Krakowscy mieszczanie i ich ulubione miejsca

Krzysztof Jakubowski
12.03.2010 , aktualizacja: 12.03.2010 15:34
A A A Drukuj
Dzisiejsi potomkowie dawnych krakowskich mieszczan z uwagą przyglądają się, jak zmienia się ich miasto, ale sami przywiązani są do tradycji i za żadne skarby nie przyłożyliby ręki do tych zmian. Nie interesują ich targety i mainstreamy, a jeżeli już chcą zaobserwować trendy, wpadają z rzadka na Kazimierz. Najlepiej czują się na popołudniowej kawie w Rio czy Noworolu

Fot. WOJCIECH MATUSIK / AG
ZOBACZ TAKŻE
Nie odchodząc od sedna rozważań toczących się na łamach "Gazety", czyli mieszczańskiego etosu, należałoby zadać pytanie o narodziny tego zjawiska.

Szlachcic mieszczaninem

W czasach nowożytnych w powszechnej świadomości był to na pewno wiek XIX, z wielkimi przemianami w sferze społeczno-politycznej, z postępem, jaki niósł we wszystkich niemal dziedzinach życia, z kolosalnym wreszcie przewrotem w sferze obyczajów. Nowoczesne środki transportu sprawiły, że niebywale wzrosła mobilność i skuteczność przemieszczania się, a celem tej wędrówki były zwłaszcza większe miasta. Niekiedy była to tylko kapryśna chęć poznania nowych miejsc, ale najczęściej konieczność poszukiwania pracy, wykształcenia i lepszych zarobków, a co za tym idzie - społecznego awansu. Rodziła się nowa klasa: mieszczanie in spe.

Kraków, choć wówczas zaniedbany i mocno prowincjonalny, przyciągał niespotykaną taniością mieszkań i wszelkich produktów z żywnością na czele. Przyciągał - co warto podkreślić - nie tylko rodaków, ale i cudzoziemców. Już w czasach Rzeczypospolitej Krakowskiej (1815-1846) zaczął kształtować się wizerunek Krakowa jako miasta nie tylko bogatego swą historią, ale i wygodnego do życia. Szczególnie widoczne stało się to w kolejnym - być może najdonioślejszym - etapie rozwoju miasta, związanym z uzyskaniem autonomii (1867 r.). Zjeżdżali tu wówczas ziemianie, zamożna szlachta i arystokracja, tu budowały się dla nich wytworne, pałacowe siedziby. Nie brakowało wielkich historycznych nazwisk, pojawili się Moszyńscy, Czartoryscy, Mieroszewscy czy Tarnowscy. Niektórzy z nich pochopnie opuścili opustoszały, wyniszczony klęskami Kraków początku XIX wieku. Teraz wracali po latach, jednak do zupełnie już innego, odradzającego się i budującego nową jakość miasta. Tak oto w miastotwórczym procesie zastępowali oni ciągle nie do końca świadomych swej roli mieszczan.

Na salonach

Rodzime mieszczaństwo, słabe i niezorganizowane, było niewidoczne w życiu społeczno-politycznym miasta. Niewidoczne było też - co w Krakowie miało szczególną wagę - w życiu towarzyskim. Nic zatem dziwnego, że obok zadomowionych już w mieście austriackich urzędników i ich rodzin, niemałą rolę odegrali licznie przyjeżdżający tu przybysze, nie tylko z pobliskiego Śląska czy Moraw, ale i ze Szwajcarii czy Włoch. Kupcy, przedsiębiorcy i drobni rzemieślnicy, na ogół ludzie młodzi, do tego wartościowi i dynamiczni. Podlegali oni szybkiej asymilacji i nie do przecenienia był ich twórczy wkład w rozwój miasta.

Mieszczańscy nuworysze - jeżeli byli już zapraszani - próbowali ogrzać się ciepłem najznamienitszych salonów. Coraz częściej za przepustkę wystarczało wykształcenie i pozycja zawodowa. Do tego nieźle skrojony surdut, cylinder, laseczka i już można było bywać... A bywało się m.in. u Potockich "Pod Baranami" (ziemianie), u Popielów przy św. Jana (konserwatyści) czy u red. Lucjana Siemieńskiego przy ul. Floriańskiej, gdzie zachodzili emigranci i dziennikarze "Czasu". Specyfiką tamtego Krakowa była dość liczna grupa inteligencji miejskiej. Brylowali tu profesorowie uniwersyteccy, lekarze, wyżsi urzędnicy i licząca się kasta prawników. Grupę społeczną, zbliżoną w jakiejś mierze do szlachty, stanowiło duchowieństwo, o którym nie należy zapominać.

Znany i ceniony stał się salon prowadzony od 1859 r. w nieistniejącym dziś pałacyku przy ul. Basztowej przez znaną pianistkę, uczennicę Chopina - ks. Marcelinę Czartoryską. Ten pozbawiony snobistycznej otoczki, patriotyczny salon stanowić miał przeciwwagę dla towarzyskiej aktywności austriackiego prezydenta krajowego hr. Clam-Martinitza. Kiedy okazało się, że księżna odniosła spory sukces, aktywizując przede wszystkim młodzież, władze austriackie dość szybko zmusiły ją do opuszczenia miasta. Był to czas, gdy nie tylko towarzyski ostracyzm, ale i zwyczajne restrykcje niszczyły niewątpliwy dorobek salonów. Księżna wróciła po kilku latach w odmienionej już sytuacji politycznej (autonomia), a kolejne salony - skupiające zwłaszcza luminarzy świata nauki i artystów - prowadziła w pałacu przy ul. Sławkowskiej (później hotel Grand) i Willi Decjusza.

Ogrody, rebusy, wyścigi

Zanim rozpowszechniła się moda na salony, istotną rolę w życiu towarzyskim krakowian odgrywały tzw. ogrody rozrywkowe, powstające licznie już w pierwszych latach XIX wieku. Największe uznanie zyskały ogrody Józefa Kremera i Jana Kantego Krzyżanowskiego. Przepiękne w założeniu, straciły niestety na popularności i podupadły po otwarciu Plant. Pozostałością po ogrodzie Kremerowskim jest dziś spory ogród klasztoru Karmelitek Bosych przy ul. Łobzowskiej, zaś skrawek zieleni przy pałacu Pusłowskich to fragment dawnego ogrodu Krzyżanowskiego. W stojących tam letnich domkach licznie - i w miarę demokratycznie - zgromadzona publiczność spotykała się przy kawie i lodach na długo przed powstaniem pierwszych kawiarń z prawdziwego zdarzenia. Był jednak jeden poważny szkopuł. Ogrody siłą natury działały latem, kiedy miasto pustoszało. Należało zatem pomyśleć, jak i gdzie ulokować życie towarzyskie zimą.

Niedostępność pańskich salonów sprawiła, że zaczęły pojawiać się stowarzyszenia służące celom towarzysko-rozrywkowym, nazywane z francuska "resursami". Grupowały one mieszczan zwanych coraz częściej obywatelami, a także kupców i urzędników. Pierwsza w Krakowie była resursa działająca od 1844 r. początkowo w Hotelu Rosyjskim (dziś Pod Różą) przy ul. Floriańskiej. Przeniesiona później do Rynku Głównego, często zmieniała lokum (m.in. Krzysztofory), by wreszcie u progu XX wieku znaleźć godną przystań w dawnym pałacu Potulickich przy dzisiejszej ul. Piłsudskiego 4. Resursa ta miała, niestety, tę wadę, że wbrew założeniom stała się zbyt elitarna. Doszło nawet do tego, że konkurowała z nią (skutecznie!) resursa niemiecka, urządzona (1851 r.) w wynajętym na ten cel parterowym pałacyku Piotra Steinkellera przy Plantach. W pałacyku tym mieściła się później redakcja "Czasu". Niestety, po przeniesieniu dziennika do Warszawy pałacyk wyburzono (1935 r.), z wielką szkodą dla miasta. Dziś stoi w tym miejscu hotel Campanile.

Przypomnieć trzeba, że w tamtych ubogich w rozrywki czasach wyczekiwano zwłaszcza na karnawał - kojarzony z wielkim kilkutygodniowym świętem obfitującym w bale i towarzyskie spędy. Poza resursami spotykano się i bawiono także w skromniejszych domach, zwanych otwartymi, a zjawisko to opisał nader prawdziwie i malowniczo Michał Bałucki.

Wybiegając nieco w przyszłość, warto wspomnieć o nieco zapomnianej, a ważnej z towarzyskiego punktu widzenia inicjatywie. Mowa o urządzonym w 1891 r., liczącym niemal 2,5 km, torze Towarzystwa Międzynarodowych Wyścigów Konnych. Powstał on dzięki przychylności władz miasta na terenach między parkiem Jordana i dzisiejszą ul. Piastowską. Istotna była cała otoczka towarzyska (w zarządzie roiło się od arystokratycznych nazwisk), z licznie urządzanymi rautami i balami. Tor przestał istnieć na rok przed I wojną światową, a jego teren zagospodarowało Towarzystwo Sportowe "Wisła".

Kawiarniane życie

Lata 50. XIX wieku stały się wyznacznikiem zauważalnego postępu w różnych dziedzinach życia, nie wyłączając życia towarzyskiego. Toczyło ono dotąd jednak w dość ograniczonym zakresie. Na mało dostępnych salonach i w okazjonalnie wykorzystywanych dla gromadnych spotkań resursach. Lukę tę wypełniły dopiero kawiarnie.

Chociaż pierwsze kawiarnie powstawały w Krakowie jeszcze w XVIII wieku, było to jeszcze swego rodzaju szynkowanie kawą. Prawdziwa świetność czekała kawiarnie dopiero wtedy, gdy zaczęły przejmować je cukiernie, a obok filiżanki z aromatycznym napojem pojawiło się kuszące ciastko. W połowie XIX wieku był to już nieunikniony proces, jednak wielu cukierników - jak chociażby Jan Maurizio - długo jeszcze podawanie kawy uznawało za deprecjację swej marki. Specjalnością tej firmy były za to likiery i wódki oraz smażone kasztany. Jak wspominała Maria Estreicherówna, "zachodził tam wtedy cały beau monde i złota młodzież, która zresztą przeważnie jadła i piła na kredyt".

Korzystnie zmieniały się wnętrza, bo do tej pory lokale te umeblowane były dość siermiężnie. Klimat taki tworzyły ciężkie ławy z drewnianymi blatami, niewygodne stołki bądź zydle, czy wreszcie światło płynące początkowo z lampek oliwnych, a z czasem z najtańszych świec łojowych. Powiew nowoczesności wniósł tu dopiero wynalazek Ignacego Łukasiewicza. Za sprawą lamp naftowych mroczne dotąd wnętrza rozjaśniły się, stały się przyjemniejsze dla oka i przytulniejsze. Ławy ustąpiły miejsca lekkim stolikom, zydle wyściełanym krzesełkom, a towarzyszyło temu różnorodne upiększanie wnętrz. Wszystko to potęgowało napływ coraz liczniejszej klienteli, która zaczęła spędzać w kawiarniach długie godziny. Rodziło się zjawisko, które dziś określamy mianem "kawiarnianego życia".

Pierwszą krakowską kawiarnię na miarę nowych czasów otworzył w 1857 r. w pałacu Wielopolskich Ferdynand Winter. Lokal był wykwintny, urządzony na wzór wiedeński, z gazetami, stolikami do gry w karty, bilardem i starannie dobraną obsługą. Niemniej starannie dobierał Winter klientelę, czego dowodzi ogłoszenie w austriackim dzienniku "Krakauer Zeitung", w którym mowa jest m.in. o tym, że wstęp do kawiarni dozwolony jest "Żydom chędożnie ubranym". W ogóle wszystko byłoby w porządku i krakowianie mogliby cieszyć się z powstania tak ekskluzywnego lokalu, gdyby nie fakt, że w gruncie rzeczy kawiarnię tę stworzył Austriak, i to głównie z myślą o swoich rodakach. Podkreślał to pamiętnikarz Kazimierz Girtler, pisząc, że "zbiera się tam szczególnie austriackie towarzystwo". W innym fragmencie swych wspomnień żałował z kolei, że gmina nie zdecydowała się na kupno pałacu, gorzko krytykując przy okazji właściciela: "Dziś z łaski p. Wielopolskiego grają tam w bilard, piją kawę i szwargocą po niemiecku". Naprawiono ten błąd w 1865 r., kiedy gmina wykupiła pałac, przeznaczając go na magistrat. Kawiarnia przeniesiona została tymczasem na ul. Grodzką (nr 50), a więc bliżej Stradomia pełniącego wówczas rolę austriackiej dzielnicy. Nie miało to wpływu na renomę firmy, która była zawsze znakomita.

Jak widać, nie było łatwo, ale Winter wytyczył jedynie słuszny kierunek dla tego typu przedsięwzięć. Niebawem w ślad za nim poszedł krakowianin Antoni Dyktarski, właściciel kilku popularnych, wytwornych kawiarni. W 1879 r. przeniósł się z pięknie dekorowanych sal I piętra przy ul. Sławkowskiej 6 na Rynek Głównym do kamienicy Hetmańskiej. Były to cztery olbrzymie pokoje zajmowane przez zmarłego rok wcześniej prezydenta Józefa Dietla. Teraz nie wypadało tam nie bywać. Zobowiązujące było też sąsiedztwo Koła Literacko-Artystycznego.

Niemal równocześnie w odnowionych Sukiennicach powstała wytworna kawiarnia spółki Rehman i Hendrich. W 1910 r. przejął ją Jan Noworolski i po dziś dzień pozostaje ona w ręku jego spadkobierców. Firma ta jest wybitnym przykładem mieszczańskiego rodzinnego przedsiębiorstwa, które starało się utrzymywać niezmiennie wysoki poziom.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 41 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    27 głosów