Guliwer, Mezze. Zmiany
29.10.2009
, aktualizacja: 29.10.2009 18:54
Czasem jakaś zabłąkana dusza zadzwoni do mnie albo napisze i zadowolona wcale nie jest. Przeczytała w internecie, że wychwalam jakiś lokal. "Napisałeś, - mówi - że tam jest cudownie, że są ostrygi i sztrasburskie pasztety, i że wcale niedrogo - a to jest jakaś speluna z bigosem". No i co robić, biorę na klatę te żale, raptem maleńki i zagubiony.
Albo znów inaczej: siedzę sobie rozluźniony na Rynku, a tu jakiś kolos mnie atakuje brodaty i żąda, żebym się tłumaczył. "Ja jestem tak jakby prawie półkrwi Japończykiem - powiada (choć nie wygląda) - bo moja żona jest prawie Azjatką, więc wiem o czym mówię: moim zdaniem brednie pan piszesz i chodzisz na pasku restauratorów. Ja poszedłem, gdzieś pan polecał, i to jest, proszę pana, czysty kryminał. Pan nekrologi powinieneś pisać, a nie o jedzeniu". I znów - co robić - rżnę głupa i idę do domu skruszony.
Im się wydaje, że materia restauracyjna jest jak skała, w tym pies pogrzebany. Że jak z magmy w kamień zastygnie, to już się nie ruszy. Jakby nie wiedzieli, co się naprawdę dzieje - zmienił się właściciel, kucharz się wściekł na syna, bo znów zrobił dziecko, przyszedł sanepid i się piekli o szczury albo najzwyczajniej w świecie nie idzie interes. I już, szanowne moje nad wyraz Czytelniczki (a także wy, Czytelnicy), już jakość leci na pysk, już się wali restauracji renoma - a wraz z nią renoma moja. Widzicie, na jak cienkiej wiszę nitce?
Więc dziś będzie o zmianach. O tym, że czasem - hop! diabeł z pudełka, wszystko do góry nogami. Zacznę po sąsiedzku, od Brackiej ulicy, bo bywa, że tam spędzam poranki. Kawę piję i czekam, aż usłyszę "cześć, redaktory" - mały taki, przy kości, chodzi ulicą w kapeluszu, cygaro pali, i tak do mnie mówi od lat, kiedy mnie tylko zobaczy z kolegą. Ot, wariat krakowski, przy tym restaurator.
Ten jegomość prowadzi Guliwera. Guliwer jeszcze niedawno to była restauracja, potem weszli murarze, z dawnego Guliwera zrobił się Guliwer nowy (bardzo do starego podobny). Ale to już nie jest restauracja, mówi ten facet z cygarem, tylko bistro. A to, chytrze powiada, poważna różnica. A więc: żadnego wielkiego menu, żadnych cudów, karta prosta, tania, dużo wina po rozsądnej cenie (tak zachwala).
Poszedłem raz spróbować, ale nie bardzo pamiętam, bo ten w kapeluszu na mnie czatował. Potem poszedłem z kolegami, ale mało jedliśmy, więc też nie bardzo jest o czym gadać (ale wino dość tanie i nie zabrakło). Potem znów poszedłem odświętnie ubrany, późnym wieczorem, w towarzystwie jeszcze bardziej odświętnej kobiety (żona), a tam przy stoliku kwiat inteligencji - co niby nie dziwi, bo do Guliwera zawsze chodzili ludzie z uniwersytetu. Teraz jakby trochę przestali, bo pewnie się trochę boją tej powojennej młodzieży. Po nazwiskach nie mogę, więc powiem inaczej: siedział Michał Paweł Markowski, słynny profesor, z bardzo rozczochraną brodą i świetlistym spojrzeniem, czemuś uśmiechnięty jak szatan; siedzieli jego dwaj koledzy - jeden z branży mrożonkarskiej, a ten drugi to celebryta. Bardzo byli weseli, kłaniali się nisko; kelnerki szerokim łukiem omijały ich stolik. Ja siadłem sobie pod oknem, żeby ich mieć na oku.
To jest lokal prosty, dla ludu - więc wina są w trzech cenach, jedzenia niezbyt dużo i nieskomplikowane. Jadłem choucroute - taki rodzaj francuskiego bigosu, tylko więcej mięsa i w większych kawałkach. Dobry był ten bigos. Jadłem sakiewki z serem, też niezłe, maleństwa; jadłem tatara z wędzonego łososia - i to jest najmniejszy tatar, jakiego kiedykolwiek widziałem. Kolacja miała się ku końcowi, właśnie miałem uszczknąć kurczaka po libańsku, kiedy nadeszła kelnerka, czemuś speszona, postawiła talerz przede mną i uciekła. Zacząłem krzyczeć, że ja tego nie chciałem, a ona pokazała na tych trzech przy stoliku (jeden portki miał zalane czerwonym winem) i mówi skruszona: - Ci panowie zamówili dla pana... No więc - choć nie planowałem - zjadłem żurek, po raz pierwszy we francuskiej knajpie. Smakował jak żurek. Do wina odradzam. (A potem się jeszcze wydało, że mi zamówili jajecznicę na wynos, tylko im nie starczyło odwagi i zjedli ją sami).
Chcę wam przez to powiedzieć, drogie i drodzy, że w Guliwerze bywają teraz ludzie z ułańską fantazją, że można tam teraz coś przekąsić, można i wypić na jednej nodze. Czyli że zaszły poważne zmiany. Warto się kiedyś skusić, bo długo otwarte.
Albo inny przykład - Mezze. Zmienił się szef kuchni, knajpa ma teraz podtytuł "kuchnia hiszpańsko-marokańska". Poszedłem ostatnio, rzeczywiście, karta do cna zmieniona. Najbardziej podniecające są przystawki, owe mezze właśnie. Wzięliśmy jeden zestaw i co tu gadać - był boski. Potrawka z pieczonego bakłażana, "omdlały imam" (tu też bakłażan, ale z pomidorem), sałatka ziemniaczana, do tego chleb pita. To brzmi może trochę płasko, ale wierzcie: w każdej miseczce eksplozja smaków. Spróbowaliśmy jeszcze humusu z mięsem i suszonymi śliwkami - bardzo zadziwiająca przystawka, zdecydowana, męska, a także podsmażony ser hallumi, cypryjski specjał, z konfiturą z mango, kwaskowatą i słodką. Byłem w siódmym niebie.
A potem nas poniosło i wzięliśmy paellę - tu dają mieszaną, z kurczakiem i owocami morza. Olbrzymia porcja, muszę przyznać, liczona na dwie-trzy osoby, ale starczy na trzy-cztery; tyle, że nic w niej podniecającego. Smak oparty na groszku i papryce, czyli słodkawy i płaski, szafranu brak, pomidorów jak na lekarstwo. Z kurczaka tylko piersi (a kurczak, wiadomo, brojler, czyli mięso nie ma smaku), owoców morza jak to w naszej ojczyźnie - niewiele. Szkoda, bo były szanse na zachwyty, na moje osobiste gwiazdki i krzykliwe zachęty (ale na mezze zawsze pójść warto).
Co ja wam będę nudził: trzeba mieć oczy dookoła głowy, trzeba patrzeć, gdzie piją koledzy i gdzie się stołują koleżanki. Bo to miasto jest jak wielka knajpiana wirówka, ciągle się coś dzieje. I Bogu chwała.
Guliwer, ul. Bracka 6
Mała kolacja dla dwojga (z winem) - jakieś 70-80 zł. Picie z kolegami - bezcenne.
Mezze, ul. św. Tomasza 28
Kolacja dla trojga - 133 zł.
Im się wydaje, że materia restauracyjna jest jak skała, w tym pies pogrzebany. Że jak z magmy w kamień zastygnie, to już się nie ruszy. Jakby nie wiedzieli, co się naprawdę dzieje - zmienił się właściciel, kucharz się wściekł na syna, bo znów zrobił dziecko, przyszedł sanepid i się piekli o szczury albo najzwyczajniej w świecie nie idzie interes. I już, szanowne moje nad wyraz Czytelniczki (a także wy, Czytelnicy), już jakość leci na pysk, już się wali restauracji renoma - a wraz z nią renoma moja. Widzicie, na jak cienkiej wiszę nitce?
Więc dziś będzie o zmianach. O tym, że czasem - hop! diabeł z pudełka, wszystko do góry nogami. Zacznę po sąsiedzku, od Brackiej ulicy, bo bywa, że tam spędzam poranki. Kawę piję i czekam, aż usłyszę "cześć, redaktory" - mały taki, przy kości, chodzi ulicą w kapeluszu, cygaro pali, i tak do mnie mówi od lat, kiedy mnie tylko zobaczy z kolegą. Ot, wariat krakowski, przy tym restaurator.
Ten jegomość prowadzi Guliwera. Guliwer jeszcze niedawno to była restauracja, potem weszli murarze, z dawnego Guliwera zrobił się Guliwer nowy (bardzo do starego podobny). Ale to już nie jest restauracja, mówi ten facet z cygarem, tylko bistro. A to, chytrze powiada, poważna różnica. A więc: żadnego wielkiego menu, żadnych cudów, karta prosta, tania, dużo wina po rozsądnej cenie (tak zachwala).
