Wine Garage. Podziemne testy
27.11.2009
, aktualizacja: 27.11.2009 12:20
To jest małe miasto, tu każdy zna każdego. Więc kiedy wyniuchałem nowe miejsce, kiedy zorganizowałem ekipę (a ona się rozpadła i na nowo złożyła), kiedy dotarłem do winiarni w piwnicy (która się jednak nazywa Wine Garage, od garażowych, małych producentów), nie zdziwiło mnie wcale, że to znajomy facet ten biznes prowadzi.
Kiedyś już go poznałem: pokazywał swoje wina na spotkaniu w Naturalnym Sklepiku przy Krupniczej. Wtedy już handlował winami, ale wtedy nie miał jeszcze swojego Garażu. Teraz ma. Taka różnica.
Zasiedliśmy wąską grupą badawczą, rozejrzeliśmy się trochę, młodziana zza baru trochę przebadaliśmy; a potem zaczęło się picie. I na tym właściwie tyle. Chcielibyście. Figę z makiem. Jak zwykle o piciu nie opowiadam, tak dzisiaj detalicznie opowiem. A co, kto bogatemu zabroni?
Więc było wina próbowanie; bo przecież my się winem nie upijamy, my próbujemy tylko, żeby pokazać wysoką kulturę i w ogóle wyższość naszą - nas, pijących wino - nad wódko- i piwopijcami. My łyk za łykiem do ust bierzemy, wydajemy żenujące gulgoty, stroimy miny godne debila, ale debila, zwróćcie uwagę, z papierami najwyższych uczelni, a nie byle wioskowego głupka; my, gulgocząc marsowiejemy, aż nam się w końcu rozjaśni oczko (kiedy wino w procesie tarcia o kubki smakowe wydało nam wszystkie tajemnice) - i wtedy jak nie pluniemy do wiadra, jak nie poleci zgrabnym łukiem bordowa struga... To jest szczyt naszej elegancji, to są nasze profesury.
Albo inaczej - to jest nasz kolejny, bardziej zdegenerowany stopień wtajemniczenia: owszem, ciamkamy, siorbiemy, świszczymy paszczą, i twarz nam mądrzeje ponad normę; ale na koniec, zamiast odmierzonego siknięcia do wiaderka wino przełykamy (co pośród miłośników wina jest gestem nieobyczajnym, coś jakby nasikać sobie w spodnie w towarzystwie). I na dodatek, rzecz nie do przyjęcia, nie wstydzimy się wcale, że za wino zapłaciliśmy i upiliśmy się nim trochę.
Wrócę do początku: na ulicę Józefitów. To nie jest przecież ulica, po której człowiek spodziewałby się nie wiadomo czego. To jest ulica z kamienicami, gdzie w swoich mieszkaniach ludzie hołdują tradycjom mieszczańskim. Tu nie ma burdeli ani salonów egzotycznego masażu, ani Wawelu, ani żadnej handlowej galerii; tu nie zagląda turysta, bo nie ma po co; tu się tylko mieszka. I dnia pewnego - a było to nie dalej niż trzy miesiące temu - w piwnicy pod ósmym numerem zalągł się ten garaż z winami organicznymi i biodynamicznymi.
W tej piwnicy - ale nie wolno mówić piwnica, tylko winiarnia w stylu berlińskim, tak się dowiedziałem - pije się bardzo przyjemnie, muszę powiedzieć. Jest raczej nowocześnie, sklepowe półki, barek, w barku parę przekąsek. Człowiek łazi przed tymi półkami, przygląda się, dyskutuje z barmanem-sprzedawcą (tfu, przecież nie mówimy barman ani sprzedawca, młodzieńca obowiązkowo tytułujemy sommelierem), i myśli: czy najpierw zdegustować wino z dolnej półki? (Ale nie mówi się dolna półka, bo to jest nieładnie, powiedział stanowczo właściciel, tylko się mówi półka podstawowa; jak się powie inaczej, to tym winom z dołu źle się zrobi i niechybnie skwaśnieją). No więc, myślimy sobie - to znaczy myśli cała nasza wąska grupa - na początek coś z tej najniższej będzie w sam raz.
Czysty syrah zeszłoroczny, z domaine de la Patience w Pont du Gard - a do niego, wybaczcie puryści, grillowany camembert (bezimienny, nasz narodowy camembert) z marynowanymi winogronami, do tego bagietka. No i badawczo gulgotaliśmy wewnętrznie, badawczo przełykaliśmy, i wyszło nam, że owo wino ze wszech miar pitne może wielkiej mocy w sobie nie ma, może nie jest winem mistrza, ale przyjemnie nas na początek orzeźwia i otrzeźwia, bo kosztuje trzy dychy za butelkę! W knajpie! Jezu, a myśmy dotąd płacili fortunę za takie sikacze, że niejeden żul z Grzegórzek wyplułby je z niesmakiem.
Żeby jednak nie spaść pod stolik, podjadaliśmy crostoni z dojrzewającą słoninką i miodem kasztanowym (cieniuśki plasterek, bardzo lekko słodkawy, pod wino idzie jak złoto); a żeby z kolei nie spaść pod stolik z przejedzenia, sprawdziliśmy inną podstawową butelkę - od tego samego producenta merlot, ta sama cena, te same wrażenia: godne wino pod rozmowę, może tylko odrobinę pełniejsze od syraha. Nic dodać, nic ująć: uczciwie, ale bez wielkich historii.
Aż w którymś momencie, choć nie pamiętam dokładnie w jakim, zostało powiedziane, że pora sięgnąć po coś z półki wyżej. I wskazaliśmy palcem na La Bettola Barbera d'Alba D.O.C. 2005. Butelka otwarta, wino na stole, pierwsze próby nosem: och, jak ono się z nami nie cacka, jak dębiną puka w nozdrza; a jakie wtedy padły porównania powiedzieć, niestety, nie mogę. Chodziło o kobietę, najoględniej mówiąc, i były to porównania, cóż, bardzo samcze i bardzo wstydliwe - ale prawdziwej się tego nie dało powiedzieć. Wino mocne, zasadnicze, pełne ciała, z mocnym nosem; długie, bardzo porządne i nie tak modnie owocowe. (A obok odbywała się prezentacja i prezentujący artysta mówił coś o stosunku kobiety Zachodu do wina, że ona tego wina nie bardzo, bo się boi do ust wziąć. Nie bardzo zrozumiałem tę kwestię).
Na koniec piliśmy - owszem, przyznaję - wino domowe, bo zawsze to ratunek od picia czego innego i wytchnienie dla portfela, no i w ogóle - to jest przyjemne siedzenie przy stole, bez zobowiązań, bez nadęć i zadęć. I wtedy nadeszła pora podsumowania. Po pierwsze, wielka radość, że powstał kolejny winny sklep z winiarnią, i że powstał na ulicy ubocznej. Po drugie, te wina są od małych producentów (ale mały znaczy: mały na skalę swojego kraju), a ja wszystko co małe popieram. Po trzecie, nie jest drogo. Po czwarte, jest przytulnie i przekąski dobre, i mają świetne oliwy. Po piąte, wściekły jestem, że zamykają o ósmej.
Wine Garage, ul. Józefitów 8
Trzy osoby testowały przez cały wieczór za 245.
Tutejsze hasło brzmi "wino dla wszystkich", dlatego na półkach znalazły się również wina bezalkoholowe. Matko Boska, czego to ludzie nie wymyślą. A mojej kompanii dziękuję za odwagę.
Zasiedliśmy wąską grupą badawczą, rozejrzeliśmy się trochę, młodziana zza baru trochę przebadaliśmy; a potem zaczęło się picie. I na tym właściwie tyle. Chcielibyście. Figę z makiem. Jak zwykle o piciu nie opowiadam, tak dzisiaj detalicznie opowiem. A co, kto bogatemu zabroni?
Więc było wina próbowanie; bo przecież my się winem nie upijamy, my próbujemy tylko, żeby pokazać wysoką kulturę i w ogóle wyższość naszą - nas, pijących wino - nad wódko- i piwopijcami. My łyk za łykiem do ust bierzemy, wydajemy żenujące gulgoty, stroimy miny godne debila, ale debila, zwróćcie uwagę, z papierami najwyższych uczelni, a nie byle wioskowego głupka; my, gulgocząc marsowiejemy, aż nam się w końcu rozjaśni oczko (kiedy wino w procesie tarcia o kubki smakowe wydało nam wszystkie tajemnice) - i wtedy jak nie pluniemy do wiadra, jak nie poleci zgrabnym łukiem bordowa struga... To jest szczyt naszej elegancji, to są nasze profesury.
Albo inaczej - to jest nasz kolejny, bardziej zdegenerowany stopień wtajemniczenia: owszem, ciamkamy, siorbiemy, świszczymy paszczą, i twarz nam mądrzeje ponad normę; ale na koniec, zamiast odmierzonego siknięcia do wiaderka wino przełykamy (co pośród miłośników wina jest gestem nieobyczajnym, coś jakby nasikać sobie w spodnie w towarzystwie). I na dodatek, rzecz nie do przyjęcia, nie wstydzimy się wcale, że za wino zapłaciliśmy i upiliśmy się nim trochę.
Wrócę do początku: na ulicę Józefitów. To nie jest przecież ulica, po której człowiek spodziewałby się nie wiadomo czego. To jest ulica z kamienicami, gdzie w swoich mieszkaniach ludzie hołdują tradycjom mieszczańskim. Tu nie ma burdeli ani salonów egzotycznego masażu, ani Wawelu, ani żadnej handlowej galerii; tu nie zagląda turysta, bo nie ma po co; tu się tylko mieszka. I dnia pewnego - a było to nie dalej niż trzy miesiące temu - w piwnicy pod ósmym numerem zalągł się ten garaż z winami organicznymi i biodynamicznymi.
W tej piwnicy - ale nie wolno mówić piwnica, tylko winiarnia w stylu berlińskim, tak się dowiedziałem - pije się bardzo przyjemnie, muszę powiedzieć. Jest raczej nowocześnie, sklepowe półki, barek, w barku parę przekąsek. Człowiek łazi przed tymi półkami, przygląda się, dyskutuje z barmanem-sprzedawcą (tfu, przecież nie mówimy barman ani sprzedawca, młodzieńca obowiązkowo tytułujemy sommelierem), i myśli: czy najpierw zdegustować wino z dolnej półki? (Ale nie mówi się dolna półka, bo to jest nieładnie, powiedział stanowczo właściciel, tylko się mówi półka podstawowa; jak się powie inaczej, to tym winom z dołu źle się zrobi i niechybnie skwaśnieją). No więc, myślimy sobie - to znaczy myśli cała nasza wąska grupa - na początek coś z tej najniższej będzie w sam raz.
Czysty syrah zeszłoroczny, z domaine de la Patience w Pont du Gard - a do niego, wybaczcie puryści, grillowany camembert (bezimienny, nasz narodowy camembert) z marynowanymi winogronami, do tego bagietka. No i badawczo gulgotaliśmy wewnętrznie, badawczo przełykaliśmy, i wyszło nam, że owo wino ze wszech miar pitne może wielkiej mocy w sobie nie ma, może nie jest winem mistrza, ale przyjemnie nas na początek orzeźwia i otrzeźwia, bo kosztuje trzy dychy za butelkę! W knajpie! Jezu, a myśmy dotąd płacili fortunę za takie sikacze, że niejeden żul z Grzegórzek wyplułby je z niesmakiem.
Żeby jednak nie spaść pod stolik, podjadaliśmy crostoni z dojrzewającą słoninką i miodem kasztanowym (cieniuśki plasterek, bardzo lekko słodkawy, pod wino idzie jak złoto); a żeby z kolei nie spaść pod stolik z przejedzenia, sprawdziliśmy inną podstawową butelkę - od tego samego producenta merlot, ta sama cena, te same wrażenia: godne wino pod rozmowę, może tylko odrobinę pełniejsze od syraha. Nic dodać, nic ująć: uczciwie, ale bez wielkich historii.
Aż w którymś momencie, choć nie pamiętam dokładnie w jakim, zostało powiedziane, że pora sięgnąć po coś z półki wyżej. I wskazaliśmy palcem na La Bettola Barbera d'Alba D.O.C. 2005. Butelka otwarta, wino na stole, pierwsze próby nosem: och, jak ono się z nami nie cacka, jak dębiną puka w nozdrza; a jakie wtedy padły porównania powiedzieć, niestety, nie mogę. Chodziło o kobietę, najoględniej mówiąc, i były to porównania, cóż, bardzo samcze i bardzo wstydliwe - ale prawdziwej się tego nie dało powiedzieć. Wino mocne, zasadnicze, pełne ciała, z mocnym nosem; długie, bardzo porządne i nie tak modnie owocowe. (A obok odbywała się prezentacja i prezentujący artysta mówił coś o stosunku kobiety Zachodu do wina, że ona tego wina nie bardzo, bo się boi do ust wziąć. Nie bardzo zrozumiałem tę kwestię).
Na koniec piliśmy - owszem, przyznaję - wino domowe, bo zawsze to ratunek od picia czego innego i wytchnienie dla portfela, no i w ogóle - to jest przyjemne siedzenie przy stole, bez zobowiązań, bez nadęć i zadęć. I wtedy nadeszła pora podsumowania. Po pierwsze, wielka radość, że powstał kolejny winny sklep z winiarnią, i że powstał na ulicy ubocznej. Po drugie, te wina są od małych producentów (ale mały znaczy: mały na skalę swojego kraju), a ja wszystko co małe popieram. Po trzecie, nie jest drogo. Po czwarte, jest przytulnie i przekąski dobre, i mają świetne oliwy. Po piąte, wściekły jestem, że zamykają o ósmej.
Wine Garage, ul. Józefitów 8
Trzy osoby testowały przez cały wieczór za 245.
Tutejsze hasło brzmi "wino dla wszystkich", dlatego na półkach znalazły się również wina bezalkoholowe. Matko Boska, czego to ludzie nie wymyślą. A mojej kompanii dziękuję za odwagę.
- 1 komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
9 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]



