Da Pietro. Włoszczyzna pastewna

Wojciech Nowicki
06.06.2008 , aktualizacja: 06.06.2008 17:19
A A A Drukuj
Nadszedł w końcu dzień, kiedy złamałem uroczyście dane słowo; poszedłem do włoskiej restauracji, która kiedyś wydawała mi się cudowna, i którą wielbiłem. Och, jak lubiłem schodzić w jej przepaściste piwnice, jak uwielbiałem nurzać się w kuchennych oparach. Och.
Kiedyś się urwało to chodzenie, nawet nie wiem już czemu. Pewnie dlatego (to jedyna sensowna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy), że ta restauracja przestała być jedyna; że zaczęliśmy wszyscy jeździć do obcych krajów, że kuchnia włoska nareszcie była nam dana nie tylko w Krakowie, ale we włoskich pipidówach, w wieczornym cykaniu i przy winie; żeśmy się rozpełzli po całym świecie i - powiem to raz, a dobitnie - minęła nam ta jakaś naiwność wieśniacza. No, słowem, staliśmy się (jednak, na swój sposób) obywatelami świata. Rozsiedliśmy się w trattoriach i restauracjach. Zaczęliśmy chłonąć szlachetną wiedzę, nauczyliśmy się, że wino słodkie do obiadu nie przystaje, a flaki z mrożonki to nie jest największy cud świata. Tak się stało, i Bogu dzięki. Łuski spadły nam z oczu, od kiedy jeździmy. Przepraszam, czytelnicy drodzy, za ten rys historyczny; ale są rzeczy, które powiedzieć trzeba. Tak dla pewności.

Od kiedy wysiaduję na ulicach świata (w tym Polski), na restauracyjne piwnice już nie mam ochoty. Tak jak nie mam ochoty wracać w miejsca stare, niegdyś uwielbiane. Nie i już. Skoro już poszedłem do tej knajpy, którą kiedyś tak lubiłem, to przynajmniej nie zlazłem do podziemi, tylko znalazłem sobie miejsce w ogródku, prawie naprzeciw kościółka świętego Wojciecha. Jedyny wolny stolik w olbrzymim ogródku.

Siadłem zziajany, otarłem pot z czoła i zacząłem kontemplację porównawczą (bo w głowie nadal tkwią te knajpki, bary, restauracje włoskie, włoskie targi pełne pięknego jedzenia; a także włoskie zabytki, które nie są jak spod igły; włoskie kobiety na szpilkach na łokieć wysokich, włoscy eleganci w nieskazitelnych garniturach, etc.): przede mną rozciągała się przestrzeń Rynku Głównego. Na pierwszym planie wielka beczka z napisem "Grzaniec galicyjski" (Jezu, to się działo pierwszego czerwca, pora jest raczej na szprycery. No i ta ohydna beka), stragany cepeliowskie, z których część pokryta strzechą; wielka reklama głosząca "80 lat Małopolskiej Izby", a reszta małymi literami, więc nie wiem, o jaką Izbę chodzi; była też pani ze stoiskiem pamiątkarskim, poświstująca ptaszkami, był rycerz srebrny stojący na murku, był koncert pod Sukiennicami, od którego wionęło straszliwymi dźwiękami.

Wzięliśmy się za jedzenie. Kelnerka omiotła pół stolika, drugie pół oceniła fachowo jako wystarczająco czyste. Rynkiem przepływała ludzka rzeka, rozebrana w przedziwny sposób: już to kobiety w stanikach, które jak pawianice ukazywały najcudniejsze wdzięki, już to mężczyźni w rozpiętych koszulach, z których lśniła marmurową bladością pierś, a brzuszyska wylewały się na trotuary. Widoki miałem jak w Sopocie, tylko anturaż inny. Poczułem się obcy we własnym mieście.

