Dookoła Świata, IKEA (sklep). Peregrynacje
03.12.2009
, aktualizacja: 03.12.2009 22:31
Drogie i drodzy, dzisiejsze moje kazanie będzie dość smutne.
Najpierw o tym, że czasem coś zmusza człowieka, żeby jadł w domu. Na przykład niechęć do bliźniego: woli się pochylić nad własnym stołem, woli się posilić śledziem z brudnego talerza, niż się zanurzyć w knajpie, usiąść między ludźmi i słuchać ich paplaniny. Każdy kiedyś ma taki okres ludziowstrętu, i nic w tym zdrożnego. Po drugie, brak środków, i to pozostawię bez komentarza; zero na koncie, żadnych nadziei na wypłatę, jak tu żądać od człowieka, żeby się oddawał urokom restauracji? Jest jeszcze chorobliwa niechęć do wydawania pieniędzy na knajpiane jedzenie - bo w knajpie za drogo (a jest rzeczywiście drogo w naszej ojczyźnie, choć wszyscy restauratorzy jak jeden mąż mówią, że bardzo tanio), bo mama lepiej gotuje i lepiej oglądać telewizor przy obiedzie, w kapciach własnych, we własnym pokoju. Trzeci powód: zaszłości. W przeszłości ktoś nas w knajpie źle potraktował, ktoś uraził, i wydaje nam się już przez całe życie, że tak będzie zawsze i wszędzie. (Nie od rzeczy będzie tu wspomnieć moją ostatnią wizytę w restauracji: kelnerka stanowczo przegoniła nas od stolika, bo, powiedziała, jest zarezerwowany - chociaż nie było żadnych znaków. I zgadnijcie drogie, zgadnijcie, drodzy, ile razy użyła słowa "przepraszam"? Ano nie użyła wcale, bo się nie będzie tłumaczyć przed byle klientem. Nieporozumienie może się zdarzyć, oczywiście, ale coś mi się zdaje, że w Aqua e Vino nie wiedzą, jak się w podobnych sytuacjach zachować).
Ale jak się zacznie ten uroczy handel przedświąteczny, na Rynku naszym Głównym, jak zabłysną jarmarczne budy, jak buchnie pod niebo cudowny aromat grzańca wymieszany intymnie ze słupem tłustego dymu, który wali od grilla - ooo, wtedy nie jest za drogo dla nikogo, wtedy nikt się nie boi zatrucia; nikomu nie są wstrętne warunki, w jakich połykają ledwie rozmrożoną breję (a musicie wiedzieć, że się przeszedłem specjalnie na Rynek, że breję obejrzałem, i że jest to pierwszej wody paskudztwo). Tym samym sprawę mojego dorocznego komentarza do targów na Rynku uważam za zamkniętą. Aaa, i żebyście sobie nie pomyśleli, że jestem jakimś wychuchanym głąbem: ja też za jedzeniem pod gołym niebem przepadam.
Albo w domu trzeba jeść, bo padają na pysk najbliższe lokale (to będzie króciutki tren), tak jak padła właśnie Akademia Zakąsek, miejsce nocnych brewerii, miejsce z dyskretną obsługą, która na drugi dzień o niczym nie pamiętała. Jak się tak zastanowię, czemu te Zakąski padły, to myślę, że z niechlujstwa właścicieli, z bylejakości lokalu, z próby zarobienia pieniędzy jak najtańszym kosztem (a i tak wielu z nas, drodzy, lubiło w Zakąskach jakąś kiełbasę zjeść albo spożyć śledzika). Nie masz Zakąsek, została ciemna dziura.
Albo w domu jemy, bo w najbliższym pobliżu nie ma gdzie pójść. Ja się ostatnio wybrałem w chwili rozpaczy do baru Dookoła Świata na Szewskiej. W tej nazwie, cóż, w tej nazwie kryje się obietnica podróży bez końca, próbowania wszystkiego, odkrywania. Bezczelna ta nazwa: wnętrze - koszmar, złocone, ale i słomą umajone - a w rzeczywistości to bar tylko z wielką ilością podgrzewaczy zwanych z francuska bemarami. Osóbka za ladą podnosi pokrywy, a pod pokrywami kulinarna taka podróż: kapusta, ziemniaki, pierogi gotowane, pierogi smażone, wieprzowinka (tak rzekła osóbka) - a w rzeczywistości brizol wieprzowy z pieczarkami, no i lasagne, i różne jeszcze inne rzeczy, które jednak do podróży nie zachęcają, tylko do szybkiego wyjścia.
Część z tego, co wymieniłem, zostało mi nałożone na talerz. Chwyciłem raźno za widelec i stwierdzam, co następuje. Kapusta kiszona na gorąco - kwaśna, pożywna, nie mam nic do zarzucenia. Smażone ziemniaczki rozpuchły i rozmemłały się od przebywania w zaparowanym bemarze; niejadalne. Lasagne (jeśli to można tak nazwać) jak papka dla oseska, tłuszczem zalatuje; dno. A brizol to w ogóle nie jest moja nuta, ale ten akurat brizol zasługuje na szczególne napiętnowanie. Na dnie talerza utworzyła się od razu tłusta, mazista powłoka, bo te pokarmy przez długi czas się w tłuszczu taplają i trudno, żeby było inaczej. Widuję tu czasem sporo tłum, ale i tak myślę sobie, że to jeden z najgorszych lokali Starego Miasta.
Więc co robić? Ja znalazłem rozwiązanie, które wydaje się odrobinę idiotyczne, nie przeczę - ale przynajmniej nikt was nie potraktuje jak zbirów, którzy nieproszeni zasiedli do stolika, jak w Aqua e Vino; nikt wam nie wepchnie mrożonki w paskarskich cenach, jak w grillu na Rynku; no i nikt was nie potraktuje brizolem, jak w tym Dookoła Świata na Szewskiej. Moja odpowiedź brzmi: IKEA.
IKEA mnie śmieszy. Ta ich restauracja - czy raczej stołówka - gdzie napisy głoszą, żeby brudne naczynia odnosić samemu, bo dzięki naszej uczynności kucharze będą mieli więcej czasu na gotowanie... Te trzy dania dość byle jakie, i zawsze te same... To nie jest to. Ale wiadomo nie od dziś, że IKEA słynie hot dogiem za złotówkę, że słynie maszyną z napisem "ZRÓB SOBIE LODA" (ci Szwedzi tacy bezpruderyjni) - a ja cieszę się również sklepikiem spożywczym przy wyjściu. W nim dostaniemy to, o czym w Dookoła Świata nawet się nie śniło. A więc, drogie, drodzy, kiełbasa z renifera: słodka, dość średnia, ale zawsze to punkt za produkt typowy. U nas renifera nikt nie konsumuje. Potem śledzie. Pewnie myślicie, że śledź śledziowi podobny, ale to na szczęście nieprawda. Zalecam dla nauki śledzia w marynacie cytrynowej i z czarnej porzeczki. Oba słodkie jak cholera, oba mięsiste, kruche, bardzo wyraźnie owocowe. To nie ma nic wspólnego z tradycyjnie polskim zabijaniem śledzia w śledziu za pomocą octu. Wästgöta Kloster, delikatny żółty ser o niewielkich dziurkach, jest znośny, chociaż kudy mu tam do Francuzów i Włochów. Ale już czekolady mają świetne, takie proste w smaku, bez żadnych wymysłów; i to jest wytchnienie dla tych, którzy się już czekoladowymi wymysłami znudzili.
Nie żebym głośno piał z zachwytu; ale, wierzcie, piknik w domu na szwedzką nutę będzie lepszy niż bezładna błąkanina po knajpach.
Dookoła Świata, ul. Szewska 16
12 złotych za mały talerz koszmaru.
IKEA (sklepik spożywczy)
Przynajmniej można się poczuć jak Szwed na zakupach.
Ale jak się zacznie ten uroczy handel przedświąteczny, na Rynku naszym Głównym, jak zabłysną jarmarczne budy, jak buchnie pod niebo cudowny aromat grzańca wymieszany intymnie ze słupem tłustego dymu, który wali od grilla - ooo, wtedy nie jest za drogo dla nikogo, wtedy nikt się nie boi zatrucia; nikomu nie są wstrętne warunki, w jakich połykają ledwie rozmrożoną breję (a musicie wiedzieć, że się przeszedłem specjalnie na Rynek, że breję obejrzałem, i że jest to pierwszej wody paskudztwo). Tym samym sprawę mojego dorocznego komentarza do targów na Rynku uważam za zamkniętą. Aaa, i żebyście sobie nie pomyśleli, że jestem jakimś wychuchanym głąbem: ja też za jedzeniem pod gołym niebem przepadam.
Albo w domu trzeba jeść, bo padają na pysk najbliższe lokale (to będzie króciutki tren), tak jak padła właśnie Akademia Zakąsek, miejsce nocnych brewerii, miejsce z dyskretną obsługą, która na drugi dzień o niczym nie pamiętała. Jak się tak zastanowię, czemu te Zakąski padły, to myślę, że z niechlujstwa właścicieli, z bylejakości lokalu, z próby zarobienia pieniędzy jak najtańszym kosztem (a i tak wielu z nas, drodzy, lubiło w Zakąskach jakąś kiełbasę zjeść albo spożyć śledzika). Nie masz Zakąsek, została ciemna dziura.
