Tempo Libero. Ciągle pada

Wojciech Nowicki
25.06.2009 , aktualizacja: 25.06.2009 12:28
A A A Drukuj
No właśnie, pomyślałem, należy tu wejść: przede mną stała zroszona deszczem sztaluga, a na sztaludze menu. Należy tu wejść natychmiast. Ale nie przez głód straszliwy, nie przez piękno jakieś nadzwyczajne tego lokalu, tylko dlatego, że okropnie lało.
Knajpa jako parasol - szczyt szczytów, ale co ja Wam poradzę, Czytelnicy drodzy, tak właśnie było. Miasto zasnuwało się w mżawkach, deszczach, lepkich paranojach; taksówki nie można się było dowołać, ludzie patrzyli na siebie wilkiem, na kilometry niosło ptasim guanem i końskim zapachem; a ja myk do knajpy, żeby się osuszyć, żeby zobaczyć, jakie restauracje teraz robią. Nawet nie spoglądając na kartę, bez chwili zastanowienia (a wiadomo, jakie bywają skutki takich kroków).

Bo ja jestem za takim właśnie podejściem do życia knajpianego: żeby nie mędrkować za wiele, tylko korzystać póki się da, bo to się może tylko opłacić. Dam Wam przykład z dni ostatnich: zwycięska europarlamentarzystka Róża Thun, ta od plakatów z różą i pojedynku z Ziobrą (dotąd jakoś udawało mi się nie wpuszczać polityki na te łamy, ale dziś damy sobie spokój z tą zasadą), siedziała ostatnio w pewnym lokalu, otoczona wianuszkiem mężczyzn, i niezbyt cicho rozmawiała o tak zwanych twardych konkretach. Szło mianowicie o kasę, o podział, o sposoby, o różne tam takie drobiazgi, które nurtują każdego człowieka; ale jak go nurtują, to włącza telewizor, żeby władza nie słyszała. I rozmawiali tak sobie, aż wyszła pani Thun Róża na chwilę, a jeden z mężczyzn obecnych chwycił za komórę i oznajmił bez żadnych wstępów: jesteśmy z panią Różą. Rozmawiamy o pieniądzach. Hehe. Liczymy. (Byłem pod wrażeniem lapidarności tej mowy).

Widzicie, że warto? Wystarczy wyjść na kawę, a informacje, o których milczy telewizor, same wpadną wam w ucho. Wystarczy wyjść ze skorupy, a miasto jak zawodowa striptizerka obnaża się do kości. To pierwsza korzyść. Druga jest taka, że człowiek zaczyna myśleć. Czy ci ludzie (i inni ludzie, których słyszę na przystankach w tramwajach i restauracjach) domów nie mają? Biur? Pokojów odpornych na podsłuchy? Nie wiem, jak z nimi jest. Może wolą, żeby to się działo publicznie. Może mają złą herbatę w domu i chcą się napić lepszej. Ale to wszystko domniemania tylko.

Wracamy więc na deszcz, przed menu wystawione na ulicy Mikołajskiej niedaleko pubu i apteki, na wysokości Małego Rynku. Schodzimy do piwnicy: w progu witają nas dwaj mężczyźni, emanujący spokojem kelnerzy, prowadzą do sali - a tam widok się rozciąga taki, że człowiek przypomina sobie od razu, że od lat jest głupi. Przed nami mianowicie pusta sala, tylko pośrodku jakiś nieszczęśnik w różowej koszuli, z piwem w dłoni, który zapewne tak jak ja uciekł tu przed deszczem. Ale mija chwila i się okazuje, że wcale nie jest tak źle, że sala przysposobiona nawet ładnie, że schludnie tu jest i miło. Mijają sekundy dosłownie, a już mam w ręku kartę, już jestem przygotowywany do spożycia (bo klient złapany za frak nie ucieknie z lokalu); już stoi przede mną koszyczek ze wspaniałą bułką, już stają trzy flaszki z oliwą smakową - bardzo miłe to powitanie, oliwa umila czas i chce się tu siedzieć.

No i, Czytelniczki drogie i Wy, moi Czytelnicy, w Waszym imieniu jem chłodnik po litewsku, chociaż pogoda zupełnie nie ku temu - ale ja chłodnik lubię i nawet w zimne dni nie mam oporów. Kolor ładny, gęsty, zupa zakwaszona bardziej niż tradycja każe (ale to nie wyrzut bynajmniej, bo dobrze mu robi dużo kwasu); śmietany w niej sporo, kopru tyle, co trzeba, i dwie ćwiartki jajeczka. No, pysznie; jest jedno "ale". Cena. 12 złotych za talerz chłodniku to czyste zdzierstwo. Na drugie zamówiłem comber jagnięcy w cieście francuskim - dodają tu do niego krokieciki ziemniaczane zwane duffinkami (już to każe się zastanowić). No i tak: odgrzewane ciasto francuskie pływa w sosie, więc ma konsystencję rozgotowanego makaronu, mięso wygląda jak natarte pietruszką; ale, nie wiedzieć czemu, aż do nocy prześladowało mnie wspomnienie jarzynki czy vegety. Mięso upieczono na amen, a jagnięcina, cóż, ona lubi być lekko różowa - potem już nie ten smak. No i garsteczka pieczonego czosnku, który po upieczeniu traci ostrość i staje się jednolicie kwaśny. 51 złotych.

Z ciekawości sprawdziłem na stronie internetowej: "Restauracja Tempo Libero to kuchnia śródziemnomorska z akcentami kuchni międzynarodowej. Zlokalizowana w XIV-wiecznych piwnicach przy Małym Rynku Tempo Libero zajęła miejsce restauracji U Szkota, idąc naprzeciw koneserom kuchni lekkiej, bardziej wyszukanej". Ach, ten język - giętki jak beton. Jeśli się zastanawiacie, co to jest kuchnia śródziemnomorska z akcentami kuchni międzynarodowej, to spieszę poinformować: kaczka i pstrąg, łosoś i żurek, ostrygi i krem grzybowy. Po naszemu to się nazywa groch z kapustą.

Tak już mam, że jak zaczynam w czeluść internetową zaglądać, to skończyć nie mogę. No i wyszło na to, że Tempo Libero to jest maleńka cząsteczka wielkiej machiny o nazwie PolRest. "W segmencie premium Spółka prowadzi sieć siedmiu restauracji regionalnych zlokalizowanych w Zakopanem (...) oraz dwie prestiżowe restauracje mieszczańskie zlokalizowane w ścisłym centrum Krakowa (kawiarnia Europejska, restauracja Tempo Libero)". Zaś "w segmencie casual dining Spółka prowadzi sieć restauracji pod marką Rooster oraz Invito".

No. Więc byłem w "prestiżowej restauracji mieszczańskiej", nawet tego nie podejrzewając. Napatrzyłem się na ściany i przeczekałem deszcz. I już raczej tam nie pójdę, niestety. Następnym razem pójdę po raz setny do jakiejś knajpy, którą znam i lubię.

Tempo Libero, ul. Mikołajska 4

Samotny obiad za 77 złotych, w tym rekordowe 9 zł za espresso. Segment premium zobowiązuje.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu