Jedzenie podróżne 2. Kazanie o sporcie i kuchni
31.07.2009
, aktualizacja: 31.07.2009 11:36
Zdarzyło mi się w chwili wielkiego głodu pójść z przyjacielem na ulicę Grodzką - ulicę przelotową, na której się pasą stada bezbronnych turystów zmierzające kierunku na Wawel Castle albo i dalej, do Jewish Quarter Kazimierz.
I jak to w takich chwilach, powstało w nas podwójnej natury pytanie: gdzie zjeść? i - żeby zawęzić obszar naszych badań - gdzie zjeść, aby był z tego jedzenia jakiś użytek także dla Was, Czytelniczki drogie, i was przy okazji, moi mniej drodzy Czytelnicy? (Bo jest ze mnie człowiek praktyczny, łączący przyjemne z pożytecznym).
Wyszło z obliczeń, że takiego miejsca przy Grodzkiej nie ma. Że albo już odwiedziłem wszelkie warte wspomnienia knajpy tego obszaru, albo pisać o nich nie chcę, albo jeszcze o nich nie wiem. Więc wpadliśmy na pomysł, żeby znów zjeść zupę w Balatonie, bo to jest miejsce z historią, z duszą, miejsce godne odwiedzenia pomimo (a może właśnie dla) serwet z węgierskiej cepelii, ław z zajazdów przydrożnych z lat średniego Gierka, etc., etc. Pomijam placki, które tu przyciągają mieszczan krakowskich wiernych własnej kuchennej wierze; w jej myśl żadne węgierskie jedzenie nie jest dobre tak jak nasze, polskie - więc od wielu już lat chadzają do węgierskiej restauracji, żeby spożyć ziemniaczany placek, danie słowiańskie. Pomijam kotlety, pomijam wszystko inne. Zupy, balatońskie zupy to jedzenie zdrowe i niedrogie.
Tamtego więc dnia padło znów na Balaton, i znów na zupę, danie ludzi głodnych i ubogich. Proszę wybaczyć nadmiar szczegółów, moi drodzy płci obojga, ale szczegóły ważne są tym razem: wchodzimy, mijając ze wzgardą pierwszą salę, tę, która jest przeznaczona dla ludzi, którzy nie zaznali pełni życia, salę ludu niepalącego, i walimy wprost do sali drugiej spowitej w błękitnych kłębach, tak sprzyjających spożyciu, trawieniu i przemyśleniom. I dostrzegamy wtedy... Jakby to Wam powiedzieć, miłe Panie? Herosów widzimy. Męskie bożyszcza płci męskiej: pośrodku stołu królował Trener Smuda (czyli - wstyd mi pisać takie oczywistości, o których uczą w szkole, ale cóż, kiedy muszę - niegdysiejszy trener Wisły Kraków, tego wielkiego polskiego klubu futbolowego, który ostatnio poległ w nierównej walce z cieniasami z Tallina); a wokół niego nie mniejsze niż on osobistości. Była godzina niespełna pierwsza - czyli trzynasta, godzina, o której niegdyś nasze sklepy zaczynały sprzedaż alkoholu. Bożyszcza sportu były już dość wrzaskliwe, dość maślanookie, i prowadziły rozmowę na tematy okołosportowe. (Tu przeprosiny: ja tego nie zmyślam, bo ja staram się nie łgać. A słowa brzydkie wszystkie wykasowałem).
A więc zobaczcie to oczami wyobraźni: stół długi, cepeliowski, pośrodku niego Smuda Franciszek wyróżniający się wzrostem, głosem donośnym i niemieckimi naleciałościami w mowie (w języku sportowym tę przypadłość zwiemy: niemiecka myśl szkoleniowa. Ilekroć trener nie posiadł języka polskiego w stopniu dostatecznym, mawia się, Czytelniczki drogie, iż jest on przedstawicielem niemieckiej myśli szkoleniowej. Proste, prawda?). Trener spożywał, w przeciwieństwie do swych akolitów, źródlaną wodę. Reszta, mówiąc prawdę, paliła jak smoki i nieźle była już wstawiona; panowie ci nadstawiali ucha i słuchali w rozmarzeniu. A Trener Smuda opowiadał o swoich dokonaniach i o dalekich krainach, których zaznał również od strony kuchni; wybaczcie, że zapiszę to polsku, bo w języku teutońskiej myśli szkoleniowej tego się zrobić nie da, gdyż nie jest to język pisany:
- Ustawiłem mu drużynę, jęczał odrobinę niemęsko o swoim odejściu z klubu XXX (ci, co zechcą, nazwę rozszyfrują), ale on tam w klubie, to on zawodników sprzedaje i forsę pakuje do fabryki. A on mnie wyrzucił. Ale na koniec to oni się zachowali w porządku, wszyscy działacze dostali złote sygnety; w ostatni dzień zaprosili mnie na kolację do najdroższej restauracji, nawalili się w trupa i dostałem od nich drogi zegarek, złoty, wygrawerowany (tu, mam wrażenie, cisza wokół Trenera zapadła jeszcze głębsza, bo wskazał na przegub) - i on wtedy mówi do tych dwóch swoich przybocznych: "idźcie do kibla, bo wam się przyda". I jak zostaliśmy sami, to on mi wytłumaczył: "ty jesteś najlepszym polskim trenerem, ale żeś nie wstawiał na boisko tych, co mój syn kupował do drużyny".
Opary dymu gęstniały, drogie Czytelniczki, bo cała prawda o polskim futbolu wychodziła oto na jaw pod placki ziemniaczane, alkohol wysokoprocentowy i colę na popitkę. Wtedy Trener Smuda jak basza rozparty, idąc pod prąd zasadom języka polskiego, zaczął opowiadać o kuchni, której popróbował w Turcji, gdzie również wykonywał trudny zawód nosiciela niemieckiej myśli szkoleniowej. Mówił o tym, że to kraj nie do życia, bo jego mieszkańcy bez przerwy jedzą baraninę, czego wytrzymać się nie da, bo to jest mięso żylaste i śmierdzące; i cebulę mają w tym kraju czerwoną, wyobrażacie sobie: czerwoną, i słodką na dodatek, tak słodką, że ją można jak jabłko pogryzać... A jego koledzy branżowi patrzyli na niego jak na boga, z rozdziawionymi gębami, nie wierząc, że taki cud może być - baranina! i słodka cebula, czerwona na dodatek...
Tak to było w restauracji Balaton przy trakcie królewskim. A piszę dla Was ten felieton sportowy, bo ostatnio spędzam czas z ludźmi, którzy restauracji raczej unikają; wolą domowe jedzenie albo barowe. A tu w jednym barszczu dwa grzyby: oto obywatele, których sportowe życie zagoniło do restauracji, choć o jedzeniu nie myślą zbyt wiele (skoro hurtem zamawiają placki) i nawet nie odwykli od wrzasków w miejscu publicznym, od częstowania przygodnej publiczności na przykład prawdami o wpływie spożycia ryby na męską potencję. Ich obecność w Balatonie świadczy o tym, że restauracja może się stać miejscem do życia - Wam to powtarzam i sobie, z nadzieją na to, co po wakacjach. A to ze względu na jedzenie po pierwsze, po drugie zaś na poznawanie, na wielkich ludzi, o których można się w knajpie otrzeć. Czego i Wam życzę.
Wyszło z obliczeń, że takiego miejsca przy Grodzkiej nie ma. Że albo już odwiedziłem wszelkie warte wspomnienia knajpy tego obszaru, albo pisać o nich nie chcę, albo jeszcze o nich nie wiem. Więc wpadliśmy na pomysł, żeby znów zjeść zupę w Balatonie, bo to jest miejsce z historią, z duszą, miejsce godne odwiedzenia pomimo (a może właśnie dla) serwet z węgierskiej cepelii, ław z zajazdów przydrożnych z lat średniego Gierka, etc., etc. Pomijam placki, które tu przyciągają mieszczan krakowskich wiernych własnej kuchennej wierze; w jej myśl żadne węgierskie jedzenie nie jest dobre tak jak nasze, polskie - więc od wielu już lat chadzają do węgierskiej restauracji, żeby spożyć ziemniaczany placek, danie słowiańskie. Pomijam kotlety, pomijam wszystko inne. Zupy, balatońskie zupy to jedzenie zdrowe i niedrogie.
Tamtego więc dnia padło znów na Balaton, i znów na zupę, danie ludzi głodnych i ubogich. Proszę wybaczyć nadmiar szczegółów, moi drodzy płci obojga, ale szczegóły ważne są tym razem: wchodzimy, mijając ze wzgardą pierwszą salę, tę, która jest przeznaczona dla ludzi, którzy nie zaznali pełni życia, salę ludu niepalącego, i walimy wprost do sali drugiej spowitej w błękitnych kłębach, tak sprzyjających spożyciu, trawieniu i przemyśleniom. I dostrzegamy wtedy... Jakby to Wam powiedzieć, miłe Panie? Herosów widzimy. Męskie bożyszcza płci męskiej: pośrodku stołu królował Trener Smuda (czyli - wstyd mi pisać takie oczywistości, o których uczą w szkole, ale cóż, kiedy muszę - niegdysiejszy trener Wisły Kraków, tego wielkiego polskiego klubu futbolowego, który ostatnio poległ w nierównej walce z cieniasami z Tallina); a wokół niego nie mniejsze niż on osobistości. Była godzina niespełna pierwsza - czyli trzynasta, godzina, o której niegdyś nasze sklepy zaczynały sprzedaż alkoholu. Bożyszcza sportu były już dość wrzaskliwe, dość maślanookie, i prowadziły rozmowę na tematy okołosportowe. (Tu przeprosiny: ja tego nie zmyślam, bo ja staram się nie łgać. A słowa brzydkie wszystkie wykasowałem).