Na przystawkę zamówiliśmy crostini misti; minął kwadrans, kelnerka przyniosła zupy. "A crostini?", zagadnąłem. "Yyy, bo mamy braki takie... w kuchni", powiedziała kelnerka, "i ja może podam po zupach". To nie jest ogólnie przyjęty zwyczaj, żeby przystawkę podawać po zupie, ale cóż - jakoś przełknąłem tę propozycję i wgłębiłem się w talerz. Semifreddo, czyli chłodnik, był tego dnia ogórkowy; składał się z jogurtu, ogórka, koperku i pokruszonego jajka. Był zadziwiająco pozbawiony jakiegokolwiek smaku; nawet koper się nie przebijał, taka zupa-wata. Druga zupa, minestrone, czyli po prostu jarzynowa, wyglądała jak rzygowinka (to Witkacy tak nazwał jedno swoje dziełko). Nierówno pokrojona, całkowicie rozgotowana masa kłębiła się u spodu talerza. Jeśli ktoś z was, drodzy czytelnicy, był ostatnio na Kleparzu, to wie doskonale, że od dawna można tam wszystko kupić, każde warzywo świata, że towar zewsząd bucha, magnetyzuje i uwodzi. A minestrone wykonano z dwóch rodzajów ciapowatej (ale jednocześnie bardzo żylastej), mrożonej fasolki szparagowej, z pomidorów z puszki oraz marchwi. Płyn posiadał zniewalający, buroczerwony kolor, a po wierzchu pływało suszone oregano. To była zupa dyskwalifikująca. Emanowało z niej cierpienie ludzi zamkniętych w kuchni pełnej szkodliwych oparów.

Więc się nie dziwcie, że zamiast jeść kontemplowałem piękno Rynku Głównego: dzieci sikające pod drzewem, młodzież hulającą na hulajnogach, to całe iście włoskie bordello z słowiańską duszą pomieszane. Piękny był to widok i smutny zarazem. Nadeszła kelnerka: "to może już nie podawać tych krostinek?", zaproponowała, uroczo spolszczając i zdrabniając trudne, zagraniczne słowo. No, rzeczywiście, wielkiego sensu to nie miało. Przeszliśmy więc illico presto do dań drugich: podano makarony.

Penne toscana haniebnie rozgotowano. Makaron się lepił, zatopiony w śmietanowym sosie. Jedynym wyraźnym smakiem była słodycz; o tyle zadziwiająca, że to owo penne toscana to makaron z mięsem i grzybami. Cielęcinę wysuszono na wiór, grzybka dostałem tylko kawałeczek; nie poskąpiono tylko słodkiej śmietany. Danie było niejadalne w sensie ścisłym. Penne alla provinciale tak samo brejowate, z sosem szpinakowym, wyglądało jak wielka kupa świeżo zmielonej trawy, z której wystawały pojedyncze rurki makaronu. Papka miała smak leciutko czosnkowy, leciutko stęchły (bo czosnek stary), w ogólnym zarysie przypominało szpinak przedszkolny z innej epoki.

Restauracja Da Pietro płynie na tej ciżbie, która się przewala przez centrum Krakowa, i serwuje nie jedzenie, ale jakąś paszę. Przez tę wizytę tylko sobie odebrałem wspomnienia.

Restauracja Da Pietro, Rynek Główny 17

Kulinarna wiocha za 83 złote dla dwojga.

PS

Ze zdumieniem stwierdziłem, że w zeszłym tygodniu napisałem o konsumpcji giczy cielęcej. Gicz była stuprocentowo jagnięca. Mimo to nadal jej nie polecam.

Podziel się

  • 8 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

  • Da Pietro. Włoszczyzna pastewna paulino0 15.04.11, 19:46

    A ja tam lubię da Pietro, mimo że w piwnicy, że za dużo ludzi (nie cierpię pustych knajp - ogrania mnie strach...). Dla mnie w porządku, nie zaliczyłem tam żadnej miny (może mam więcej »

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu