Ristorante Amarone. Zima wiosną
04.06.2009
, aktualizacja: 04.06.2009 18:18
Napisał do mnie ostatnio jeden znajomy: "sluchaj: jesli dwoch trzech panow z pieniedzmi by przyjechali do krakowa to dokond by posli: podaj z laski swojej najlepsze dwie restauracije krakowa" (sami chyba rozumiecie, że ta polszczyzna od początku do końca ze słuchu jest wyuczona, bo to jest polszczyzna obcokrajowca).
Na takie pytania - o tym już kiedyś pisałem - dostaję gęsiej skórki, bo nigdy nie wiem, co odpowiedzieć; więc zamiast odpowiadać, kluczę: ale o co chodzi właściwie: czy to ma być nostalgiczna kolacja przy świecach, czy weekend sybarytów o średnim budżecie? Ja tak ględzę, a odpowiedź przychodzi ostra jak brzytwa, boleśnie konkretna: restauracje mają być "najdrosze, to sa jakies ciule z pieniedzmi z grecii kturzy chca sie pobawic w krakowie. nie nasz swiat!" (za wymowę przepraszam, ale niech rzuci kamieniem, kto jest bez winy).
Tak przymuszony wziąłem się za wymienianie. I kiedy wymieniałem, kiedy spisywałem najdroższe knajpy w moim mieście drogim, naszła mnie taka diabelska chętka: porzucić na moment strefę knajp klimatycznych, restauracji dostępnych dla byle głupiego, i rzucić się na łeb, na szyję na restauracje z prawdziwego zdarzenia. Na knajpy dla ludzi nie z naszego świata, dla jakichś Durczoków, dla Kammelów z poprzedniego, udanego wcielenia, dla Piotrów Rubików zarezerwowane. No i im więcej myślałem, tym głośniej tętniło mi w głowie cudowne powiedzenie, które było mottem mojej młodości: a kto bogatemu zabroni? Zawsze, kiedy coś do złego kusi, kiedy ma człowiek ochotę na rujnujące szaleństwa, powracają te słowa, pełne głębokiej racji, dobroci dla bliźniego i siebie samego. Słowa prawdziwego epikurejczyka: kto, do jasnej cholery mi zabroni? No i poszliśmy do Hotelu Pod Różą.
Tam są, jak powszechnie wiadomo, dwie restauracje - jedna od wielkiego dzwonu, pod szklanym dachem, która się nazywa Restauracja Pod Różą, gdzie panuje kuchnia kontynentalna; to jest, jak sądzę, jedna ze zdecydowanie najdroższych instytucji kulinarnych w mieście. Ileż razy byłem tam na różnych prezentacjach, ile razy byłem na obiadach proszonych... Ech, poszłoby się znowu, ale sala świeciła pustkami, aż głupio by było zakłócić tę harmonię; więc się zatrzymaliśmy w Ristorante Amarone, włoskiej restauracyjce nieco z boku, z wejściem od ul. św. Tomasza - ale też przez Hotel Pod Różą prowadzoną, i też nietanią. Kelnerka natychmiast nas powitała, natychmiast przyniosła kartę, ale nieskoro nam szło wybieranie. Zamiast wybierać, gapiliśmy się przez szklane drzwi na ogródek Camelotu, z palmą pośrodku, z kamiennymi korytami, które służą za kwietniki. Pięknie tam było. Słońce padało na ludzi jak deszcz, a oni nie widzieli, że nad dachami już wiszą czarne chmury i zaraz lunie naprawdę.
Gorzej z kartą: to był ostatni dzień maja, a w karcie jesień i zima - lasagne z grzybami i króliczym mięsem, zimowa zupa ze smażonymi sardelami albo krem z ziemniaków ze speckiem i i grzankami. Takie tam królują pozycje w środku wiosny, między deszczem a ulewą, w ostrym słońcu. Na szczęście jest karta osobna, szparagowa, która ratuje trochę sytuację - z niej zamówiliśmy pierwsze dania. Najpierw aksamitna zupa szparagowa z roladką z sandacza: talerz sympatycznie szparagowej zupy, jasnej jak owsianka, bo z białych, nie zielonych szparagów zrobionej. Kawałeczek sandacza też białawy, i też bardzo delikatny. Żadnych wybryków, żadnych prób zagrania cudownym smakiem szparaga; aż miałem wrażenie, że sam sobie był pozostawiony. A gdyby tak nie roladkę z sandacza, tylko wielką, różową krewetkę do tej zupy włożyć? A gdyby ozdobić tę zupę czymś zielonym? Doprawić gałką? Słowem, zaszaleć jakoś? Wtedy byłoby dobrze, bardzo dobrze - a tak było bardzo porządnie, poprawnie i dość jednak nijako. Spróbowałem też risotta ze świeżymi szparagami i serem taleggio: cudownie delikatny to ser, jako spoiwo sprawia się wybornie; a szparagi świetnie ugotowane, jędrne. No i co z tego, kiedy ć danie było niejadalne, bo ryż niedogotowany i twardy? Sos z taleggio związał tysiące ryżowych kamyczków.
Spoglądaliśmy na siebie zdezorientowani, a mnie coraz bardziej zaczynały kłuć w oczy szczegóły: sterta jakichś kartonów koło baru, kelnerka lubieżnie wyjadająca pianę ze swojej kawy i liżąca palce zbrukane mlekiem... Ale nie dziwcie mi się, po takim risotto też by się wam wzrok wyostrzył. Nadeszły dania drugie. Płatki z wołowiny w sosie z octu balsamicznego miały być krwiste, ale były średnio wysmażone, bo to Polska, tu się na surowo nie smaży. To jedyny zarzut - bo poza tym polędwica była znakomita, mięso jak marzenie, danie z erotycznego snu mięsożercy. Do tego zapiekanka pod serem - leciutko gorzkawa, bo to był pomidor z cykorią i ziemniakiem. Świetna kompozycja, lekka, zrównoważona. Zjadłbym znowu. Wzięliśmy jeszcze pieczone jagnię mleczne z musem z jabłek - no i cóż, tak delikatna jagnięcina w ciemnym, pieczeniowym sosie, to mięso, które ma w sosie coś zdecydowanie dzikiego - to jest wielka przyjemność, bo ma ta jagnięcina w sobie coś zdecydowanie aksamitnego i drapieżną ciemność jednocześnie. Do tego mus jabłkowo-ziemniaczany, leciutki świetnie się z mięsem uzupełniający; a na zakończenie posiłku doskonałe espresso - skondensowane i gorące, takie jak trzeba.
A podsumowanie mam takie: jedno danie do odesłania, jedno zupełnie bez ducha, dwa świetne. Do tego różne drobiazgi - te pudła na widoku, i serwetki niby takie jak trzeba, ale bardzo już sprane. Jeśli was czytelnicy płci obojga zastanawia, czemu ja często na podobne grzeszki przymykam oko, a dziś nie, to odpowiadam: Amarone to jest droga restauracja, więc wszystko musi tu chodzić jak w szwajcarskim zegarku. Tu, jeśli coś zgrzyta, to od razu głośno. No i najważniejsze - za ułamek ceny tego obiadu mam w domu na zawołanie wiosnę, mam smaki świeże i buchające. Przydałaby się pilnie wycieczka na targ.
Ristorante Amarone (w Hotelu Pod Różą), ul. św. Tomasza 5
Dwie osoby, 250 zł bez alkoholu. Chciałoby się za to dostać coś wyjątkowego.
Tak przymuszony wziąłem się za wymienianie. I kiedy wymieniałem, kiedy spisywałem najdroższe knajpy w moim mieście drogim, naszła mnie taka diabelska chętka: porzucić na moment strefę knajp klimatycznych, restauracji dostępnych dla byle głupiego, i rzucić się na łeb, na szyję na restauracje z prawdziwego zdarzenia. Na knajpy dla ludzi nie z naszego świata, dla jakichś Durczoków, dla Kammelów z poprzedniego, udanego wcielenia, dla Piotrów Rubików zarezerwowane. No i im więcej myślałem, tym głośniej tętniło mi w głowie cudowne powiedzenie, które było mottem mojej młodości: a kto bogatemu zabroni? Zawsze, kiedy coś do złego kusi, kiedy ma człowiek ochotę na rujnujące szaleństwa, powracają te słowa, pełne głębokiej racji, dobroci dla bliźniego i siebie samego. Słowa prawdziwego epikurejczyka: kto, do jasnej cholery mi zabroni? No i poszliśmy do Hotelu Pod Różą.
Tam są, jak powszechnie wiadomo, dwie restauracje - jedna od wielkiego dzwonu, pod szklanym dachem, która się nazywa Restauracja Pod Różą, gdzie panuje kuchnia kontynentalna; to jest, jak sądzę, jedna ze zdecydowanie najdroższych instytucji kulinarnych w mieście. Ileż razy byłem tam na różnych prezentacjach, ile razy byłem na obiadach proszonych... Ech, poszłoby się znowu, ale sala świeciła pustkami, aż głupio by było zakłócić tę harmonię; więc się zatrzymaliśmy w Ristorante Amarone, włoskiej restauracyjce nieco z boku, z wejściem od ul. św. Tomasza - ale też przez Hotel Pod Różą prowadzoną, i też nietanią. Kelnerka natychmiast nas powitała, natychmiast przyniosła kartę, ale nieskoro nam szło wybieranie. Zamiast wybierać, gapiliśmy się przez szklane drzwi na ogródek Camelotu, z palmą pośrodku, z kamiennymi korytami, które służą za kwietniki. Pięknie tam było. Słońce padało na ludzi jak deszcz, a oni nie widzieli, że nad dachami już wiszą czarne chmury i zaraz lunie naprawdę.
Gorzej z kartą: to był ostatni dzień maja, a w karcie jesień i zima - lasagne z grzybami i króliczym mięsem, zimowa zupa ze smażonymi sardelami albo krem z ziemniaków ze speckiem i i grzankami. Takie tam królują pozycje w środku wiosny, między deszczem a ulewą, w ostrym słońcu. Na szczęście jest karta osobna, szparagowa, która ratuje trochę sytuację - z niej zamówiliśmy pierwsze dania. Najpierw aksamitna zupa szparagowa z roladką z sandacza: talerz sympatycznie szparagowej zupy, jasnej jak owsianka, bo z białych, nie zielonych szparagów zrobionej. Kawałeczek sandacza też białawy, i też bardzo delikatny. Żadnych wybryków, żadnych prób zagrania cudownym smakiem szparaga; aż miałem wrażenie, że sam sobie był pozostawiony. A gdyby tak nie roladkę z sandacza, tylko wielką, różową krewetkę do tej zupy włożyć? A gdyby ozdobić tę zupę czymś zielonym? Doprawić gałką? Słowem, zaszaleć jakoś? Wtedy byłoby dobrze, bardzo dobrze - a tak było bardzo porządnie, poprawnie i dość jednak nijako. Spróbowałem też risotta ze świeżymi szparagami i serem taleggio: cudownie delikatny to ser, jako spoiwo sprawia się wybornie; a szparagi świetnie ugotowane, jędrne. No i co z tego, kiedy ć danie było niejadalne, bo ryż niedogotowany i twardy? Sos z taleggio związał tysiące ryżowych kamyczków.
Spoglądaliśmy na siebie zdezorientowani, a mnie coraz bardziej zaczynały kłuć w oczy szczegóły: sterta jakichś kartonów koło baru, kelnerka lubieżnie wyjadająca pianę ze swojej kawy i liżąca palce zbrukane mlekiem... Ale nie dziwcie mi się, po takim risotto też by się wam wzrok wyostrzył. Nadeszły dania drugie. Płatki z wołowiny w sosie z octu balsamicznego miały być krwiste, ale były średnio wysmażone, bo to Polska, tu się na surowo nie smaży. To jedyny zarzut - bo poza tym polędwica była znakomita, mięso jak marzenie, danie z erotycznego snu mięsożercy. Do tego zapiekanka pod serem - leciutko gorzkawa, bo to był pomidor z cykorią i ziemniakiem. Świetna kompozycja, lekka, zrównoważona. Zjadłbym znowu. Wzięliśmy jeszcze pieczone jagnię mleczne z musem z jabłek - no i cóż, tak delikatna jagnięcina w ciemnym, pieczeniowym sosie, to mięso, które ma w sosie coś zdecydowanie dzikiego - to jest wielka przyjemność, bo ma ta jagnięcina w sobie coś zdecydowanie aksamitnego i drapieżną ciemność jednocześnie. Do tego mus jabłkowo-ziemniaczany, leciutki świetnie się z mięsem uzupełniający; a na zakończenie posiłku doskonałe espresso - skondensowane i gorące, takie jak trzeba.
A podsumowanie mam takie: jedno danie do odesłania, jedno zupełnie bez ducha, dwa świetne. Do tego różne drobiazgi - te pudła na widoku, i serwetki niby takie jak trzeba, ale bardzo już sprane. Jeśli was czytelnicy płci obojga zastanawia, czemu ja często na podobne grzeszki przymykam oko, a dziś nie, to odpowiadam: Amarone to jest droga restauracja, więc wszystko musi tu chodzić jak w szwajcarskim zegarku. Tu, jeśli coś zgrzyta, to od razu głośno. No i najważniejsze - za ułamek ceny tego obiadu mam w domu na zawołanie wiosnę, mam smaki świeże i buchające. Przydałaby się pilnie wycieczka na targ.
Ristorante Amarone (w Hotelu Pod Różą), ul. św. Tomasza 5
Dwie osoby, 250 zł bez alkoholu. Chciałoby się za to dostać coś wyjątkowego.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]



