Chili & Cynamon Vege Bar. Okres zimowy bezmięsny

WOJCIECH NOWICKI
27.01.2012 , aktualizacja: 26.01.2012 17:15
A A A Drukuj
Oj, nie wiem, jak wam to powiedzieć. Czekam, aż znów powstanie jakieś dobre wegetariańskie miejsce. Czekam, czekam, doczekać się nie mogę. Bo miewam okresami - już wam o tym mówiłem - mięsowstręt.
Wielkie Żarcie Wojciecha Nowickiego
Wielkie Żarcie Wojciecha Nowickiego
Nie z pobudek wysokich. Ja na mięso po prostu przestaję mieć ochotę, nawet sobie tego nie uświadamiam czasem, tylko się bez niego obywam. Ot, automatyzm taki. Stąd wiem, jakie życie bez mięsa może być proste (z doświadczenia, nie z książki); stąd wiem, jak bardzo dobre wegetariańskie jedzenie bywa; stąd też wiem, że restauracje wegetariańskie w naszym mieście są zbyt nieliczne, i z jednym chlubnym wyjątkiem (Karma) marne po prostu.

Podam przykład. Jakoś w zeszłym tygodniu znalazłem się z Osobą Towarzyszącą w mieście. Ona, Osoba, dość głodna, ja głodny umiarkowanie. Głód nas dopadł w pobliżu Barbakanu - najbliżej było na plac Matejki (bo mogliśmy, owszem, wrócić na Floriańską, ale tej możliwości nie biorę pod uwagę). Na placu Matejki, wiadomo, znajduje się lokal Jarema, ale, zrozumcie, chodziło o przekąszenie czegoś niegroźnego, a nie o finansowe wybryki (nawiasem mówiąc, strona internetowa Jaremy jest jedną z najbardziej niegustownych, jakie znam. A znam wiele, również w krajach bałkańskich). Padło na wegetariańskiego Glonojada. Latem z wyrobów wegetariańskich najlepiej sprzedaje się tu chyba piwo, takie odniosłem wrażenie. Zimą - nie wiem co, bo wybiegłem przerażony. W Glonojadzie śmierdzi po prostu, śmierdzi garkuchnią, stołówką, czyli tym wszystkim, przed czym przez całe życie uciekam.

Aż trafiłem na nową knajpkę wegetariańską. Nazywa się Chili & Cynamon Vege Bar, ulica Berka Joselewicza - niemal naprzeciwko tego skromnego Włocha, Da Silvano, który dobrze daje jeść, ale wnętrze ma dosyć nijakie. Rozwija się ulica Joselewicza, pomyślałem, dwie restauracyjki niewielkie, otwarte jedna po drugiej, odważnie idą... Wiecie przecież, że kiedy są dwie, to zaraz będzie trzecia, zaraz się zrobi knajpiane zagłębie, choćby na chwilę, zanim wszystkich zatłuką banki, apteki i piekarnie. Tak rozmyślając, jechałem na ulicę Joselewicza, w towarzystwie Towarzyszącej, bo głupio to jakoś samemu, głupio zamawiać za dużo i zostawiać na talerzu. Jak ja nie zjem, kombinuję, zje Towarzysząca, jak ona nie zje, to dojem ja. Tak to wygląda w tym fachu. Trzeba znać osoby wygłodniałe.

Z poziomu ulicy zeszliśmy o parę schodków. O, podobało nam się bardzo: to taki barek na ledwie trzynaście krzeseł plus dziecko, cały biały, częściowo tynkowany, częściowo śnieżnobiała cegła; całość upstrzona kolorowymi akcentami, przyjazna. Widać, że się u nas zmieniło, bo jak sobie przypomnę solenną powagę, indyjszczyznę perkali w pierwszej Vedze, przy św. Gertrudy, to jeszcze dziś mi się robi dość słabo. W Chili na ścianach zdjęcia w zgodzie z nazwą, kobiety w sari siedzą w kucki i przesiewają ryż, ananasy leżą na stosie, przyprawy usypane w kopczyki. Patrzyłem na to wszystko, rozumiejąc w mgnieniu oka, że już tamte czasy nie wrócą, że jest nam teraz piękniej i milej, że ludzie dalej sięgają niż tylko bo buraka i kiszonego ogórka; że na ulicy Berka Joselewicza powstał barek, gdzie można popróbować świata. Konkretów jeszcze nie znałem, bo się kilka osób ustawiło do zamówienia, zasłaniając widok; ale byłem niemal pewien.

Raptem rozstąpiły się osoby zasłaniające, stanęliśmy przed tablicą (po prawej), przed wystawką z daniami (po lewej), i przed panią obsługującą (w środku). Tablica była duża, pani obsługująca zwykłego wzrostu; najsilniej zadziałały na mnie wyłożone dania. Sprawiły, że pomyślałem o japońskim obyczaju wystawiania dań sztucznych, plastikowych, które zawsze są świeże, kolorowe, a kiedy się zabrudzą, to można je przemyć gąbką z mydłem. I doszedłem do wniosku, że ten zwyczaj lepszy jest, mądrzejszy, bo dania nieświeżo wyglądające, jak te w Chli i Cynamonie, zszarzałe i skapcaniałe, nie zachęcają mnie do niczego, chyba że do odwrotu. Ale uparty jestem, więc zostałem.

Oto, co dostaliśmy: zupa z soczewicy, z karty czeskiej. Mdła, nijaka, taki szarawy wywar pozbawiony smaku. Wiem, że można z soczewicy czynić cuda, ale tu, cóż, nie udało się, niestety. Wiem, że Czesi rzeczywiście jadają podobną zupę - ale nie wiem czemu. Frykadelki cukiniowo-dyniowe z sałatką to była słodkawa, nieokreślona ciapa na ciepło, usmażona w potężnej ilości tłuszczu. Przyjemność polegała na tym, że w niej były pestki dyni, więc coś chrupało w zębach; obok na talerzu była sałatka ziemniaczana, umazana głównie w majonezie. Wzięliśmy też - ryzykanci z innej dzielnicy - krokieta. Wyglądał jak krokiet. Był to panierowany naleśnik, w środku miał kuskus z warzywami. Suche, beznadziejne danie, tłuste, dość niejadalne. Zamówiliśmy placki ziemniaczano-szpinakowe, oraz drugie, z cukinią. Ten z cukinią był lepszy, żywszy, tamten drugi jakiś od początku sflaczały, bury i niesmaczny. A na koniec dostaliśmy olbrzymią porcję zapiekanki ryżowo-warzywnej: czegoś równie nieapetycznego nie jadłem od czasów przedszkola. Ten kąsek maleńki, który przełknąłem, był jak koncentrat najgorszych stołówkowych zup, jak koszmar dzieciństwa, objawiający się nocą. Człowiek się wstydzi, ale nie ma rady, budzi się z wrzaskiem i cały spocony.

Nazwa i wygląd lokalu kłamie zawartości. Nazwa i wygląd obiecują kontakt z tymi kuchniami, które są bezmięsne z natury. Tymczasem większość dań w Chili & Cynamon to smażone na różne sposoby ciapy udające mięso; brak w tym jedzeniu przypraw, brak świeżości. Cud nad cudy - w wegetariańskiej knajpie nie ma niczego zielonego, niczego choćby na wpół surowego.

Żal mi tego barku, bo ładny jest i w dobrym miejscu. Przydałby się. Ale takim próbom mówię "nie". Nie można podawać w takim miejscu spaghetti alla (!) bolognese, bo to makaron z mięsnym sosem, i od razu wchodzimy w dziedzinę udawania, zastępowania. Kuchnia wegetariańska to jest inna kuchnia, trzeba to zrozumieć. Nic w tym trudnego, absolutnie nic: wystarczy mieć prawdziwego kucharza.

Chili & Cynamon Vege Bar, ul. Berka Joselewicza 9. Dwie osoby wyszły zniesmaczone. Cena wycieczki 53 zł

Podziel się

  • 29 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

  • Chili & Cynamon Vege Bar. Okres zimowy bezmięsny banglor 30.01.12, 22:51

    Czytam i nadziwić się nie mogę... Od niedawna regularnie jadam w Chili&Cynamon bo jest codziennie coś nowego i jak dotychczas wszystko smakowało rewelacyjnie. Nie będę tutaj dyskutować z »