Copernicus. Jestem tego wart. Wielkie żarcie Nowickiego
16.12.2011
, aktualizacja: 14.12.2011 17:47
Za drzwiami szpalerem stały choinki i było jak w kościele, kiedy się dzieci prowadzi, żeby pooglądały szopki. Tylko jedno się nie zgadzało: było ciepło, bardzo ciepło, a w kościelnych przedsionkach, wiadomo, wręcz przeciwnie.
ZOBACZ TAKŻE
- Café Manggha. Landszaft zimowy. Recenzje Nowickiego (03-02-12, 16:00)
- Faux Room. Avatar 2. Wielkie żarcie Nowickiego (09-12-11, 14:00)
- Nostalgia. Polski posiłek zimowy. Recenzja Nowickiego (03-12-11, 21:36)
- Vintage. Na dobre wyszło. Recenzje kulinarne Nowickiego (25-11-11, 14:00)
- Winoman. Niepodległość, czyli gęś (17-11-11, 20:49)
- Kuchnia i Wino. Ku memu zdziwieniu (13-11-11, 08:00)
- Morela, Mamma Mia, Katane. Drobne zmiany (04-11-11, 14:00)
Bo to hotel był, hotel Copernicus, przy Kanoniczej. A w nim restauracja. To do niej się udawaliśmy, a nastrój ogarnął nas świąteczny. Bo dobra restauracja jest świętem, wielką radością i raz na jakiś czas trzeba sobie pozwolić na wyjście do droższego niż zwykle lokalu. Taka wycieczka poprawia humor, zapewniam, sprawdziłem to na sobie wiele razy.
Przy jednym stole hałasowała hiszpańska rodzina, one już mają to do siebie, że robią strasznie dużo szumu. Dzieci brykały, rodzice się przekrzykiwali, jedli w zgodzie i radości, prawdziwi Hiszpanie. Stolik dostał nam się bardzo przyjemny, pod ścianą, ale jasno oświetlony, co oboje (czy ja już napisałem, że nie poszedłem sam?) lubimy. W Copernicusie - ale nie tylko tam, wszystkie lokale rodziny Likusów tak mają - pod obrus, jak należy, podkładają miękką warstwę, sztućce mają wspaniale ciężkie i doskonałą zastawę. Zawsze jakieś kwiaty albo jak tym razem stroiki, z rajskich jabłuszek i granatów. Ściany pokryte malowidłami, to takie nawiązanie do historii budynku, długiej jak historia samej ulicy Kanoniczej. Obsługa czujna, cicha i uprzejma. Mam to ciągnąć jeszcze?
Karta jest raczej niedługa, co (tysiąc razy o tym wspominałem, dziś będzie tysiąc pierwszy) jest dobrym znakiem. Przystawki, dania pierwsze i dania drugie. Po kilka dosłownie, nie więcej. Zastanawialiśmy się niedługo; zamówiliśmy. Okazało się prędko, że jednej pozycji - szafranowego tagliatelle z karczochami i serem grana padano - zrealizować nie sposób, bo świeżych karczochów w kuchni już nie ma. (Tę historię opowiadam ku nauce, nie dla oskarżenia). - Ale - powiedziała Osoba Towarzysząca - ja bym jednak chciała makaron. I zaczęła się wymiana myśli między zamawiającą a kuchnią, w roli kuriera wystąpił kelner. - To może z krewetkami? - zaproponowała kuchnia. - Z krewetkami nie - odpowiedziała Towarzysząca. - Krewetki - powiedziała już ciszej - to ty już mi lepiej w domu zrobisz (a ja spuchłem z dumy). - To może ze świeżymi szparagami? - odrzekła kuchnia. - Szparagi niesezonowe - odrzuciła propozycję Osoba, i święta racja. - A to może z gęsiną, zostało nam trochę po akcji świętomarcińskiej? - rzuciła kuchnia wyzwanie, i zostało ono podjęte. Cóż mam do powiedzenia na temat tej wymiany? Chyba tylko to, że to była wymiana myśli na najwyższym poziomie i sprawiła mi radość. Mogli powiedzieć przecież: tego dania dziś nie ma, wybierz sobie inne. Ileż razy tak mówili, ileż razy (gdzie indziej) zostawiali z marzeniami na lodzie.
Podano pierwsze talerze. W jednym ciemna, klarowna zupa grzybowo-imbirowa z kluseczkami; jej grzybowy charakter staje się oczywisty nie od razu, bo to grzybowość lekko podkręcona, lekko stonizowana. U nas zupy grzybowe podaje się zwykle inaczej, na bardzo intensywny sposób zrobione. Kluseczki delikatne, zaparzone w zupie, a do tego warzywa, pokrojone cieniutko jak włos. I imbir, który grzybowość ciemną wzbogaca o złotą nutę, czyni z niej smak pełny. Bardzo mi ta zupa smakowała, cieszyłem się jej bulionowym charakterem, jej biegunową odmiennością wobec zup grzybowych nam wszystkim znanych - gęstych, z łazankami, doprawionych śmietaną. A tu sam smak, i imbir dla rozjaśnienia.
Osoba Towarzysząca zamówiła sobie szynkę z dzika: zaskakująco jasną, niemal różową szynkę, podaną na półmisku wesołych dodatków - kwiatowych płatków, zieleniny, owoców suszonych, nawet odrobiny serka Filadelfia. Rzadko się niestety zdarza, żeby dziczyznę traktowano u nas tak radośnie, tak bezczosnkowo. Zwykle dziczyzna (to też lubię, ale czy musi zawsze być tak samo?) to ciemny sos, a jeśli wędlina, to zwykle bardzo sucha i zawsze wydaje mi się, ze strachu przed wampirami, naczosnkowana. A tu została wydobyta sama lekkość z tego mięsa w końcu lekkiego, nietłustego. Takie rzeczy lubię: podejście serio, ale jednak nieco frywolne.
Nadszedł czas na wspomniany wcześniej makaron. Sam makaron - cienkie tagliatelle, takie jak być powinny, ugotowane bez cienia odstępstwa od włoskiej normy, do tego sos ciemny, jakby pieczeniowy, i kawałki pieczonej gęsi. A ta gęś, cóż, ona smakuje, jakby się wychowywała gdzieś na wzgórzach Hiszpanii, dziko, z dala od ludzkich osiedli, jest bardzo w smaku zdecydowana, ostra. Makaron zupełnie nie przypominał, jak sądzę, innych makaronów, jakie się w tym mieście podaje, i jestem z tego powodu dość szczęśliwy. Na własne oczy ujrzałem, jak ktoś zareagował na sytuację i wymyślił danie na pewno nie gorsze niż pozostałe, na stałe figurujące w karcie.
Ja wziąłem rybę. Rybę, którą miałem szczęście jeść dość niedawno, bo mi przemili państwo z Kazimierza podarowali, za co pragnę im tutaj oficjalnie podziękować. Ta ryba nazywa się jesiotr i to jest car-ryba. Widzieliście kiedyś jesiotra? Wygląda jak przedwieczny gad, jak smok, ma wielkie kolce na grzbiecie, pysk straszny, trudno uwierzyć, że się takie coś również w naszych wodach ukrywa. (A hodują jesiotra coraz więcej). W Copernicusie filecik jesiotrowy podają z sałatką z ogórka, z topinamburem i listkami brukselki, wszystko bajecznie barwne, wesołe. Jesiotr smakuje jak pomieszanie sandacza z węgorzem, to jedna najszlachetniejszych ryb, jakie są. Z tą sałatką nie dość, że nie stracił, a potężnie zyskał. Doskonałe danie.
Zakończyliśmy sufletem czekoladowym i kawą, wyszliśmy na ulicę weselsi jeszcze, radośniejsi, choć rachunek w Copernicusie zawsze jest słony. W końcu, powtarzałem sobie, wart tego jestem, w końcu każdemu należą się od życia przyjemności i nie gorszy jestem niż Jego Królewska Wysokość Książę Walii Karol Mountbatten-Windsor ani saudyjska księżniczka Reem Al-Faisal, ani Condoleezza Rice, ani purpuraci z orszaku papieża Jana Pawła II czy prezydent USA George W. Bush z małżonką (którzy w tym samym miejscu przede mną się żywili).
Copernicus, ul. Kanonicza 16. Dwuosobowy obiad 290 zł. Ale było warto.
Przy jednym stole hałasowała hiszpańska rodzina, one już mają to do siebie, że robią strasznie dużo szumu. Dzieci brykały, rodzice się przekrzykiwali, jedli w zgodzie i radości, prawdziwi Hiszpanie. Stolik dostał nam się bardzo przyjemny, pod ścianą, ale jasno oświetlony, co oboje (czy ja już napisałem, że nie poszedłem sam?) lubimy. W Copernicusie - ale nie tylko tam, wszystkie lokale rodziny Likusów tak mają - pod obrus, jak należy, podkładają miękką warstwę, sztućce mają wspaniale ciężkie i doskonałą zastawę. Zawsze jakieś kwiaty albo jak tym razem stroiki, z rajskich jabłuszek i granatów. Ściany pokryte malowidłami, to takie nawiązanie do historii budynku, długiej jak historia samej ulicy Kanoniczej. Obsługa czujna, cicha i uprzejma. Mam to ciągnąć jeszcze?
Karta jest raczej niedługa, co (tysiąc razy o tym wspominałem, dziś będzie tysiąc pierwszy) jest dobrym znakiem. Przystawki, dania pierwsze i dania drugie. Po kilka dosłownie, nie więcej. Zastanawialiśmy się niedługo; zamówiliśmy. Okazało się prędko, że jednej pozycji - szafranowego tagliatelle z karczochami i serem grana padano - zrealizować nie sposób, bo świeżych karczochów w kuchni już nie ma. (Tę historię opowiadam ku nauce, nie dla oskarżenia). - Ale - powiedziała Osoba Towarzysząca - ja bym jednak chciała makaron. I zaczęła się wymiana myśli między zamawiającą a kuchnią, w roli kuriera wystąpił kelner. - To może z krewetkami? - zaproponowała kuchnia. - Z krewetkami nie - odpowiedziała Towarzysząca. - Krewetki - powiedziała już ciszej - to ty już mi lepiej w domu zrobisz (a ja spuchłem z dumy). - To może ze świeżymi szparagami? - odrzekła kuchnia. - Szparagi niesezonowe - odrzuciła propozycję Osoba, i święta racja. - A to może z gęsiną, zostało nam trochę po akcji świętomarcińskiej? - rzuciła kuchnia wyzwanie, i zostało ono podjęte. Cóż mam do powiedzenia na temat tej wymiany? Chyba tylko to, że to była wymiana myśli na najwyższym poziomie i sprawiła mi radość. Mogli powiedzieć przecież: tego dania dziś nie ma, wybierz sobie inne. Ileż razy tak mówili, ileż razy (gdzie indziej) zostawiali z marzeniami na lodzie.
Podano pierwsze talerze. W jednym ciemna, klarowna zupa grzybowo-imbirowa z kluseczkami; jej grzybowy charakter staje się oczywisty nie od razu, bo to grzybowość lekko podkręcona, lekko stonizowana. U nas zupy grzybowe podaje się zwykle inaczej, na bardzo intensywny sposób zrobione. Kluseczki delikatne, zaparzone w zupie, a do tego warzywa, pokrojone cieniutko jak włos. I imbir, który grzybowość ciemną wzbogaca o złotą nutę, czyni z niej smak pełny. Bardzo mi ta zupa smakowała, cieszyłem się jej bulionowym charakterem, jej biegunową odmiennością wobec zup grzybowych nam wszystkim znanych - gęstych, z łazankami, doprawionych śmietaną. A tu sam smak, i imbir dla rozjaśnienia.