A więc zobaczcie to oczami wyobraźni: stół długi, cepeliowski, pośrodku niego Smuda Franciszek wyróżniający się wzrostem, głosem donośnym i niemieckimi naleciałościami w mowie (w języku sportowym tę przypadłość zwiemy: niemiecka myśl szkoleniowa. Ilekroć trener nie posiadł języka polskiego w stopniu dostatecznym, mawia się, Czytelniczki drogie, iż jest on przedstawicielem niemieckiej myśli szkoleniowej. Proste, prawda?). Trener spożywał, w przeciwieństwie do swych akolitów, źródlaną wodę. Reszta, mówiąc prawdę, paliła jak smoki i nieźle była już wstawiona; panowie ci nadstawiali ucha i słuchali w rozmarzeniu. A Trener Smuda opowiadał o swoich dokonaniach i o dalekich krainach, których zaznał również od strony kuchni; wybaczcie, że zapiszę to polsku, bo w języku teutońskiej myśli szkoleniowej tego się zrobić nie da, gdyż nie jest to język pisany:
- Ustawiłem mu drużynę, jęczał odrobinę niemęsko o swoim odejściu z klubu XXX (ci, co zechcą, nazwę rozszyfrują), ale on tam w klubie, to on zawodników sprzedaje i forsę pakuje do fabryki. A on mnie wyrzucił. Ale na koniec to oni się zachowali w porządku, wszyscy działacze dostali złote sygnety; w ostatni dzień zaprosili mnie na kolację do najdroższej restauracji, nawalili się w trupa i dostałem od nich drogi zegarek, złoty, wygrawerowany (tu, mam wrażenie, cisza wokół Trenera zapadła jeszcze głębsza, bo wskazał na przegub) - i on wtedy mówi do tych dwóch swoich przybocznych: "idźcie do kibla, bo wam się przyda". I jak zostaliśmy sami, to on mi wytłumaczył: "ty jesteś najlepszym polskim trenerem, ale żeś nie wstawiał na boisko tych, co mój syn kupował do drużyny".
Opary dymu gęstniały, drogie Czytelniczki, bo cała prawda o polskim futbolu wychodziła oto na jaw pod placki ziemniaczane, alkohol wysokoprocentowy i colę na popitkę. Wtedy Trener Smuda jak basza rozparty, idąc pod prąd zasadom języka polskiego, zaczął opowiadać o kuchni, której popróbował w Turcji, gdzie również wykonywał trudny zawód nosiciela niemieckiej myśli szkoleniowej. Mówił o tym, że to kraj nie do życia, bo jego mieszkańcy bez przerwy jedzą baraninę, czego wytrzymać się nie da, bo to jest mięso żylaste i śmierdzące; i cebulę mają w tym kraju czerwoną, wyobrażacie sobie: czerwoną, i słodką na dodatek, tak słodką, że ją można jak jabłko pogryzać... A jego koledzy branżowi patrzyli na niego jak na boga, z rozdziawionymi gębami, nie wierząc, że taki cud może być - baranina! i słodka cebula, czerwona na dodatek...
Tak to było w restauracji Balaton przy trakcie królewskim. A piszę dla Was ten felieton sportowy, bo ostatnio spędzam czas z ludźmi, którzy restauracji raczej unikają; wolą domowe jedzenie albo barowe. A tu w jednym barszczu dwa grzyby: oto obywatele, których sportowe życie zagoniło do restauracji, choć o jedzeniu nie myślą zbyt wiele (skoro hurtem zamawiają placki) i nawet nie odwykli od wrzasków w miejscu publicznym, od częstowania przygodnej publiczności na przykład prawdami o wpływie spożycia ryby na męską potencję. Ich obecność w Balatonie świadczy o tym, że restauracja może się stać miejscem do życia - Wam to powtarzam i sobie, z nadzieją na to, co po wakacjach. A to ze względu na jedzenie po pierwsze, po drugie zaś na poznawanie, na wielkich ludzi, o których można się w knajpie otrzeć. Czego i Wam życzę.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]



