Akademia Zakąsek. Noce i dnie

Wojciech Nowicki
28.05.2009 , aktualizacja: 28.05.2009 23:48
A A A Drukuj
Był raz wieczór na Rynku spędzany z kolegą. Rozmowa sunęła gładkim torem, ale tematów nie pamiętam. Nie dlatego, że byłem pijany (ohydne posądzenie), tylko co chwila coś mnie rozpraszało, przykuwało uwagę i to dlatego w pamięci mam dziury.
Oto od sąsiedniego stolika gapiła się na mnie pewna suka, trochę zaciekawiona, trochę bezczelna; przechylała łeb swój brązowy - ale tylko tyle. Był to piękny pies, choć ceniący swoją prywatność; niby więc zachęcająco patrzył, a niby jednak nie, i z gruntu ludzko. Jakby tego było mało, w głębi, u wejścia do bramy, gdzie się znajduje toaleta lokalu gastronomicznego Zwis, stał człowiek z małpą na ramieniu. To był już objaw budzący strach i nadający się do leczenia, więc natychmiast opuściliśmy Rynek, żeby zakończyć wieczór. Oficjalna wersja była taka, że nam się zimno zrobiło (ale i małpę, i sukę o ludzkim spojrzeniu widzieliśmy obaj).

Jakoś tuż przed rozstaniem przypomniało mi się nagle, że pod domem otwarto mi właśnie lokalik, o jakim zawsze marzyłem. Taką knajpkę do przychodzenia w kapciach, z tanimi napojami i niedrogim jedzeniem, lokal na rozpoczęcie dnia i na nocy zakończenie. Co tu dużo gadać: otwarty przez całą dobę. Na dodatek lokal ten z całych sił popieram, bo powstał w dawnej siedzibie banku (chyba pierwsze takie zwycięstwo w tym mieście). No więc, drogie czytelniczki, i rzecz jasna wy też, czytelnicy, to jest taki jasno oświetlony barek (bo kasetonowe oświetlenie napędzane świetlówką, bo dekoracja szyby i inne jeszcze drobiazgi przejął ten lokal po banku i usynowił), gdzie nawet kiedy nie ma nikogo, to zawsze coś się dzieje. Więc zamiast się pożegnać, weszliśmy, i tak się jakoś stało, że już nie wychodzimy prawie. Ale po kolei.

Nazywa się to Akademia Zakąsek i jest filią warszawskiej knajpki na Krakowskim Przedmieściu - Bistro a la Fourchette, bratniej instytucji restauracji U Kucharzy (kto był, wie o czym mowa). Jest w Akademii bar i miejsca przy oknie. Życie się toczy na wysokich stołkach albo na stojaka, upływa na rozmowach z personelem, albo w milczeniu, na obserwacji ulicy Podwale i Plant. Wszystko w tej knajpce wydaje się troszkę jeszcze niegotowe - i to jest właśnie moment właściwy, żeby takie miejsca odkrywać. Tłoku nie ma (i do tego - nigdy dość przypominania - tanio i blisko). No, przyznacie czytelnicy, spełnia to miejsce najsurowsze wymagania. I ta atmosfera, drodzy... Jak za młodych lat, w Paryżu, w tych barach, gdzie się stało w trocinach, gdzie się pod nogi kiepowało i każdy rozmawiał z każdym; a okoliczności takich pogawędek - zapyziałe plakaty i niemodne meble - były na dalekim planie. Bo co innego się liczy tak naprawdę. Ot, pierwszy przykład z brzegu: staliśmy raz w Akademii Zakąsek z obywatelem amerykańskim ze stanu Teksas, imieniem bodaj Wade, który prowadzony za rękę przez jedną z barmanek poznawał życie w naszej ojczyźnie. Siedział na barowym stołku, witał się grzecznie z każdym klientem i stawiał kolejkę. Wódka za wódką się lała, aż ten Wade-nie-Wade zaczął jęczeć, że jednak nie daje rady (widziałem go następnego wieczora; twierdził, że naszą ojczyznę poznał już do głębi i chce do domu). Innego wieczora pan Janusz śpiewał nam cały repertuar Beatlesów, aż go musieliśmy wyraźnie poprosić, żeby przestał w końcu; pomogła dopiero dycha w dłoń wciśnięta. Jeszcze innym razem siedzieliśmy niewinnie, ale tak nam się zasiedziało, że wolicie nie wiedzieć, jak się skończyło. Ale dzięki temu siedzeniu wiemy już wszystko o młodszej części personelu. Wiemy skąd pochodzi, czemu uciekła do Krakowa, jakie ma marzenia i jakie tatuaże zdobią jej ciało; a to są przecież sprawy istotne. Personel starszy bardziej jest dystyngowany, ale też prowadzi rozmowy, co w tym autystycznym mieście jest pięknym wyjątkiem. To są teraz nasi znajomi, kłaniamy się sobie nawzajem przez bankową szybę, kłaniamy się bankowi na pohybel; witamy się jak sąsiedzi, którzy od czasu do czasu piją razem piwo w garażu.

Dorzucę nieco konkretów, żeby wam ostatecznie gula skoczyła: lokal jest otwarty - niestety - przez okrągłą dobę. Zdarza mi się tu przyjść za wcześnie i za późno wrócić. Za to w sprawie cen panuje dość klarowna sytuacja - wszystko do jedzenia jest po osiem złotych, wszystko do picia po czwórkę. Na miejscu pierwszym wśród zakąsek jest u mnie śledź w oleju, z cebulą (zmyślnie doprawiony goździkiem) i z bułką; jeśli komuś oleju mało, smarują bułkę masłem. Zwykłe niby, ale pyszne danie. Na miejscu drugim (ale czasem wydaje mi się jednak, że na pierwszym ex-aequo) kiełbasa biała, takoż z bułą namaśloną, z chrzanem i musztardą; wielkiej delikatności kiełbasa. Znakomita rzecz, aż grzech byłoby nie wydać czterech złotych na wódkę luksusową do tego albo na małe piwo. Jest jeszcze gzik, potrawa z Wielkopolski: ugotowany ziemniak w mundurku rozkrojony i wypełniony białym serem ze szczypiorkiem i czosnkiem. Prościutka, ale smaczna rzecz, i nietutejsza, więc spróbować warto. Pieczony boczek całkiem jest smaczny, mimo nazwy i swojej boczkowej natury; dają parę grubych plastrów, też z ostrymi dodatkami - ale ja bym wolał tatara albo golonkę, skoro już jedziemy po kulinarnej bandzie. Mają też mniej podniecające specjalności, jak choćby nóżki, ale one - tak mi kazał napisać kolega, który je sobie zamówił - seksu w sobie nie mają, zupełnie jak Zofia Gomułkowa. Spośród innych galaret wyróżnia je wielka zawartość żelatyny. No, mają w tej Akademii również inne wynalazki, ale ja trzymam się twardego jądra: wódka, kiełbasa, śledź i gzik. Przecież nie będę jadł serdelków - ale jeśli wy macie ochotę, to się nie żenujcie. To jest takie miejsce, gdzie się spełnia najbardziej skrywane instynkta.

Mam nadzieję, że dobrze się rozumiemy: powstało miejsce, które na razie jest moje i paru jeszcze osób; ale wam je tu oddaję. Doceńcie.

Akademia Zakąsek, ul. Podwale, między sklepem Oczko i księgarnią.

Wszystko do jedzenia po 8 zł, wszystko do picia po 4 zł. Ceny, które upraszczają życie.

Podziel się

  • 3 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy