Tupli. W złotych ramach
14.06.2009
, aktualizacja: 15.06.2009 00:07
Ja wiem, że to było już pisane, ale muszę powtórzyć: czasem mam ochotę się czymś zachwycić. Wyjaśniam od razu, co to znaczy: to jest znaleźć się w miejscu, które w jakiś tam sposób jest podniecające, jakoś piękne wręcz (wstydliwe słowo) czy rozczulające, albo w miejscu, które w mordę wali.
To nie musi być od razu restauracja doskonała - wiecie, taka, gdzie wszystko naoliwione, gdzie furkoczą fartuchy kelnerów, którzy milczą i znają się na swojej robocie, gdzie jest świątynia, a nie knajpa, ale jedzenie - niezależnie od poziomu - musi mieć tę zaletę, że jest lepsze niż użyte składniki. Że ten plus, ten naddatek pochodzi z ręki kucharza, z jego sztuki. Rozumiecie? O miejsce chodzi i kucharskie rzemiosło - nieważne, czy w restauracji wielogwiazdkowej czy w barze. Chodzi o przyjemność moją i cudowne zgranie wszystkich restauracyjnych składników. Ot, co. Tego szukam.
Pisałem też - co wytrwalsi pamiętają - że mi się całkiem podoba restauracja Al Dente na ulicy Kupa. Ot, takie miejsce trochę pod prąd, bo zupełnie nowoczesne, nieprzeładowane, gdzie się dobrze je i czuje. Na Kupa jest jeszcze jedna kamienica nowa i niewiele trzeba było czekać, aż się w niej pojawiła restauracja Divina - sporo win i ceny z Księżyca. Ja za te ceny się na Divinę boczyłem i boczyłem, aż któregoś dnia doszło do mojej świadomości, że ta Divina już padła i nigdy nie pójdę do niej (tym lepiej, pomyślałem sobie, przynajmniej jej tu wymuruję nagrobek, w którym nie napiszę ani jednego złego słowa o kuchni). Nie trzeba było długo czekać - wiadomo, natura pustki nie znosi - i się zalęgło coś nowego w tym samym lokalu. Na imię ma Tupli, co ani dobrze nie wróży, ani źle, tylko brzmi dziwacznie. Dzień, kiedy to Tupli postanowiłem odwiedzić, to był jednak taki dzień, kiedy człowiek dobrze się czuje wszędzie, dzień słońca jasnego i błękitnego nieba, dzień na spacery nad Wisłą i wielkie nadzieje. Pięknie było tego dnia.
Do wnętrza Tupli zajrzałem dosłownie na chwilę - tylko po to, żeby się zorientować w sytuacji. Nowocześnie dość, dość ładnie, ale, mówiąc szczerze, było mi to zupełnie obojętne tamtego dnia, bo obok ta restauracja ma ogródek, co się zowie: spory plac na pustej działce obok kamienicy, cały wysypany żwirkiem, cały w parasolach, cały zachęcający do wejścia, do poczucia się jak na wyjeździe w śródziemnomorskim kurorcie (a to przecież w sercu Kazimierza, o dwa kroki od placu Nowego, od straganów, od niestrudzonego Endziora, od zapiekanek i piwa). A tu, proszę: można się pohuśtać na kanapie huśtanej, można sobie posiedzieć w cieniu, można się wystawić na słońce (sam byłem świadkiem, jak jeden blady Angol się wystawił i natychmiast poczerwieniał jak rak wrzucony do wrzątku. A potem tylko syczał i ukradkiem skrapiał się wodą). I jeszcze muszę wam powiedzieć, drogie i drodzy, że wśród stołu stoją rośliny w doniczkach i tamtego dnia bez skądś pachniał szaleńczo, a mnie się przypominało, że nie tak dawno na tym miejscu były zaszczane chaszcze. Jedyna pozostałość po tamtym świecie to napis na tablicy zawieszonej na domu nieopodal: "Zakaz wysypywania śmieci i gruzu", zakaz powszechnie niegdyś gwałcony. A teraz śródziemne wakacje i leniwe wysiadywanie w cieniu parasola. No, i w tej sielance nastąpiło jedzenie.
Jako się rzekło, dzień był gorący i słoneczny, więc jedzenie było lekkie. Pierwsza przyszła do nas sałatka cesarska. Mają w Tupli dwie wersje, z kurczakiem i bez, ta była bez - czyli sałata rzymska, mnóstwo grzanek i trochę parmezanu, a wszystko zatopione w majonezowym sosie. Słońce świeciło jak przedtem, więc nietrudno było zauważyć, że sałata rzymska, ten cudowny twór natury, jedna z najlepszych sałat, została potraktowana barbarzyńsko: na talerz powędrowały najgrubsze, najstarsze liście, właściwie w całości, więc trudne do zjedzenia. No, i ten sos majonezopodobny, który oblepiał wszystko grubą warstwą, nie wiedzieć po co. To było pierwsze ostrzeżenie, ale towarzystwo przy stole pozostawało ufne.
