Haiku Sushi. Świat jest nasz. Wielkie żarcie Nowickiego
17.02.2012
, aktualizacja: 16.02.2012 18:54
Historia kuchni to jest historia przywłaszczeń i zmian. Naturalna rzecz, inaczej wszystko byłoby dziś takie samo jak, dajmy na to, w dziesiątym wieku - kiedy, zdaje się, gustowaliśmy jeszcze w papkach i brejach.
ZOBACZ TAKŻE
- Il Vizio. Nadmiar luksusu. Wielkie żarcie Nowickiego (27-04-12, 14:00)
- Sami am am Oriental Food. Jestem w niebie, kropka (20-04-12, 14:00)
- No 7 Restaurant. Pieśń przyszłości (16-03-12, 14:00)
- Chili & Cynamon Vege Bar. Okres zimowy bezmięsny (27-01-12, 14:00)
- Cala La Pasta. Zagadka. Wielkie żarcie Nowickiego (20-01-12, 14:56)
- Figa z Makiem. Nazwa wiele mówiąca (13-01-12, 14:00)
- Aqua e Vino. Termin przydatności (05-01-12, 14:00)
- Trezo. Wielkie żarcie Nowickiego (30-12-11, 14:00)
- Kulinarne podsumowanie 2011. Cenzurka na koniec (25-12-11, 08:00)
- Copernicus. Jestem tego wart. Wielkie żarcie Nowickiego (16-12-11, 14:00)
- Faux Room. Avatar 2. Wielkie żarcie Nowickiego (09-12-11, 14:00)
- Nostalgia. Polski posiłek zimowy. Recenzja Nowickiego (03-12-11, 21:36)
Pojawiają się nowości, nowe techniki, pojawiają się kontakty z innymi kulturami, i za każdym razem coś zatrzymujemy dla siebie. Ot, barbarzyńcy jacyś palą nasze wioski, a my zaglądamy im do worków z jedzeniem. Albo ktoś się wybierze z wizytą na odległe lądy, i już zaraz coś przywiezie, jakieś owoce albo zwierzęta. Bez takiej międzykulturowej wymiany bylibyśmy biedniejsi choćby o ziemniaki, ryż, cukier (bo najpierw był przecież z trzciny cukrowej), o kawę i herbatę, o niemal wszystkie przyprawy, o niezliczone owoce, o pomidory. Można tak wymieniać w nieskończoność.
Składniki to jedna sprawa. Inna to całe kuchnie. Tu sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Kuchnie narodowe są jak latające ambasady; pojawiają się same. Ale przynosi je do nas najczęściej moda, jakiś tajemniczy trend. Niektóre pojawiają się tylko na chwilę, inne nie przyjmują się właściwie wcale; inne przyjmują się tylko regionalnie. Niektóre - te najpopularniejsze na świecie - zostają i już. Na przykład kuchnia włoska. Ukochana nasz kuchnia, nie licząc oczywiście naszej własnej, domowej. Tyle że nie bardzo chcemy się godzić na te obce smaki w ich oryginalnej postaci, i przystosowujemy je do polskich przyzwyczajeń.
Czasem aż trudno się dziwić, że się tak dzieje. Tak całkiem po ludzku biorąc: nie rosną u nas oliwki, więc i nie mamy własnej oliwy, nie mamy zawsze świeżych owoców morza, nie uprawiamy ryżu, nie robimy zbyt wiele wina, karczochy są u nas raczej rzadkością, nasze sery, cóż, cieszą, bo w ogóle są - ale gdzie im do tysiącletniej historii włoskich. No i pomidory, byłbym o nich zapomniał, też nie takie, i rzemieślnicze wyroby, choćby makaron. Mam wymieniać dalej? Więc się zaczyna droga drobnej zamiany. Makaron produkcji rodzimej albo jakiś tani z Włoch - bo tani. Oliwa - jak najtańsza, bo wiadomo, za droga. Punkt po punkcie przerabiamy smak oryginalny na podobny do oryginalnego, aż otrzymamy wreszcie produkt odpowiadający naszym gustom, cenowo znośny - jednak zazwyczaj niepodobny do oryginału. Mało chwalebne, ale prawdziwe.
Podobnie stało się w Polsce z kuchnią chińską; to, co ją w większości miast udaje, jest po prostu mieszanką kilku najtańszych produktów z byle jakim sosem kupowanym na hektolitry. Dzięki niemu wszystko ma ten sam smak, smak cukru mianowicie, i dlatego, jak sądzę, tak bardzo jest lubiane. (Nie od rzeczy będzie dodać, że te knajpki ze słodkim mięsem i słodką rybą nazywają się teraz kuchnią wietnamsko-chińską. Czyli mamy do czynienia z nie wiadomo czym). Nie od rzeczy będzie tu dorzucić inną nutę: jedzenie ulicy, czyli kebab, też dostosowany do gustów miejscowych. Niedaleko domu mam taki z kiszoną kapustą i kiszonym ogórkiem, uważam, że to dość niezwykłe innowacje. Cieszy się (nie muszę chyba dodawać) olbrzymim wzięciem.
Tę opowieść ciągnę po to, żeby na przykładach udowodnić, jak bardzo się jedzenie zmienia, kiedy tylko przekracza nasze granice.
W zeszłym tygodniu zamawiałem sushi do domu, była to porażka. W tym się uparłem, żeby iść dalej tym tropem. Nie po to przecież powstają specjalne firmy, żeby dostarczać tylko złe jedzenie; tak sobie tłumaczyłem możliwość sukcesu, jego natychmiastowe nadejście.
Tym razem z odmętów Sieci wyłowiłem firmę Haiku Sushi. Okazało się, że trzeba czekać dwie godziny, "bo robimy wszystko na bieżąco". Dobra nasza - jeśli dostanę świeże jedzenie, to już jest coś. Zamówiliśmy sobie trzy zupy - wszystkie miso, w różnych konfiguracjach. W każdym miso są glony wakame; najprostsza była całkiem przyjemna, z glonami i tofu; lepsza okazała się z grzybami shiitake. Najmniej do gustu przypadła zupa z grillowanym łososiem, bo to już lepiej papier wrzucić niż tę rybę bez smaku. Miso raczej słodkawe, co dość dziwi, i bardzo gęste - wiadomo, my jemy zupy sycące. Ale trzeba zaznaczyć, że opakowania były bardzo solidne; w zeszłym tygodniu dostaliśmy pakunek ociekający płynami, cała kuchnia ociekała sosem i zupą - a w tym zupa przyjechała gorąca i znajdowała się wewnątrz pojemnika. Jest jakiś postęp.
W ogóle lepiej to wszystko wyglądało, ładniej, widać, że ktoś zadbał o styl. Jednak oprócz strony dizajnersko-użytkowej jest jeszcze jedzenie, i poświęcę mu kilka słów. Otóż na stronie Haiku znaleźliśmy wyrób "rolka bacy". Rolka, czyli niby sushi, dowcip taki. To jest właściwie uramaki, czyli sushi zawijane odwrotnie, z ryżem na wierzchu. Zawartość: oscypek, awokado, serek Philadelphia. Całość obficie polana dżemem żurawinowym, smakuje jak danie z ryżu dla dzieci, z wyjątkiem tego niby-oscypka, który jest dość słony. Stąd, drodzy moi, cały ten wstęp o spolszczaniu obcego jedzenia: my po prostu nie potrafimy inaczej. Mam za pazuchą drugi dowód, inny zestaw - nazywa się "jojo maki". Myślicie, że już wiecie? Nie wiecie. Zawartość: banan, brzoskwinia, nutella, omlet tamaki. Nie zamówiłem, są przecież jakieś granice, i oto natrafiłem na jedną z nich.
Zjedliśmy nigiri, te z dodatkami na wierzchu - dziwi nieco, że zostały posypane papryką, no i ryba zdążyła obeschnąć. Zjedliśmy maki, nic wielkiego nie można im zarzucić. Jeśli poskładać wszystko do kupy, to dostaliśmy polskie, ze źle ugotowanym ryżem, zbyt słodkim. Niektóre zestawy są wymyślone doprawdy dziwacznie; ja się chyba nawet nie zdziwię, jeśli niedługo dostanę sushi z kabanosem albo pierogowym farszem. (Tyle że ja się na takie zmiany nie godzę). Są jednak plusy: można sobie japońszczyznę zamówić do domu, na skinienie ręki, i tym razem było jadalne, niegroźne, a na dodatek ładnie opakowane. Natomiast było polskie, niewątpliwie, nie było w nim precyzji ani pierwszorzędnych produktów. A w sushi o to przede wszystkim chodzi. (Żałuję, że nie zobaczyliście tych kolorów rybiego mięsa! W naturze takie nie występują).
Kolacja dla trojga - 150 zł. Tylko na zamówienie.
Składniki to jedna sprawa. Inna to całe kuchnie. Tu sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Kuchnie narodowe są jak latające ambasady; pojawiają się same. Ale przynosi je do nas najczęściej moda, jakiś tajemniczy trend. Niektóre pojawiają się tylko na chwilę, inne nie przyjmują się właściwie wcale; inne przyjmują się tylko regionalnie. Niektóre - te najpopularniejsze na świecie - zostają i już. Na przykład kuchnia włoska. Ukochana nasz kuchnia, nie licząc oczywiście naszej własnej, domowej. Tyle że nie bardzo chcemy się godzić na te obce smaki w ich oryginalnej postaci, i przystosowujemy je do polskich przyzwyczajeń.
Czasem aż trudno się dziwić, że się tak dzieje. Tak całkiem po ludzku biorąc: nie rosną u nas oliwki, więc i nie mamy własnej oliwy, nie mamy zawsze świeżych owoców morza, nie uprawiamy ryżu, nie robimy zbyt wiele wina, karczochy są u nas raczej rzadkością, nasze sery, cóż, cieszą, bo w ogóle są - ale gdzie im do tysiącletniej historii włoskich. No i pomidory, byłbym o nich zapomniał, też nie takie, i rzemieślnicze wyroby, choćby makaron. Mam wymieniać dalej? Więc się zaczyna droga drobnej zamiany. Makaron produkcji rodzimej albo jakiś tani z Włoch - bo tani. Oliwa - jak najtańsza, bo wiadomo, za droga. Punkt po punkcie przerabiamy smak oryginalny na podobny do oryginalnego, aż otrzymamy wreszcie produkt odpowiadający naszym gustom, cenowo znośny - jednak zazwyczaj niepodobny do oryginału. Mało chwalebne, ale prawdziwe.
Podobnie stało się w Polsce z kuchnią chińską; to, co ją w większości miast udaje, jest po prostu mieszanką kilku najtańszych produktów z byle jakim sosem kupowanym na hektolitry. Dzięki niemu wszystko ma ten sam smak, smak cukru mianowicie, i dlatego, jak sądzę, tak bardzo jest lubiane. (Nie od rzeczy będzie dodać, że te knajpki ze słodkim mięsem i słodką rybą nazywają się teraz kuchnią wietnamsko-chińską. Czyli mamy do czynienia z nie wiadomo czym). Nie od rzeczy będzie tu dorzucić inną nutę: jedzenie ulicy, czyli kebab, też dostosowany do gustów miejscowych. Niedaleko domu mam taki z kiszoną kapustą i kiszonym ogórkiem, uważam, że to dość niezwykłe innowacje. Cieszy się (nie muszę chyba dodawać) olbrzymim wzięciem.
Tę opowieść ciągnę po to, żeby na przykładach udowodnić, jak bardzo się jedzenie zmienia, kiedy tylko przekracza nasze granice.
W zeszłym tygodniu zamawiałem sushi do domu, była to porażka. W tym się uparłem, żeby iść dalej tym tropem. Nie po to przecież powstają specjalne firmy, żeby dostarczać tylko złe jedzenie; tak sobie tłumaczyłem możliwość sukcesu, jego natychmiastowe nadejście.
Tym razem z odmętów Sieci wyłowiłem firmę Haiku Sushi. Okazało się, że trzeba czekać dwie godziny, "bo robimy wszystko na bieżąco". Dobra nasza - jeśli dostanę świeże jedzenie, to już jest coś. Zamówiliśmy sobie trzy zupy - wszystkie miso, w różnych konfiguracjach. W każdym miso są glony wakame; najprostsza była całkiem przyjemna, z glonami i tofu; lepsza okazała się z grzybami shiitake. Najmniej do gustu przypadła zupa z grillowanym łososiem, bo to już lepiej papier wrzucić niż tę rybę bez smaku. Miso raczej słodkawe, co dość dziwi, i bardzo gęste - wiadomo, my jemy zupy sycące. Ale trzeba zaznaczyć, że opakowania były bardzo solidne; w zeszłym tygodniu dostaliśmy pakunek ociekający płynami, cała kuchnia ociekała sosem i zupą - a w tym zupa przyjechała gorąca i znajdowała się wewnątrz pojemnika. Jest jakiś postęp.
W ogóle lepiej to wszystko wyglądało, ładniej, widać, że ktoś zadbał o styl. Jednak oprócz strony dizajnersko-użytkowej jest jeszcze jedzenie, i poświęcę mu kilka słów. Otóż na stronie Haiku znaleźliśmy wyrób "rolka bacy". Rolka, czyli niby sushi, dowcip taki. To jest właściwie uramaki, czyli sushi zawijane odwrotnie, z ryżem na wierzchu. Zawartość: oscypek, awokado, serek Philadelphia. Całość obficie polana dżemem żurawinowym, smakuje jak danie z ryżu dla dzieci, z wyjątkiem tego niby-oscypka, który jest dość słony. Stąd, drodzy moi, cały ten wstęp o spolszczaniu obcego jedzenia: my po prostu nie potrafimy inaczej. Mam za pazuchą drugi dowód, inny zestaw - nazywa się "jojo maki". Myślicie, że już wiecie? Nie wiecie. Zawartość: banan, brzoskwinia, nutella, omlet tamaki. Nie zamówiłem, są przecież jakieś granice, i oto natrafiłem na jedną z nich.
Zjedliśmy nigiri, te z dodatkami na wierzchu - dziwi nieco, że zostały posypane papryką, no i ryba zdążyła obeschnąć. Zjedliśmy maki, nic wielkiego nie można im zarzucić. Jeśli poskładać wszystko do kupy, to dostaliśmy polskie, ze źle ugotowanym ryżem, zbyt słodkim. Niektóre zestawy są wymyślone doprawdy dziwacznie; ja się chyba nawet nie zdziwię, jeśli niedługo dostanę sushi z kabanosem albo pierogowym farszem. (Tyle że ja się na takie zmiany nie godzę). Są jednak plusy: można sobie japońszczyznę zamówić do domu, na skinienie ręki, i tym razem było jadalne, niegroźne, a na dodatek ładnie opakowane. Natomiast było polskie, niewątpliwie, nie było w nim precyzji ani pierwszorzędnych produktów. A w sushi o to przede wszystkim chodzi. (Żałuję, że nie zobaczyliście tych kolorów rybiego mięsa! W naturze takie nie występują).
Kolacja dla trojga - 150 zł. Tylko na zamówienie.
- 18 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
8 głosów
-
Haiku Sushi. Świat jest nasz. Wielkie żarcie No...
ebe4
19.02.12, 10:50
No ale to może ktos poleci jakaś miejscowe. Dawno nie jadłem sushi.»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





