Main Square. Szansa na zbawienie
24.08.2009
, aktualizacja: 24.08.2009 14:49
Potrzeba łapie człowieka nie wiedzieć kiedy, nie wiedzieć gdzie.
Kiedyś - dobrze pamiętam, nawet o tym pisałem dawno, dawno temu - złapała mnie w Rabce, w porze śniadaniowej. No, śmiechu było co niemiara, Rabka nie stanęła na wysokości zadania: nawet o głupiego pomidora było trudno, nawet o jajko. Teraz, jakby za karę, przyszło mi znów odwiedzać Rabkę, a ja do rabczańskiego piękna stosunek mam umiarkowanie gorący. Trudno. Busik zajechał, wizyty zostały odbyte, przyszła pora obiadowa. I choć mi opowiada jeden kolega z Rabki rodem, że można tam cudownie zjeść, że się ubawić można z góralami, którzy palą zioło i popijają tęgo, to mnie było akurat trzeba (sytuacja była taka) zwykłych, mieszczańskich przyjemności - jakiejś normalnej restauracji, jakiejś gospody.
Co ja będę kłamał. Skończyło się bardzo szybko, w pizzerii Maleńka. Maleńka! Słoneczna, Wypoczynkowa, Leśna albo wręcz Bryza, albo Kolorowa, albo Teatralna - to są nazwy, którym nie wolno dać zginąć. W nich (dla Was to porównanie, szanowne Czytelniczki jeżdżące nad znów modny Bałtyk i Czytelnicy w ślad za nimi nad ów Bałtyk podążający) kryje się nasz Peerel-ojciec, nasza Peerel-matka jak jakaś pramucha zatopiona w bursztynie. No więc Maleńka, która nie jest taka znowu maleńka, to miejsce na wskroś nowoczesne, wyjące muzyką - i może dlatego dość puste. Na zewnątrz za to ludzie siedzą pod parasolami, piją piwo, obżerają się pizzą; jak to w Polsce. Pizze wielkie jak młyńskie koła, w smaku zwyczajne, jadalne, żadna tam wielka kuchnia, ale też nie ma na co narzekać. I byłby to przejazd pusty, bez żadnej nauki do wyciągnięcia, gdyby nie piknikowa atmosfera, gdyby nie ucieczka z wielkiego miasta. No i dlatego jeszcze, że stolik obok - pani w suto zdobionych brokatem tipsach, wygolony, wytatuowany pan o byczym karku, na krótkich nogach - dostał pizzę, jakiej jeszcze nigdy nie widziałem. Spód miał ze czterdzieści centymetrów; ciasto grube, podstawa sosowo-serowa, kiełbasa, boczuś podwójny; na to kapusta pekińska w ilościach przemysłowych, i na kapustę odrobina omasty: niewielki garniec majonezu. Głupia wycieczka do Rabki, a już człowiek rozumie, że kosmici są wśród nas, a ich kuchnia wtargnęła na nasze stoły. Więc bądźcie czujne, Czytelniczki, więc czujność zachowajcie, Czytelnicy.
Albo innym razem - to znaczy dzisiaj, kiedy dla Was piszę ten kawałek - szedłem sobie miastem, aż mnie złapał telefon: nowa knajpa. Knajpa w Pałacu Pod Baranami, z ogródkiem na Rynku, no, myślałem sobie, to nie dla mnie. Ale jest i drugi ogródek, wewnętrzny, w podwórcu Pałacu, z fontanienką, z pluskiem wody, szwargotaniem narzeczy, z pannami chichoczącymi (co tu kryć) dość głupio. Biorę do ręki kartę, a ta karta jakaś taka przejściowa, ot, parę kartek na ksero, spiętych plastikowym grzbietem. Zaczyna się od wód, od soków i koktajli mlecznych, od herbat, słowem nierestauracyjnie się zaczyna i w ogóle nie wróży najlepiej. Dopiero gdzieś tam za herbatą bez ostrzeżenia zaczynają się kanapki panini, przystawki, sałaty; więc cóż robić, z musu, z musu człowiek zamawia. Bo przecież być w nowej knajpie i nie zamówić to byłby grzech. Bo nawet jeśli Rynek (a Rynek, wiadomo, kulinarnie jest miejscem wielkiego obciachu), nawet jeśli panny chichoczące do swych meandrycznych opowieści sercowych, to obowiązek przede wszystkim.
Nie powiem, na pierwszy rzut oka nie podnieca mnie ta karta. Bo w przystawkach bruschetta i pierogi. Bo te nazwy: "Tradycyjny Polski Barszcz", "Krem Grzybowy" "Grillowany świeży Polski Pstrąg" (a czemu nie "Grillowany Świeży Polski Pstrąg" właściwie?). Bo dużo kurczaka. Ale przyszła kelnerka i tak mi ucho popieściła akcentem zza wschodniej granicy, że się rozpływałem cały, i zadałbym jej chętnie parę pytań, byle tylko dłużej słuchać tej mowy. Zamówiłem "Home made papardelle" (tak się to po polsku nazywa) z sosem "Main Square" z aromatycznych leśnych grzybów i świeżego rozmarynu. "Z parzemanem?", spytała kelnerka miękko, a ja przytaknąłem. Tak, niech będzie nawet z parzemanem, tylko mów do mnie jeszcze! I hop, po paru minutach makaron stanął przede mną, a ja świeciłem do niego komórką, bo ciemno choć oko wykol - jakby kuchnia była tu tylko nieznaczącym dodatkiem, jakby z góry postanowiono, że na tym podwórcu będą się migdalić pary i chichotać panienki; a do tego światła przecież nie trzeba. W niebieskim świetle telefonu ukazał się makaron ułożony w zgrabny stosik, nakryty płatkami parmezanu; i, co najciekawsze, wcale nie był ten sos zalany śmietaną ani grzybów nie było w nim przesadnie wiele - ale pachniał bosko. Bo to był sos esencja, a nie jakieś tam udawanie, i do tego makaron, cóż, sprężysty, jędrny jak, nie przymierzając, młode ciało. I smaki stapiały się w całość - a grzyb z parmezanem, z ziołem to jest wielkie przeżycie, jeśli tylko dobrze zrobiony. Miałem ochotę odszczekać wszystkie złe myśli o tym lokalu.
Towarzystwo raczyło się sałatką "Main Square" - cóż, z kurczakiem. Ale to był kurczak w cieniutkich płatkach, zamarynowany w occie balsamicznym, więc słodkawo-kwaskowaty; a do niego kilka rodzajów sałaty, pomidor, ogórek, papryka. Dodałbym może odrobinę szalotki albo szczypioru, tak dla kontrastu, wtedy sałatka byłaby doskonała; ale i bez niej, dzięki temu sprytnie zrobionemu kurczakowi, dzięki składnikom świeżym i ładnie podanym myślę o tej sałatce wyjątkowo ciepło.
Cóż, przyznaję, patrzyliśmy po sobie z rozdziawionymi gębami. Nie da się ukryć - gdzieś tam, w trzewiach kawiarnio-restauracji Main Square kryje się kucharz, który zna się na swojej robocie. Dowód ostateczny pojawił się na stole pod postacią sufletu czekoladowego z gałką lodów i z musem truskawkowym. Suflecik był znakomity; z delikatnej skorupki wylała się czekoladowa lawa, aksamitna, pachnąca, i wszyscy obecni rzucili się pomagać. Wyciągnęły się łyżeczki, i to jest najlepszy komentarz do kuchni kawiarnio-restauracji Main Square. Więc może Rynek będzie zbawiony.
Main Square, Rynek Główny 27
Trzy osoby zapłaciły 79 złotych; ale zjadły tyle co dwie w porze lunchu. Można taniej (spaghetti albo kanapki), można drożej. Na zimniejsze dni jest jedna ładna sala i druga, pusta jakaś i nieładna.
Co ja będę kłamał. Skończyło się bardzo szybko, w pizzerii Maleńka. Maleńka! Słoneczna, Wypoczynkowa, Leśna albo wręcz Bryza, albo Kolorowa, albo Teatralna - to są nazwy, którym nie wolno dać zginąć. W nich (dla Was to porównanie, szanowne Czytelniczki jeżdżące nad znów modny Bałtyk i Czytelnicy w ślad za nimi nad ów Bałtyk podążający) kryje się nasz Peerel-ojciec, nasza Peerel-matka jak jakaś pramucha zatopiona w bursztynie. No więc Maleńka, która nie jest taka znowu maleńka, to miejsce na wskroś nowoczesne, wyjące muzyką - i może dlatego dość puste. Na zewnątrz za to ludzie siedzą pod parasolami, piją piwo, obżerają się pizzą; jak to w Polsce. Pizze wielkie jak młyńskie koła, w smaku zwyczajne, jadalne, żadna tam wielka kuchnia, ale też nie ma na co narzekać. I byłby to przejazd pusty, bez żadnej nauki do wyciągnięcia, gdyby nie piknikowa atmosfera, gdyby nie ucieczka z wielkiego miasta. No i dlatego jeszcze, że stolik obok - pani w suto zdobionych brokatem tipsach, wygolony, wytatuowany pan o byczym karku, na krótkich nogach - dostał pizzę, jakiej jeszcze nigdy nie widziałem. Spód miał ze czterdzieści centymetrów; ciasto grube, podstawa sosowo-serowa, kiełbasa, boczuś podwójny; na to kapusta pekińska w ilościach przemysłowych, i na kapustę odrobina omasty: niewielki garniec majonezu. Głupia wycieczka do Rabki, a już człowiek rozumie, że kosmici są wśród nas, a ich kuchnia wtargnęła na nasze stoły. Więc bądźcie czujne, Czytelniczki, więc czujność zachowajcie, Czytelnicy.
Albo innym razem - to znaczy dzisiaj, kiedy dla Was piszę ten kawałek - szedłem sobie miastem, aż mnie złapał telefon: nowa knajpa. Knajpa w Pałacu Pod Baranami, z ogródkiem na Rynku, no, myślałem sobie, to nie dla mnie. Ale jest i drugi ogródek, wewnętrzny, w podwórcu Pałacu, z fontanienką, z pluskiem wody, szwargotaniem narzeczy, z pannami chichoczącymi (co tu kryć) dość głupio. Biorę do ręki kartę, a ta karta jakaś taka przejściowa, ot, parę kartek na ksero, spiętych plastikowym grzbietem. Zaczyna się od wód, od soków i koktajli mlecznych, od herbat, słowem nierestauracyjnie się zaczyna i w ogóle nie wróży najlepiej. Dopiero gdzieś tam za herbatą bez ostrzeżenia zaczynają się kanapki panini, przystawki, sałaty; więc cóż robić, z musu, z musu człowiek zamawia. Bo przecież być w nowej knajpie i nie zamówić to byłby grzech. Bo nawet jeśli Rynek (a Rynek, wiadomo, kulinarnie jest miejscem wielkiego obciachu), nawet jeśli panny chichoczące do swych meandrycznych opowieści sercowych, to obowiązek przede wszystkim.
Nie powiem, na pierwszy rzut oka nie podnieca mnie ta karta. Bo w przystawkach bruschetta i pierogi. Bo te nazwy: "Tradycyjny Polski Barszcz", "Krem Grzybowy" "Grillowany świeży Polski Pstrąg" (a czemu nie "Grillowany Świeży Polski Pstrąg" właściwie?). Bo dużo kurczaka. Ale przyszła kelnerka i tak mi ucho popieściła akcentem zza wschodniej granicy, że się rozpływałem cały, i zadałbym jej chętnie parę pytań, byle tylko dłużej słuchać tej mowy. Zamówiłem "Home made papardelle" (tak się to po polsku nazywa) z sosem "Main Square" z aromatycznych leśnych grzybów i świeżego rozmarynu. "Z parzemanem?", spytała kelnerka miękko, a ja przytaknąłem. Tak, niech będzie nawet z parzemanem, tylko mów do mnie jeszcze! I hop, po paru minutach makaron stanął przede mną, a ja świeciłem do niego komórką, bo ciemno choć oko wykol - jakby kuchnia była tu tylko nieznaczącym dodatkiem, jakby z góry postanowiono, że na tym podwórcu będą się migdalić pary i chichotać panienki; a do tego światła przecież nie trzeba. W niebieskim świetle telefonu ukazał się makaron ułożony w zgrabny stosik, nakryty płatkami parmezanu; i, co najciekawsze, wcale nie był ten sos zalany śmietaną ani grzybów nie było w nim przesadnie wiele - ale pachniał bosko. Bo to był sos esencja, a nie jakieś tam udawanie, i do tego makaron, cóż, sprężysty, jędrny jak, nie przymierzając, młode ciało. I smaki stapiały się w całość - a grzyb z parmezanem, z ziołem to jest wielkie przeżycie, jeśli tylko dobrze zrobiony. Miałem ochotę odszczekać wszystkie złe myśli o tym lokalu.
Towarzystwo raczyło się sałatką "Main Square" - cóż, z kurczakiem. Ale to był kurczak w cieniutkich płatkach, zamarynowany w occie balsamicznym, więc słodkawo-kwaskowaty; a do niego kilka rodzajów sałaty, pomidor, ogórek, papryka. Dodałbym może odrobinę szalotki albo szczypioru, tak dla kontrastu, wtedy sałatka byłaby doskonała; ale i bez niej, dzięki temu sprytnie zrobionemu kurczakowi, dzięki składnikom świeżym i ładnie podanym myślę o tej sałatce wyjątkowo ciepło.
Cóż, przyznaję, patrzyliśmy po sobie z rozdziawionymi gębami. Nie da się ukryć - gdzieś tam, w trzewiach kawiarnio-restauracji Main Square kryje się kucharz, który zna się na swojej robocie. Dowód ostateczny pojawił się na stole pod postacią sufletu czekoladowego z gałką lodów i z musem truskawkowym. Suflecik był znakomity; z delikatnej skorupki wylała się czekoladowa lawa, aksamitna, pachnąca, i wszyscy obecni rzucili się pomagać. Wyciągnęły się łyżeczki, i to jest najlepszy komentarz do kuchni kawiarnio-restauracji Main Square. Więc może Rynek będzie zbawiony.
Main Square, Rynek Główny 27
Trzy osoby zapłaciły 79 złotych; ale zjadły tyle co dwie w porze lunchu. Można taniej (spaghetti albo kanapki), można drożej. Na zimniejsze dni jest jedna ładna sala i druga, pusta jakaś i nieładna.
- 3 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
-
Main Square. Szansa na zbawienie
sqka
25.08.09, 21:22
Pizza w Maleńkiej jest warta by jechać do Rabki, a dla miłośików darta pizzeria Maleńka jest już kultowa:)»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]



