Sakura Sushiya. Na Wschód!
13.08.2009
, aktualizacja: 13.08.2009 22:07
Żeby dostrzec zbliżanie się nowej restauracji, tym razem wystarczyło po prostu nie pozostać ślepym i głuchym. Raz, że ulicą Dajwór przechodzę stosunkowo często (często jak na to, czym ulica Dajwór jest: a nie jest niczym specjalnym, odkąd stała się parkingiem dla autobusów wypakowanych turystyczną masą).
Lubię całkiem - cóż robić, kiedy to prawda - przechadzać się jej chodnikami, między pustką z jednej strony, a magazynem z drugiej, między muzeum, a kamienicami które pokazują, jak brzydką dzielnicą bywał kiedyś Kazimierz. Nędzna ulica, niezrównoważona, nieładna miejscami. Ale - tłumaczyć się nie mam zamiaru - lubię ją, bo zachowała kawałek czegoś, co nazwę prawdą. Nawet jeśli są tu i włoska knajpa, i był wylansowany sklepik-galeria (ale padł), nawet jeśli stoi Muzeum Galicja (chytra nazwa, bo czym jak czym, ale muzeum to miejsce nie jest na pewno), to ulica Dajwór pozostała sobą.
Więc idę sobie kiedyś, a tu w świeżej kamienicy robią knajpę. Długo robią, powoli; zachodzę drugi raz, piąty, a roboty trwają i nie wiadomo o co chodzi. Aż się któregoś dnia okazuje, że znajome dziecko jest tam kelnerką: jeszcze nie otwarte, jeszcze żaden gość progu nie przekroczył - a kelnerki pracują w pocie czoła: przychodzą, próbują dań, uczą się karty i smaków. A zwykle... cóż, zwykle obsługa karty uczy się w biegu, fachu od koleżanek.
Następny znak: idę kiedyś Starowiślną, a tu mnie ktoś woła z drugiej strony. Patrzę, a to Albrzykowski Paweł, kucharz, wariat w swoim zawodzie, gość, który prowadził kiedyś Horaia na placu Wolnica (on stworzył kuchnię tamtejszą, on wymyślił wszystko, a kiedy odszedł, Horai zstąpił do piekieł). Albrzykowski na Wschodzie zna się niezrównanie; napisał przewodniki o kuchni japońskiej i chińskiej, wydane przez Pascala - godne polecenia. No więc: woła Albrzykowski z drugiej strony ulicy, i wyjaśnia, że tak tutaj sobie stoi, bo przy Dajwór teraz pracuje, w Sakura Sushiya. No i nie pójść tam to byłby grzech, właśnie przez Albrzyka.
Za progiem zaczyna się knajpa sushi, taka, do jakiej się przyzwyczailiśmy: prosta, z parawanami, z jasnym podziałem. Dopiero za barem, po lewej, zaczyna się mieszanka stylów (i to radzę sobie obejrzeć, bo to jest wkład prawdziwie krakowski do kuchni wschodniej): jest mianowicie niewielka salka, i dwa stopnie prowadzące do salki drugiej - takiej dla prawdziwych miłośników stylu wschodniego, sali z matą, do siedzenia bez butów (to nie jest tak łatwo, jak się wam wydaje, nie chodzi tylko o butów ściągnięcie - przy mnie pewien pan paradował na bosaka po całej restauracji, bo mu czegoś na stole zabrakło. Tego, miłe czytelniczki, i wy czytelnicy, starajcie się jak ognia unikać). Ta sala jest z góry cała przeszklona, i widać podwórko-studnię, te wysokie, boleśnie szare mury, które normalnie przyprawiłyby mnie o nastrój bury i denny. Ale nie: bo tu, na dole, wymierzona, przycięta japońska elegancja, światła jak trzeba stonowane - a ponad głowami Kraków. Niezły miks, mówię wam. Wart obejrzenia.
Rzecz w tym, że to nie jest wcale knajpa sushi. Ona - co tu ukrywać - w pewnym sensie idzie tą samą linią, co Horai. Bo jest tu sushi, jest kuchnia tajska i chińska. No i skoro są takie możliwości, to czemu z nich nie skorzystać? Nie będę ukrywał: byłem dwa razy, mam już jakieś doświadczenie, mogę wam powiedzieć, co mi tu naprawdę smakuje (ale, cóż, mają tu wszystkiego jakieś ćwierć tysiąca pozycji w karcie. Zdaje się, do pełnego znawstwa trochę mi brakuje).
Na przystawkę spróbowałem letnich płatów kaczki na chlebie krewetkowym - to chrupki na głębokim tłuszczu smażone - z trzema sosami. Na przystawkę znakomite, zabawne danie, strzelające pod zębami, z kaczką podaną na nie nasz sposób. Na danie główne nie sięgnąłem, co prawda, po mięso krokodyla (a owszem, jest w karcie), ale zjadłem kiełbaski jagnięce z kalmarem i satayami z kurczaka w ostrym sosie chili z oliwkami. No, przyznacie sami, brzmi zdumiewająco; ja przepadam za mieszaniną mięs, za łączeniem zwierząt morskich i lądowych. Z tego zwykle wychodzą znakomite rzeczy (u nas to niezbyt popularny zwyczaj). Wspaniałe, aromatyczne jagnięce kiełbaski, z tych cienkich, które nie pozostawiają wątpliwości, z jakiego mięsa je wykonano, do tego krążki kalmara, i satay, cienkie plastry kurczaka w dość ostrym sosie (piszę "dość", bo dla mnie nie ma sosów wystarczająco ostrych). Ech, tę mieszankę wodnego z lądowym, kruchego z opór stawiającym, ostrą, niespodziewaną, długo sobie popamiętam.
No i curry. Ostre tym razem. Pikantne, czerwone curry z węgorza baby - tego by się chciało częściej nieco. Ten węgorz, na niewielkie kawałki cięty, nie jest tak tłusty, jak węgorzysko, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Do tego warzywa chrupiące, ledwie przegotowane w zupie, do tego curry ostre, ale złagodzone mlekiem kokosowym i świeżym ananasem; do tego kolendra świeża - szczęście było o krok, bo zabrakło tajskiej bazylii. I drugie curry - bardzo pikantne (no, nie bardziej niż to zwyczajnie pikantne czerwone) zielone curry z krewetek i przegrzebków. Tłuste, białe przegrzebki, i krewetki - trudno o delikatniejsze smaki. W bardzo pikantnym sosie, wśród smaków zdecydowanych (takich jak mleko kokosowe) powinny się rozpłynąć, zniknąć; a jednak nie. To jest jeden z cudów kuchni zrównoważonej, stawiającej na smaki: kwaśny i ostry, słodki i słony - byle równomiernie. Byle w ryzach. Wtedy nawet przegrzebki nie znikną, nie rozpłyną się w ogniu, i wciąż przegrzebkami smakują. A to smak wspaniały.
Cóż, jadłem w tej restauracji i inne dania, próbowałem sushi - ale za dużo byłoby na raz. Warto iść, samemu próbować; warto się cieszyć myślą, że znów jest miejsce z tajską kuchnią w Krakowie. Że znów jest prawdziwa chińszczyzna.
Sakura Sushiya, ul. Dajwór 2a
Dwie osoby wydały ok. 130 zł, bez wielkich szaleństw. Miłośnicy słodyczy nie powinni pominąć zgryźliwie zielonego puddingu pandanowego.
Kamyczek do ogródka: na stronie restauracji jest filmik pokazujący jedzenie sushi. No i coś mi się wydaje, że nie jest to zbyt poprawny sposób.
Więc idę sobie kiedyś, a tu w świeżej kamienicy robią knajpę. Długo robią, powoli; zachodzę drugi raz, piąty, a roboty trwają i nie wiadomo o co chodzi. Aż się któregoś dnia okazuje, że znajome dziecko jest tam kelnerką: jeszcze nie otwarte, jeszcze żaden gość progu nie przekroczył - a kelnerki pracują w pocie czoła: przychodzą, próbują dań, uczą się karty i smaków. A zwykle... cóż, zwykle obsługa karty uczy się w biegu, fachu od koleżanek.
Następny znak: idę kiedyś Starowiślną, a tu mnie ktoś woła z drugiej strony. Patrzę, a to Albrzykowski Paweł, kucharz, wariat w swoim zawodzie, gość, który prowadził kiedyś Horaia na placu Wolnica (on stworzył kuchnię tamtejszą, on wymyślił wszystko, a kiedy odszedł, Horai zstąpił do piekieł). Albrzykowski na Wschodzie zna się niezrównanie; napisał przewodniki o kuchni japońskiej i chińskiej, wydane przez Pascala - godne polecenia. No więc: woła Albrzykowski z drugiej strony ulicy, i wyjaśnia, że tak tutaj sobie stoi, bo przy Dajwór teraz pracuje, w Sakura Sushiya. No i nie pójść tam to byłby grzech, właśnie przez Albrzyka.
Za progiem zaczyna się knajpa sushi, taka, do jakiej się przyzwyczailiśmy: prosta, z parawanami, z jasnym podziałem. Dopiero za barem, po lewej, zaczyna się mieszanka stylów (i to radzę sobie obejrzeć, bo to jest wkład prawdziwie krakowski do kuchni wschodniej): jest mianowicie niewielka salka, i dwa stopnie prowadzące do salki drugiej - takiej dla prawdziwych miłośników stylu wschodniego, sali z matą, do siedzenia bez butów (to nie jest tak łatwo, jak się wam wydaje, nie chodzi tylko o butów ściągnięcie - przy mnie pewien pan paradował na bosaka po całej restauracji, bo mu czegoś na stole zabrakło. Tego, miłe czytelniczki, i wy czytelnicy, starajcie się jak ognia unikać). Ta sala jest z góry cała przeszklona, i widać podwórko-studnię, te wysokie, boleśnie szare mury, które normalnie przyprawiłyby mnie o nastrój bury i denny. Ale nie: bo tu, na dole, wymierzona, przycięta japońska elegancja, światła jak trzeba stonowane - a ponad głowami Kraków. Niezły miks, mówię wam. Wart obejrzenia.
Rzecz w tym, że to nie jest wcale knajpa sushi. Ona - co tu ukrywać - w pewnym sensie idzie tą samą linią, co Horai. Bo jest tu sushi, jest kuchnia tajska i chińska. No i skoro są takie możliwości, to czemu z nich nie skorzystać? Nie będę ukrywał: byłem dwa razy, mam już jakieś doświadczenie, mogę wam powiedzieć, co mi tu naprawdę smakuje (ale, cóż, mają tu wszystkiego jakieś ćwierć tysiąca pozycji w karcie. Zdaje się, do pełnego znawstwa trochę mi brakuje).
Na przystawkę spróbowałem letnich płatów kaczki na chlebie krewetkowym - to chrupki na głębokim tłuszczu smażone - z trzema sosami. Na przystawkę znakomite, zabawne danie, strzelające pod zębami, z kaczką podaną na nie nasz sposób. Na danie główne nie sięgnąłem, co prawda, po mięso krokodyla (a owszem, jest w karcie), ale zjadłem kiełbaski jagnięce z kalmarem i satayami z kurczaka w ostrym sosie chili z oliwkami. No, przyznacie sami, brzmi zdumiewająco; ja przepadam za mieszaniną mięs, za łączeniem zwierząt morskich i lądowych. Z tego zwykle wychodzą znakomite rzeczy (u nas to niezbyt popularny zwyczaj). Wspaniałe, aromatyczne jagnięce kiełbaski, z tych cienkich, które nie pozostawiają wątpliwości, z jakiego mięsa je wykonano, do tego krążki kalmara, i satay, cienkie plastry kurczaka w dość ostrym sosie (piszę "dość", bo dla mnie nie ma sosów wystarczająco ostrych). Ech, tę mieszankę wodnego z lądowym, kruchego z opór stawiającym, ostrą, niespodziewaną, długo sobie popamiętam.
No i curry. Ostre tym razem. Pikantne, czerwone curry z węgorza baby - tego by się chciało częściej nieco. Ten węgorz, na niewielkie kawałki cięty, nie jest tak tłusty, jak węgorzysko, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Do tego warzywa chrupiące, ledwie przegotowane w zupie, do tego curry ostre, ale złagodzone mlekiem kokosowym i świeżym ananasem; do tego kolendra świeża - szczęście było o krok, bo zabrakło tajskiej bazylii. I drugie curry - bardzo pikantne (no, nie bardziej niż to zwyczajnie pikantne czerwone) zielone curry z krewetek i przegrzebków. Tłuste, białe przegrzebki, i krewetki - trudno o delikatniejsze smaki. W bardzo pikantnym sosie, wśród smaków zdecydowanych (takich jak mleko kokosowe) powinny się rozpłynąć, zniknąć; a jednak nie. To jest jeden z cudów kuchni zrównoważonej, stawiającej na smaki: kwaśny i ostry, słodki i słony - byle równomiernie. Byle w ryzach. Wtedy nawet przegrzebki nie znikną, nie rozpłyną się w ogniu, i wciąż przegrzebkami smakują. A to smak wspaniały.
Cóż, jadłem w tej restauracji i inne dania, próbowałem sushi - ale za dużo byłoby na raz. Warto iść, samemu próbować; warto się cieszyć myślą, że znów jest miejsce z tajską kuchnią w Krakowie. Że znów jest prawdziwa chińszczyzna.
Sakura Sushiya, ul. Dajwór 2a
Dwie osoby wydały ok. 130 zł, bez wielkich szaleństw. Miłośnicy słodyczy nie powinni pominąć zgryźliwie zielonego puddingu pandanowego.
Kamyczek do ogródka: na stronie restauracji jest filmik pokazujący jedzenie sushi. No i coś mi się wydaje, że nie jest to zbyt poprawny sposób.
- 10 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
17 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]