Ja sobie zamówiłem gazpacho, czyli - jak się dowiedziałem z karty - portugalski chłodnik. Chłodnik, owszem, ale na pewno nie z Portugalii rodem. Przeczytałem jeszcze, że się go robi w Tupli ze świeżych pomidorów, cebuli, czosnku, świeżego ogórka i z dodatkiem grzanek. No dobrze, zwykłe gazpacho, tylko czemu ma taki truskawkowy smak? Czemu jest takie słodkie? Dziwna sprawa, gazpacho to zupa jednak warzywna. To, co zjadłem, nie było niesmaczne, ale z naturą niezgodne. O kolejnym daniu właściwie aż nie warto wspominać, bo to surowe pokrojone warzywa podane z dipami. Trudno to właściwie nazwać daniem - ot, przekąska. W tym czasie mała Milenka chodziła po ogródku i wyjadała ze smakiem kamienie (a w powietrzu rozbrzmiewało niestrudzone: "Milenko, nie bierz kamieni do buzi", "Milenko, ile razy mam powtarzać", ale Milenka ma swój rozum i kamienie jednak jadła).
Po warzywach nadeszła pora na mięsa - pierwszy był satay z kurczaka, zwykle są to podłużne plastry kurczęcia nadziane na patyczek podawane z ostrym sosem. Tutaj satay wygląda jak staropolski szaszłyk, bo to kurczak krojony w kostkę. Jest zapieczony pod grubą warstwą sosu z orzeszków ziemnych i chili (a ten sam sos podają w miseczce obok). Dość obojętne danie. Jedyna w nim iskra to ta nazwa, oczywiście.
Ostatni na liście życzeń był hamburger - ja przepadam zamawiać hamburgera w restauracjach, bo wtedy się dostaje solidny, prawdziwy kotlet z dobrej wołowiny, w solidnej bułce opieczonej na grillowej patelni, z mnóstwem cebuli i dobrym sosem. Tu podają bułkę z tych wacianych (ale to wcale nie grzech), dają sałatę, cebulę, jest majonez i keczup, a w środku tego wszystkiego jakiś ochłap niegodny kota, jakaś brązowa bryła wykonana głównie z tartej bułki i tłuszczu. Czegoś podobnego od lat nikt mi nie podał. Więc bądź, Tupli, przeklęte za te swoje hamburgery, za niespełnione obietnice, za mięsopodobną bryłę w złoconych ramach.
Tupli, ul. Kupa 6
Lekki obiad dla trojga, z kieliszkiem wina - 129 zł. Los chciał, że to samo Tupli dostało drugą nagrodę na Festiwalu Zupy.
Pisałem też - co wytrwalsi pamiętają - że mi się całkiem podoba restauracja Al Dente na ulicy Kupa. Ot, takie miejsce trochę pod prąd, bo zupełnie nowoczesne, nieprzeładowane, gdzie się dobrze je i czuje. Na Kupa jest jeszcze jedna kamienica nowa i niewiele trzeba było czekać, aż się w niej pojawiła restauracja Divina - sporo win i ceny z Księżyca. Ja za te ceny się na Divinę boczyłem i boczyłem, aż któregoś dnia doszło do mojej świadomości, że ta Divina już padła i nigdy nie pójdę do niej (tym lepiej, pomyślałem sobie, przynajmniej jej tu wymuruję nagrobek, w którym nie napiszę ani jednego złego słowa o kuchni). Nie trzeba było długo czekać - wiadomo, natura pustki nie znosi - i się zalęgło coś nowego w tym samym lokalu. Na imię ma Tupli, co ani dobrze nie wróży, ani źle, tylko brzmi dziwacznie. Dzień, kiedy to Tupli postanowiłem odwiedzić, to był jednak taki dzień, kiedy człowiek dobrze się czuje wszędzie, dzień słońca jasnego i błękitnego nieba, dzień na spacery nad Wisłą i wielkie nadzieje. Pięknie było tego dnia.
Do wnętrza Tupli zajrzałem dosłownie na chwilę - tylko po to, żeby się zorientować w sytuacji. Nowocześnie dość, dość ładnie, ale, mówiąc szczerze, było mi to zupełnie obojętne tamtego dnia, bo obok ta restauracja ma ogródek, co się zowie: spory plac na pustej działce obok kamienicy, cały wysypany żwirkiem, cały w parasolach, cały zachęcający do wejścia, do poczucia się jak na wyjeździe w śródziemnomorskim kurorcie (a to przecież w sercu Kazimierza, o dwa kroki od placu Nowego, od straganów, od niestrudzonego Endziora, od zapiekanek i piwa). A tu, proszę: można się pohuśtać na kanapie huśtanej, można sobie posiedzieć w cieniu, można się wystawić na słońce (sam byłem świadkiem, jak jeden blady Angol się wystawił i natychmiast poczerwieniał jak rak wrzucony do wrzątku. A potem tylko syczał i ukradkiem skrapiał się wodą). I jeszcze muszę wam powiedzieć, drogie i drodzy, że wśród stołu stoją rośliny w doniczkach i tamtego dnia bez skądś pachniał szaleńczo, a mnie się przypominało, że nie tak dawno na tym miejscu były zaszczane chaszcze. Jedyna pozostałość po tamtym świecie to napis na tablicy zawieszonej na domu nieopodal: "Zakaz wysypywania śmieci i gruzu", zakaz powszechnie niegdyś gwałcony. A teraz śródziemne wakacje i leniwe wysiadywanie w cieniu parasola. No, i w tej sielance nastąpiło jedzenie.
Jako się rzekło, dzień był gorący i słoneczny, więc jedzenie było lekkie. Pierwsza przyszła do nas sałatka cesarska. Mają w Tupli dwie wersje, z kurczakiem i bez, ta była bez - czyli sałata rzymska, mnóstwo grzanek i trochę parmezanu, a wszystko zatopione w majonezowym sosie. Słońce świeciło jak przedtem, więc nietrudno było zauważyć, że sałata rzymska, ten cudowny twór natury, jedna z najlepszych sałat, została potraktowana barbarzyńsko: na talerz powędrowały najgrubsze, najstarsze liście, właściwie w całości, więc trudne do zjedzenia. No, i ten sos majonezopodobny, który oblepiał wszystko grubą warstwą, nie wiedzieć po co. To było pierwsze ostrzeżenie, ale towarzystwo przy stole pozostawało ufne.
Ja sobie zamówiłem gazpacho, czyli - jak się dowiedziałem z karty - portugalski chłodnik. Chłodnik, owszem, ale na pewno nie z Portugalii rodem. Przeczytałem jeszcze, że się go robi w Tupli ze świeżych pomidorów, cebuli, czosnku, świeżego ogórka i z dodatkiem grzanek. No dobrze, zwykłe gazpacho, tylko czemu ma taki truskawkowy smak? Czemu jest takie słodkie? Dziwna sprawa, gazpacho to zupa jednak warzywna. To, co zjadłem, nie było niesmaczne, ale z naturą niezgodne. O kolejnym daniu właściwie aż nie warto wspominać, bo to surowe pokrojone warzywa podane z dipami. Trudno to właściwie nazwać daniem - ot, przekąska. W tym czasie mała Milenka chodziła po ogródku i wyjadała ze smakiem kamienie (a w powietrzu rozbrzmiewało niestrudzone: "Milenko, nie bierz kamieni do buzi", "Milenko, ile razy mam powtarzać", ale Milenka ma swój rozum i kamienie jednak jadła).
Po warzywach nadeszła pora na mięsa - pierwszy był satay z kurczaka, zwykle są to podłużne plastry kurczęcia nadziane na patyczek podawane z ostrym sosem. Tutaj satay wygląda jak staropolski szaszłyk, bo to kurczak krojony w kostkę. Jest zapieczony pod grubą warstwą sosu z orzeszków ziemnych i chili (a ten sam sos podają w miseczce obok). Dość obojętne danie. Jedyna w nim iskra to ta nazwa, oczywiście.
Ostatni na liście życzeń był hamburger - ja przepadam zamawiać hamburgera w restauracjach, bo wtedy się dostaje solidny, prawdziwy kotlet z dobrej wołowiny, w solidnej bułce opieczonej na grillowej patelni, z mnóstwem cebuli i dobrym sosem. Tu podają bułkę z tych wacianych (ale to wcale nie grzech), dają sałatę, cebulę, jest majonez i keczup, a w środku tego wszystkiego jakiś ochłap niegodny kota, jakaś brązowa bryła wykonana głównie z tartej bułki i tłuszczu. Czegoś podobnego od lat nikt mi nie podał. Więc bądź, Tupli, przeklęte za te swoje hamburgery, za niespełnione obietnice, za mięsopodobną bryłę w złoconych ramach.
Tupli, ul. Kupa 6
Lekki obiad dla trojga, z kieliszkiem wina - 129 zł. Los chciał, że to samo Tupli dostało drugą nagrodę na Festiwalu Zupy.
- 1 komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]



