Zajazd Tornado, Restauracja Santorini. Zamorskie wyprawy

Wojciech Nowicki
10.07.2009 , aktualizacja: 10.07.2009 17:26
A A A Drukuj
W drogę, rzekliśmy, i samochód ruszył z kopyta; wystartował spod hotelu Pollera, mijał zakątki znane, jechał ulicą Lubicz, przejechał nad Największą Dziurą W Tym Mieście, znaną jako rondo Mogilskie; potem był młyn, potem lotnisko, potem Nowa Huta z placem Centralnym, i droga na Sandomierz. I nie skręciliśmy w prawo, do Myślenic, tylko pojechaliśmy prosto, na Sandomierz, ale nie do Sandomierza.
Bo tuż za Krakowem zaczyna się najciekawsze - hektary kapusty i kalafiora, prawdziwe kalafiorowo-kapuściane morze, kopalnia główek zielonych, z których bogactwo i dobrobyt. Ta kapuściana droga prowadziła nas ku Igołomi, miejscu narodzin Alberta Chmielowskiego, malarza i świętego, oraz ku lokalowi gastronomicznemu Zajazd Tornado - powinniście mi dać medal za tę nazwę, że ją tu wywlekam. O Chmielowskim kiedy indziej. Teraz o Tornado.

Ktoś kiedyś tam był i zapamiętał sobie, że to włoska knajpa. Owszem, dają w Tornado pizzę, są flaki po neapolitańsku (z nazwy tylko), ale z włoskości to tyle. Skończyło się na smacznej kiszce, na rzeczonych flakach w pomidorowym sosie, i na zasadniczym bardzo, nadzwyczaj mięsnym gulaszu, chudym i po mojej myśli. A naprzeciw był parking, naprzeciw były budy w kolorach ciemnego różu i zieleni, takie kubiki bez płci i bez sensu, a szosą furczały samochody. Atmosfera domowa - pani kelnerka wyskoczyła do sklepu po lody, pan rozwoziciel jadł pizzę z koleżanką; ale poza tym, cóż, wystarczy wyjechać za bar Meksyk, za Zofipole, wystarczy dojechać do Igołomi, i już widać, że to jest inny świat. (A jeśli się łudzicie, że to jest odcinek o jedzeniu, to stanowczo was namawiam do uważniejszego czytania).

A że ta Igołomia okazała się taka kulinarnie przaśna, to wróciliśmy w kierunku Nowej Huty, bo tam się rozgrywał leniwie Jarmark Mogilski. Jarmark zwyczajny - kiełbasa, piwo, buda z kożuchami, obywatele przebrani za Polan czy Piastów; ale, szanowne czytelniczki, i wy, ich wierne samce, to stoisko z salcesonem... Stoisko firmy "Bekon" Przedsiębiorstwo Produkcyjno-Usługowe-Ubojowe i Handel Mieczysław Podgórski, Szydłowiec, ul. Słoneczna (ach, znów piękne nazewnictwo). Pieprzny lekko, bardzo ozorkowy, ścisły, niezbyt żelatynowy - na pajdzie dobrego chleba podany, z ogórkiem; rzecz tę zeżarłem w upale, i zastanawiałem się, czy wrócić po następną. Niestety, czas pilił.

Bo naszym celem Santorini w Hucie. Widzicie, czytelniczki i czytelnicy, Huta mnie pociąga, ja w Hucie bywam; ja w Stylowej jadłem nieraz i nawet na dansingu byłem. Ale żeby pisać o tym od razu? Huta, jak wiadomo powszechnie, to jest kulinarna pustynia; już nie miasto bez Boga (że się ze wstrętem posłużę wyświechtanym frazesem), już nie ruski czyrak na zdrowym ciele krakowskiej prawicy, ale restauracyjna pustynia, żałosna pozostałość dawnych czasów. A jeśli ktoś ma inne zdanie, to chętnie stanę na ubitej ziemi i z rozkoszą dam się pokonać.

Jechaliśmy do Santorini nad zalewem: a zalew w Hucie to jest miejsce w pół drogi między miastem a kombinatem, gdzie nadal obowiązuje rozluźniona forma, a bielizna osobista wystawiona na widok nikogo nie gorszy. Za zalewem, za basenem jest od paru lat Santorini, hotel i restauracja. Była z nami tego dnia dziewczyna z Nowej Huty rodem, która snuła domysły: a może to któryś z nowohuckich Greków założył knajpę (tych, co uciekli przed wojną domową)? Takie sobie stawialiśmy pytania, kiedy Santorini z daleka ukazało się w pełnej krasie, zasnute dymem z grilla. Na parkingu samochód, dwóch panów w slipach piło piwo, dachu używając za stolik; a jak już dopili, to wsiedli i pojechali (rozluźniona forma dotyczy więc również jazdy po piwie). Usiedliśmy przed lokalem, na zewnątrz; kelnerkę spytaliśmy, skąd to Santorini, czemu tu grecka restauracja. A ona na to rezolutnie: "bo my motyw mamy taki" (choć ten motyw wpłynął głównie na wystrój, w karcie jest raptem parę greckich dań, reszta to nasze klasyki). Po czym ciągnęła historię o tym, że "właściciele byli na Santorini i pod wpływem zachwytu postanowili przenieść cząstkę zachwytu do kraju". No i w kuchni nie ma żadnego Greka, Bogu dzięki, "na szczęście pracuję dla Polaków, nie ma żadnych obcokrajowców" (wybaczcie, nie ciągnąłem za język).

No i było tak: koleżanka z Huty rodem snuła historię nowohuckiej gastronomii (nieistniejący Grzybek, Bar Pod Zegarem upadły, Arkadia zamknięta), i w drżeniu czekaliśmy na greckie dania. Piski z basenu, pluski z fontanny, swojska zasłona dymno-kiełbasiana z grilla. Zieleni w cholerę, wiejskie klimaty za hotelem, niebo błękitne, ludzie ustawieni w szeregu do zdjęcia, bachory rozwydrzone - bo właśnie kończyła się jakaś impreza. Ale napięcie było. Kelnerka nadeszła żwawym krokiem - i co ja wam powiem? Ładnie to wyglądało, przyjemnie, z wyczuciem koloru podane. Ciasto filo nadziewane fetą i szpinakiem z sosem paprykowym bardzo było przyjemne, tylko ten sos na wierzchu sprawił, że ciasto nie było tak chrupiące jak trzeba. Ale smak, ale kolor, ale wszystko właściwie sprawiało przyjemność pod tym letnim niebem. Podobnie sola w cieście filo, podana z pieczonymi warzywami: takie danie akurat na lato, lekkie, delikatne, w duchu owej kuchni, która wie, co to znaczy dostosować się do upałów. Mnie się dostała pieczeń jagnięca z papryką, bakłażanem i cukinią. I co? Kolor może zbyt szary, ale smaki cudowne. To nie było najmniejsze jagnię, jakie w życiu zeżarłem, już mu było bliżej było do baranka - ale to wciąż było jagnię. Plastry delikatnego nad wyobrażenie mięsa, z pieczonymi warzywami, mieniącymi się kolorem. Cóż dodać?

Ano to: że wystarczy ruszyć się z krzesła. Że zje człowiek obiad pod gołym niebem, pogada o sprawach mało istotnych, napije się wody - i już mu lepiej. Zapomina od razu o Sali Barokowej, gdzieś w środku restauracji Santorini, i wybacza zadziwiający charakter tego miejsca. Siedzi się w rozluźnieniu, nasłuchuje, ogląda, i dobrze jest; a kuchnia w takich chwilach liczy się mniej.

Zajazd Tornado, Igołomia 260; Restauracja Santorini, ul. Bulwarowa 35B

Trzy osoby zjadły za 140 zł. Nie mogę nie wspomnieć o różnych niegreckich dziwadłach w karcie: mistrzostwem jest "polędwica chatobran z sosem Bernes na grzance".

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu