Cafe Botanica. Heavy metal

Wojciech Nowicki
17.09.2009 , aktualizacja: 17.09.2009 23:00
A A A Drukuj
Uwielbiam wielkie wyzwania, niestety. Uwielbiam pójść w jednym tygodniu do knajpy, gdzie mi smakuje i jest drogo - a zaraz potem, w tygodniu następnym, udać się do małego zakładu bez wielkiej renomy. Trzeba być czujnym.
Zeszły tydzień - kuchnia francuska w La Fontaine, dwie i pół stówy za kolację, teraz - niedzielny lancz w małej knajpce na Brackiej. Nazywa się Cafe Botanica.

Najpierw o Brackiej. Ulica od placu do placu, od Rynku do Wszystkich Świętych. Wieczorami chmary na czarno odzianych księży wracają z roboty i siostry na czarno odziane też tamtędy chodzą stadami. Jak się siedzi w ławce przed Nową Prowincją, to się słyszy nieustannie "klik", "klik" tych ludzi, którzy nic lepszego nie mają do roboty, tylko robić zdjęcia tym, co w ławkach siedzą. Od czasu do czasu nawiąże się jakaś miła uchu pyskówka, ktoś się z nożem w zębach rzuci na takiego fotografa, ale zwykle nie dzieje się nic. Poza tym słyszy się co chwila słowo "kałamarz" - bo w ławkach jest na kałamarz dziura i każdy łysiejący pierdoła czuje się w obowiązku wytłumaczyć swoim dzieciom, po co ta dziura i dlaczego.

Same knajpy: dwie Prowincje, Spokój, jakieś mordownie w bramie, naprzeciw Subway z kanapkami, potem C.K. Dezerter z czerwoną kropką od Michelina (tak, ludzie błądzą czasami, nawet jeśli to przesławni inspektorzy), potem - w dawnym antykwariacie - włoska knajpa kompletnie bezpłciowa, potem Guliwer, który niby się kompletnie zmienił, ale nie wiem za bardzo jak, bo jeszcze po zmianach nie jadłem. Dają tam teraz wino w niezbyt wysokich cenach i jedzenie też tańsze niż kiedyś; bo to teraz nie restauracja, tylko bistro. Pójdziemy kiedyś, to zobaczymy.

A jeszcze, za rogiem Gołębiej, jest okienko z kanapkami, a zaraz potem Botanica, i jeszcze jakaś knajpa w piwnicy, której nie biorę pod uwagę, bo zachowałem resztki rozumu. No i poszedłem w niedzielę do Botaniki, żeby się przyjrzeć z bliska, bo słyszałem, że zaszły zmiany (a ostatni raz tam byłem ho, ho, ze sto lat temu). Wchodzę, patrzę, pierwsza sala niezmieniona: ciemna nora z krzesłami metalowymi, o upiornych oparciach w motywy botaniczne. Drzewo z metalu też stoi, coś strasznego. Druga sala: jeszcze ciemniej, meble te same, ale drzewa nie ma. Potem już jaśniutko, kwiatki wymalowane na ścianach - i jak już człowiek dojdzie do tego miejsca, to dalej nie ma problemu, hyc na schody i jest się pod dachem ze szkła, w świetlistej kąpieli.

Pierwsze spostrzeżenia: świetlista kąpiel jest delikatnej natury, bo przez grubaśną warstwę brudu na szybach się przesiewa. Cóż, Kraków, tu o higienę okien trudno. Muzyka wali po uszach, o parę dobrych decybeli za głośno, żeby jeść. Na stoliku ktoś z nudów (z miłości?) wydrapał imię Luca (znałem kiedyś jedną Lucę. Wyszła za Francuza, biedna dziewczyna). Imię Luca będzie mi towarzyszyło przez cały obiad, na to niewiele da się zrobić; szyby też pozostaną brudne. Ale może chociaż ten hałas jakoś da się przyciszyć? "No, nie wiem" - powiada kelnerka. "Ja to przyciszę, ale jak przyjdzie szef i pogłośni, to nic nie poradzę". (Więc módlmy się, żeby nie przyszedł).

Oglądamy kartę i zabieramy się do zamówień. "A te bułeczki weneckie" - pyta jedno z nas, "są duże?" (bo karta do jedzenia bułeczek weneckich - cokolwiek to znaczy - zachęca; można sobie przeczytać, że są świeże, robione na zamówienie, etc., etc.). A kelnerka patrzy z pewną taką pewną wyższością intelektualnej natury, patrzy w cichości i wreszcie mówi: "No, raczej małe, ale od poniedziałku do soboty. Bo w niedziele zazwyczaj (i słowo "zazwyczaj" powiedziała z taką mocą, że nam w pięty poszło) żadne piekarnie nie działają - a my podajemy wyłącznie (i to "wyłącznie" też jakoś tak zaakcentowała, że się zawstydziłem strasznie) świeże pieczywo". Po czym na chwilkę zamilkła, potoczyła wzrokiem i rzekła spokojnie, jakby nóż wbijała w serce i przekręcała go dwa razy: "No chyba, że ktoś sobie zażyczy inaczej". Więcej pytań jakoś nie było.

Skoro słowo się rzekło o wystroju i o atmosferze, będzie nieuchronnie o jedzeniu. Najpierw o tym, czego nie zamówiliśmy: podstawowym daniem w karcie są wykłady. "Ciabatta z serem, kiełkami i pomidorem, majonez (tak stoi napisane), kompozycja z kiełkami nazywanymi słusznie pokarmem życia. Zawierają one prawdziwe koncentraty witamin i mikroelementów. Opóźniają starzenie i chronią przed infekcjami. Cała ciabatta mierzy "ok. 26 cm długości". Jest też tekst natury ogólnej: "Kanapki. Przygotowywane na zamówienie specjalnie dla Ciebie z najwyższej jakości składników. W naszych kanapkach nie znajdziesz faszerowanych konserwantami pospolitych wędlin" i blablabla. Poznajecie ten ton pełen wyższości? Był to jednak dzień bezchlebowy, więc zamówiona została sałatka grecka: jak mi się wydaje, w jej skład nie wchodzi sałata lodowa - w Botanice podstawa dania. Jeśli o smaki chodzi, to jest to sałata pusta: bo pomidory fatalne (na Kleparzu są teraz świetne), bo najgorsze z możliwych oliwki, bo ogórki hodowane w lodówce, bo tłuszcz jadalny (nie nazwę go oliwą) fatalnej jakości. Wszystko, ale to wszystko do bani. Nie warto się rozpisywać. Przechodzimy do drugiej sałaty - zwą ją siciliana (a kiedy zamawialiśmy, kelnerka poprawiła nam wymowę na prawidłową: "si-ci-ljana"): sałata, rukola, pomidor świeży i suszony, mozzarella, oliwki. Sałaty lodowej dużo, rukoli co kot napłakał, oliwki jak wyżej - beznadzieja, pomidory też jak wyżej - czyli mamy podane na talerzu, jak biedny Polak widzi Sycylię.

Tarta serowa (bryndza, ser biały i jakiś żółty bez smaku) całkiem jadalna, i to była naprawdę dobra wiadomość. Na koniec dostaliśmy "quiche Makaronowy" (dziwna nazwa), czyli zapiekankę z ciapowatego makaronu typu świderki. To "autorska receptura Botaniki z serem pleśniowym, pomidorami i szynką". Najlepszym komentarzem niech będzie wiadomość ze strony internetowej: "Po raz pierwszy w Polsce odbyła się Olimpiada Smaku. (...) Miło nam ogłosić, że osoba, która na co dzień dba o dobór i jakość potraw serwowanych w Cafe Botanica, zwyciężyła rywalizację w kategorii amatorskiej". To widać.

Cafe Botanica, ul. Bracka 9

Trzyosobowy lekki posiłek za 60 złotych. Lekcja życia w prezencie.

Podziel się

  • 26 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu