Café Manggha. Landszaft zimowy. Recenzje Nowickiego

WOJCIECH NOWICKI
03.02.2012 , aktualizacja: 01.02.2012 14:07
A A A Drukuj
Poszliśmy za Wisłę. Okazją była wystawa, którą polecam, "Góra Fuji: Hokusai i Hiroshige". Nie będę o tym nudził, wiadomo, któż w naszych ciężkich czasach ogląda drzeworyty, ale jeśli wam starczy odwagi, to pójdźcie koniecznie. Są nawet dwie okazje - oprócz wystawy nastąpiła zmiana menu w restauracji, więc mimo zimna się poszło, bo ja lubię tam chodzić (do muzeum, nie do lokalu).
Wielkie Żarcie Wojciecha Nowickiego
Wielkie Żarcie Wojciecha Nowickiego
Muzeum Manggha to miejsce w pewnym sensie nieoczywiste, pierwsze takie w mieście. Inne. W dziwnym miejscu. Lubię jego architekturę. Przyczyn jest sporo, chadzam czasami i już, tak po prostu.

W lecie sprawa jest prosta: wystarczy wyjść na taras, w ciemnych okularach najlepiej, i spoglądać na rzekę, na brzydszą część Wawelu. spoglądać na miasto ze strony mniej wyoglądanej. Wystarczy cola, wystarczy kawa, i już jest dobrze. W zimie, wydaje się, z taką wycieczką większy kłopot: nici z tarasu. Ale - przekonałem się sam ostatnio - brzydsza strona Wawelu w zimie też wygląda całkiem przyjemnie; zwyczajnie, ale przyjemnie. Śnieg wszędzie, Wisła (w domyśle) prawie nie płynie, bo kra i szarość ją spowija, spowalnia, hamuje. Całe życie, można odnieść wrażenie, przeniosło się do środka. Wszystkie stoliki w Cafe Manggha zajęte. Między nimi lata kelner zaaferowany.

Rozmowa z kelnerem zaczęła się dosyć zwyczajnie: przyszedł, spytał, o co prosimy, my go poprosiliśmy o to i o owo; on znikł. Nie pojawiał długo, na tyle długo, że zdążyliśmy poczynić poniższe (a także inne) obserwacje:

Stolików w Cafe Manggha jest niewiele, w zimowe wczesne popołudnie klienci żądają głównie rzeczy nieskomplikowanych. Ci po prawej jedli lody, zdaje się - jedna porcja na spółkę, ci naprzeciw - sushi zapijali herbatą, ale to był jakiś zestaw na cały stolik, więc niedużo; ci po lewej pili colę. Inni nie mieli nic, bo kelner nie donosił. Po dziesięciu minutach wrócił do nas, żeby uściślić sobie na karteczce, co właściwie chcieliśmy zamówić; takie gesty zwykle zdradzają rozpacz nowicjusza. Po kwadransie zwróciliśmy się do kelnerki, która przechodziła obok, o wodę; bo kwadrans to dość czasu, żeby przynieść dwie butelki mineralnej. Odbyło się to tak: "Przepraszam" - rzekło jedno z nas - "Zamawialiśmy wodę. Czy moglibyśmy ją dostać?". Pani popatrzyła na nas i rzekła: "Tak", po czym dodała: "Oczywiście". I poszła. Prawda, że miło? Prawda? Tak to może wyglądać z daleka, jeśli nie wziąć pod uwagę, że na nas patrzyła lekko odęta, że się obyło bez przeprosin, krótko mówiąc - że jej mina przeczyła słowom. Mimo obrazy przybiegł kelner z wodą i mieliśmy wodę. Zawsze to jakiś początek.

Wśród obserwacji znalazła się taka: Cafe Manggha obywa się bez serwet, serwetek, obrusów, słowem - wszystkiego, co czyni stół. Jedliśmy między innymi makaron z sosem: jak sobie gębę, za przeproszeniem, powycierać, kiedy się tym sosem umaże? Cóż, tak się nie godzi podawać jedzenia. Chociaż z drugiej strony, niewątpliwie wychodzi taniej.

Zwróciłem też uwagę, że skoro sobie obywatel kelner najwyraźniej nie radzi, to mu obywatelka kelnerka powinna może przyjść z pomocą. Zagrożone jest bowiem dobre imię lokalu (i nie tylko lokalu, jak się zaraz okaże), goście czekają długo i nie bardzo wiedzą czemu. Ech, poczytało się trochę gazetę, trochę się podyskutowało, odrobinkę zmierzyło się czas. Co rusz patrzyło się na Wawel: co robić, w okolicy nie ma większego budynku. Czas płynął, głód wzrastał, rosło napięcie. Najwyraźniej to tutaj norma.

Teraz o jedzeniu. Zupa, bulion japoński z krewetką, tofu i szpinakiem, bardzo była poprawn. Ten bulion (rzecz wiadoma) raczej nie może się nie udać. Tofu dobrej jakości, krewetkom nic nie dolegało, były soczyste i jędrne, odrobina szpinaku sparzonego w bulionie dodawała smaku i koloru. Lubię ten morski smak, pół na pół wodorostowy i rybny, nie bardzo wyrazisty, ale wystarczy raz wziąć do ust, żeby wiedzieć, że to japoński bulion.

Pierożki gyoza, tu do wyboru w wersji mięsnej i wegetariańskiej, podają smażone na głębokim tłuszczu. Wzięliśmy wegetariańskie, było przyjemnie je chrupać, zamoczone w sosie; ale to nadal są pierogi, i nie budzą wielkiego zachwytu, z racji swojej pierogowości. Są smaczne, przyjemnie świeże, ale nie powalające. (A sos, niestety, kapie na stolik, i nawet nie mam serwetki, żeby sobie powycierać). Wolę ich nepalską odmianę, momo, o cienkim cieście, delikatniejsze. (Można poznać, że w okolicy są Nepalczycy, jeśli gdzieś podają momo). Ale to moja nieostrożność, że wziąłem pierogi, po prostu chciałem nie jeść kurczaka, a kurczaka w karcie pełno.

Na drugie danie wzięliśmy sobie gruby biały makaron udon z owocami morza - taki makaron smażony, jakby odmiana chińskiego chow mein. To jest danie w gruncie rzeczy nieskomplikowane. Sosu nie może być w nim za dużo, ma tylko swoim smakiem zabarwić całość. Ten makaron może być w gruncie rzeczy z dowolnym dodatkiem - z wieprzowiną i warzywami na przykład, z warzywami tylko albo jak tu, z morskimi istotami. Kucharz oprócz ośmiorniczek, kalmarów, maleńkich krewetek (jedne różowe, inne znów szare jak spalona ziemia) dodał paski papryki. Otóż słodka papryka - ta, która tak pięknie wygląda, ale smakuje monotonnie - jest jak perz: zarasta wszystko swoim smakiem. Więc to było danie paprykowe, dziwne bardzo, zalane sosem, niezbyt przyjemne.

Na koniec tempura: krewetki, kalmary, ośmiorniczki, wodorosty, filet z białej ryby, wszystko, jak trzeba, smażone w lekkim cieście. Temperatura była trochę zbyt niska, bo ciasto tłuste; może byłbym bardziej zadowolony, gdyby któraś ryba nie smakowała tranem. Wiecie, jak to jest: przeszywa dreszcz obrzydzenia, bo smak ohydny, trzeba się go pozbyć jak najszybciej, a tu nawet nie ma na podorędziu serwetki. Bo - czy ja już mówiłem o tym? - w tym lokalu nawet serwetek do jedzenia nie podają.

Cafe Manggha prowadzona jest przez firmę Ars Modi, skądinąd prowadzącą również restauracje w Willi Decjusza i w Operze Krakowskiej. "Posiadamy bogate wieloletnie doświadczenie oraz rzesze zadowolonych klientów" - tak o sobie piszą i dodają, że będą prowadzić catering podczas Euro 2012. Nigdy nie wierzyłem w nasze powodzenie na tej imprezie.

Manggha, ul. M. Konopnickiej 26, Dwuosobowy obiad - 90 zł.

Podziel się

  • 24 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu