego sami chcielibyście doświadczać i uczcie się od nich tego, co się Wam podoba. Bo oni są też kopalnią dobra, ale często zwyczajnie boją się odrzucenia i negatywnych recenzji. Oni, podobnie jak Wasi dziadkowie, też zostaną fajnymi krakowianami. Przede wszystkim zaś opowiadajcie im o naszej małej ojczyźnie. Nauczymy ich, że ubranie, flizy, bajgle, czajnik i na pole. I że "panięka" i "sukięka". Ich dzieci pojadą na wakacje i usłyszą: "Z Krakowa?". A wtedy dumnie odpowiedzą: "Tak, a co? Widać?".
Kraków, 23 lutego 2010 r.
PS. Na plakacie, który zobaczyłem na przystanku autobusowym, pytajnik ubrano w czapkę-krakuskę (wiadomo: "Wesele" i Tadeusz Kościuszko). Ale jaki to ma związek z krakowianami? Nie wiadomo. Ustalmy najpierw, że czapka-krakuska, to nie czapka krakowska - jak sądzi wielu, ale podkrakowska. Tak powiela się stereotypy. Podobnie jak pewna ukoronowana litera to nie symbol Krakowa, ale "K" jak Kazimierz (Wielki). No i herb, ale nie Krakowa tylko Grybowa. Pozdrawiamy Grybów, bo jest piękny.
- 12 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
8 głosów
-
My i Wy, czyli o starych i nowych krakowianach
mieczyslawkaplicki
01.03.10, 10:57
Co by nie mówić,kocham to miasto,tutaj się urodziłem i żyję 79 lat.To z moimmiastem jestem związany węzłem miłości i pełnej satysfakcji z miana krakowianina.»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]