Osoba Towarzysząca zamówiła sobie szynkę z dzika: zaskakująco jasną, niemal różową szynkę, podaną na półmisku wesołych dodatków - kwiatowych płatków, zieleniny, owoców suszonych, nawet odrobiny serka Filadelfia. Rzadko się niestety zdarza, żeby dziczyznę traktowano u nas tak radośnie, tak bezczosnkowo. Zwykle dziczyzna (to też lubię, ale czy musi zawsze być tak samo?) to ciemny sos, a jeśli wędlina, to zwykle bardzo sucha i zawsze wydaje mi się, ze strachu przed wampirami, naczosnkowana. A tu została wydobyta sama lekkość z tego mięsa w końcu lekkiego, nietłustego. Takie rzeczy lubię: podejście serio, ale jednak nieco frywolne.
Nadszedł czas na wspomniany wcześniej makaron. Sam makaron - cienkie tagliatelle, takie jak być powinny, ugotowane bez cienia odstępstwa od włoskiej normy, do tego sos ciemny, jakby pieczeniowy, i kawałki pieczonej gęsi. A ta gęś, cóż, ona smakuje, jakby się wychowywała gdzieś na wzgórzach Hiszpanii, dziko, z dala od ludzkich osiedli, jest bardzo w smaku zdecydowana, ostra. Makaron zupełnie nie przypominał, jak sądzę, innych makaronów, jakie się w tym mieście podaje, i jestem z tego powodu dość szczęśliwy. Na własne oczy ujrzałem, jak ktoś zareagował na sytuację i wymyślił danie na pewno nie gorsze niż pozostałe, na stałe figurujące w karcie.
Ja wziąłem rybę. Rybę, którą miałem szczęście jeść dość niedawno, bo mi przemili państwo z Kazimierza podarowali, za co pragnę im tutaj oficjalnie podziękować. Ta ryba nazywa się jesiotr i to jest car-ryba. Widzieliście kiedyś jesiotra? Wygląda jak przedwieczny gad, jak smok, ma wielkie kolce na grzbiecie, pysk straszny, trudno uwierzyć, że się takie coś również w naszych wodach ukrywa. (A hodują jesiotra coraz więcej). W Copernicusie filecik jesiotrowy podają z sałatką z ogórka, z topinamburem i listkami brukselki, wszystko bajecznie barwne, wesołe. Jesiotr smakuje jak pomieszanie sandacza z węgorzem, to jedna najszlachetniejszych ryb, jakie są. Z tą sałatką nie dość, że nie stracił, a potężnie zyskał. Doskonałe danie.
Zakończyliśmy sufletem czekoladowym i kawą, wyszliśmy na ulicę weselsi jeszcze, radośniejsi, choć rachunek w Copernicusie zawsze jest słony. W końcu, powtarzałem sobie, wart tego jestem, w końcu każdemu należą się od życia przyjemności i nie gorszy jestem niż Jego Królewska Wysokość Książę Walii Karol Mountbatten-Windsor ani saudyjska księżniczka Reem Al-Faisal, ani Condoleezza Rice, ani purpuraci z orszaku papieża Jana Pawła II czy prezydent USA George W. Bush z małżonką (którzy w tym samym miejscu przede mną się żywili).
Copernicus, ul. Kanonicza 16. Dwuosobowy obiad 290 zł. Ale było warto.
- 14 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
10 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Szklany kort do squasha stanie koło ...
- Górka Narodowa wywalczyła zmiany w komunikacji
- Pedofil fotografował 8-latkę w szpitalnej ...
- Squattersi z ul. Zamoyskiego zatrzymani ...
- Porażony prądem kilka godzin leżał na łące
- Centrum grzęźnie w korkach, przerwy w ...
- Budowali autostradę A4. Teraz zwalniają ...