Albo w domu jemy, bo w najbliższym pobliżu nie ma gdzie pójść. Ja się ostatnio wybrałem w chwili rozpaczy do baru Dookoła Świata na Szewskiej. W tej nazwie, cóż, w tej nazwie kryje się obietnica podróży bez końca, próbowania wszystkiego, odkrywania. Bezczelna ta nazwa: wnętrze - koszmar, złocone, ale i słomą umajone - a w rzeczywistości to bar tylko z wielką ilością podgrzewaczy zwanych z francuska bemarami. Osóbka za ladą podnosi pokrywy, a pod pokrywami kulinarna taka podróż: kapusta, ziemniaki, pierogi gotowane, pierogi smażone, wieprzowinka (tak rzekła osóbka) - a w rzeczywistości brizol wieprzowy z pieczarkami, no i lasagne, i różne jeszcze inne rzeczy, które jednak do podróży nie zachęcają, tylko do szybkiego wyjścia.
Część z tego, co wymieniłem, zostało mi nałożone na talerz. Chwyciłem raźno za widelec i stwierdzam, co następuje. Kapusta kiszona na gorąco - kwaśna, pożywna, nie mam nic do zarzucenia. Smażone ziemniaczki rozpuchły i rozmemłały się od przebywania w zaparowanym bemarze; niejadalne. Lasagne (jeśli to można tak nazwać) jak papka dla oseska, tłuszczem zalatuje; dno. A brizol to w ogóle nie jest moja nuta, ale ten akurat brizol zasługuje na szczególne napiętnowanie. Na dnie talerza utworzyła się od razu tłusta, mazista powłoka, bo te pokarmy przez długi czas się w tłuszczu taplają i trudno, żeby było inaczej. Widuję tu czasem sporo tłum, ale i tak myślę sobie, że to jeden z najgorszych lokali Starego Miasta.
Więc co robić? Ja znalazłem rozwiązanie, które wydaje się odrobinę idiotyczne, nie przeczę - ale przynajmniej nikt was nie potraktuje jak zbirów, którzy nieproszeni zasiedli do stolika, jak w Aqua e Vino; nikt wam nie wepchnie mrożonki w paskarskich cenach, jak w grillu na Rynku; no i nikt was nie potraktuje brizolem, jak w tym Dookoła Świata na Szewskiej. Moja odpowiedź brzmi: IKEA.
IKEA mnie śmieszy. Ta ich restauracja - czy raczej stołówka - gdzie napisy głoszą, żeby brudne naczynia odnosić samemu, bo dzięki naszej uczynności kucharze będą mieli więcej czasu na gotowanie... Te trzy dania dość byle jakie, i zawsze te same... To nie jest to. Ale wiadomo nie od dziś, że IKEA słynie hot dogiem za złotówkę, że słynie maszyną z napisem "ZRÓB SOBIE LODA" (ci Szwedzi tacy bezpruderyjni) - a ja cieszę się również sklepikiem spożywczym przy wyjściu. W nim dostaniemy to, o czym w Dookoła Świata nawet się nie śniło. A więc, drogie, drodzy, kiełbasa z renifera: słodka, dość średnia, ale zawsze to punkt za produkt typowy. U nas renifera nikt nie konsumuje. Potem śledzie. Pewnie myślicie, że śledź śledziowi podobny, ale to na szczęście nieprawda. Zalecam dla nauki śledzia w marynacie cytrynowej i z czarnej porzeczki. Oba słodkie jak cholera, oba mięsiste, kruche, bardzo wyraźnie owocowe. To nie ma nic wspólnego z tradycyjnie polskim zabijaniem śledzia w śledziu za pomocą octu. Wästgöta Kloster, delikatny żółty ser o niewielkich dziurkach, jest znośny, chociaż kudy mu tam do Francuzów i Włochów. Ale już czekolady mają świetne, takie proste w smaku, bez żadnych wymysłów; i to jest wytchnienie dla tych, którzy się już czekoladowymi wymysłami znudzili.
Nie żebym głośno piał z zachwytu; ale, wierzcie, piknik w domu na szwedzką nutę będzie lepszy niż bezładna błąkanina po knajpach.
Dookoła Świata, ul. Szewska 16
12 złotych za mały talerz koszmaru.
IKEA (sklepik spożywczy)
Przynajmniej można się poczuć jak Szwed na zakupach.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]