Poszedłem raz spróbować, ale nie bardzo pamiętam, bo ten w kapeluszu na mnie czatował. Potem poszedłem z kolegami, ale mało jedliśmy, więc też nie bardzo jest o czym gadać (ale wino dość tanie i nie zabrakło). Potem znów poszedłem odświętnie ubrany, późnym wieczorem, w towarzystwie jeszcze bardziej odświętnej kobiety (żona), a tam przy stoliku kwiat inteligencji - co niby nie dziwi, bo do Guliwera zawsze chodzili ludzie z uniwersytetu. Teraz jakby trochę przestali, bo pewnie się trochę boją tej powojennej młodzieży. Po nazwiskach nie mogę, więc powiem inaczej: siedział Michał Paweł Markowski, słynny profesor, z bardzo rozczochraną brodą i świetlistym spojrzeniem, czemuś uśmiechnięty jak szatan; siedzieli jego dwaj koledzy - jeden z branży mrożonkarskiej, a ten drugi to celebryta. Bardzo byli weseli, kłaniali się nisko; kelnerki szerokim łukiem omijały ich stolik. Ja siadłem sobie pod oknem, żeby ich mieć na oku.
To jest lokal prosty, dla ludu - więc wina są w trzech cenach, jedzenia niezbyt dużo i nieskomplikowane. Jadłem choucroute - taki rodzaj francuskiego bigosu, tylko więcej mięsa i w większych kawałkach. Dobry był ten bigos. Jadłem sakiewki z serem, też niezłe, maleństwa; jadłem tatara z wędzonego łososia - i to jest najmniejszy tatar, jakiego kiedykolwiek widziałem. Kolacja miała się ku końcowi, właśnie miałem uszczknąć kurczaka po libańsku, kiedy nadeszła kelnerka, czemuś speszona, postawiła talerz przede mną i uciekła. Zacząłem krzyczeć, że ja tego nie chciałem, a ona pokazała na tych trzech przy stoliku (jeden portki miał zalane czerwonym winem) i mówi skruszona: - Ci panowie zamówili dla pana... No więc - choć nie planowałem - zjadłem żurek, po raz pierwszy we francuskiej knajpie. Smakował jak żurek. Do wina odradzam. (A potem się jeszcze wydało, że mi zamówili jajecznicę na wynos, tylko im nie starczyło odwagi i zjedli ją sami).
Chcę wam przez to powiedzieć, drogie i drodzy, że w Guliwerze bywają teraz ludzie z ułańską fantazją, że można tam teraz coś przekąsić, można i wypić na jednej nodze. Czyli że zaszły poważne zmiany. Warto się kiedyś skusić, bo długo otwarte.
Albo inny przykład - Mezze. Zmienił się szef kuchni, knajpa ma teraz podtytuł "kuchnia hiszpańsko-marokańska". Poszedłem ostatnio, rzeczywiście, karta do cna zmieniona. Najbardziej podniecające są przystawki, owe mezze właśnie. Wzięliśmy jeden zestaw i co tu gadać - był boski. Potrawka z pieczonego bakłażana, "omdlały imam" (tu też bakłażan, ale z pomidorem), sałatka ziemniaczana, do tego chleb pita. To brzmi może trochę płasko, ale wierzcie: w każdej miseczce eksplozja smaków. Spróbowaliśmy jeszcze humusu z mięsem i suszonymi śliwkami - bardzo zadziwiająca przystawka, zdecydowana, męska, a także podsmażony ser hallumi, cypryjski specjał, z konfiturą z mango, kwaskowatą i słodką. Byłem w siódmym niebie.
A potem nas poniosło i wzięliśmy paellę - tu dają mieszaną, z kurczakiem i owocami morza. Olbrzymia porcja, muszę przyznać, liczona na dwie-trzy osoby, ale starczy na trzy-cztery; tyle, że nic w niej podniecającego. Smak oparty na groszku i papryce, czyli słodkawy i płaski, szafranu brak, pomidorów jak na lekarstwo. Z kurczaka tylko piersi (a kurczak, wiadomo, brojler, czyli mięso nie ma smaku), owoców morza jak to w naszej ojczyźnie - niewiele. Szkoda, bo były szanse na zachwyty, na moje osobiste gwiazdki i krzykliwe zachęty (ale na mezze zawsze pójść warto).
Co ja wam będę nudził: trzeba mieć oczy dookoła głowy, trzeba patrzeć, gdzie piją koledzy i gdzie się stołują koleżanki. Bo to miasto jest jak wielka knajpiana wirówka, ciągle się coś dzieje. I Bogu chwała.
Guliwer, ul. Bracka 6
Mała kolacja dla dwojga (z winem) - jakieś 70-80 zł. Picie z kolegami - bezcenne.
Mezze, ul. św. Tomasza 28
Kolacja dla trojga - 133 zł.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]



