Cały Kraków. Wodzionka i stare śmieci
11.12.2009
, aktualizacja: 11.12.2009 13:45
- To ja może zrobię wodzionkę? Zrobię ci wodzionkę. Mogę zrobić wodzionkę? - nudził jeden mój znajomy, wychodząc z lokalu, który jest jego biurem, a czasem drugim domem; a jego kobieta była nie bardzo zadowolona i fukała na niego, i unosiła groźnie brew, i mówiła, żeby wreszcie przestał, bo już wytrzymać nie można, i w ogóle skaranie boskie.
A on na to nic, tylko wodzionka, i że bardzo chce, i czy może. I jak to bywa w podobnych sytuacjach - ona w końcu przystała, choć rzeczonej wodzionki właściwie nie znosi i sensu nie widzi, żeby marnować czas na jej gotowanie.
Działo się to w Małym Rynku, na wysokości sklepu spożywczego Oczko. Co było potrzebne, zostało w Oczku kupione, konieczna przestrzeń została pokonana i człowiek o silnej potrzebie zupy ruszył do roboty. Wykonał najbardziej nieortodoksyjną wodzionkę, o jakiej w życiu słyszałem - ale, cóż, smaczna była, więc się nie będę kłócił, bo nie ma o co. W końcu zrobił i jeszcze poczęstował, chociaż nie musiał. (Tak dla porządku: w wersji podstawowej ta zupa składa się z wody, czosnku, soli i pieprzu, a także suchego chleba; na omastę, jeśli ktoś ma taką potrzebę, dodaje się ciut smalcu. I tyle. Możecie nie wierzyć, drogie moje panny i drodzy panowie na małopolskim dobrobycie wychowani, ale tam, na Śląsku, ludzie bywają od tej zupy uzależnieni; chociaż teraz zwykle coś przy niej majstrują, dodają kiełbasy i takie tam brednie).
Wodzionka stanęła na stole, za oknami bezczelnie stał kościół Mariacki, ale zostało umniejszająco powiedziane, że eee, słabo widać, bo na elektryczności szczędzą i nie podświetlają tak jak latem. Nie liczą się z człowiekiem, z jego osobistymi potrzebami, z nadziejami, no w ogóle robią, co im się żywnie podoba, a u człowieka ciemno w pokoju. A kiedy zupa została pochłonięta, papierosy wypalone i mroczne piosenki wysłuchane, to było jeszcze gorzej, bo Mariacki zniknął w wacianej mgle, święta Barbara za chwilę też, a po drodze do domu Rynek było widać ledwo, ledwo.
No i poczułem, drogie i drodzy, ukłucie w wątpiach, że to już znów ta pora, kiedy człowiek myśli o ucieczce, o dłuższym pobycie w okolicach Palermo, o wyjeździe na zawsze, gdziekolwiek. (Ale to nie z powodu mgły opadły mnie takie myśli, bo mgła leczy duszę). I temat wyjazdu, na zawsze albo na dłuższą próbę, został oczywiście przy zupie podjęty. Został też podjęty - o ileż bardziej ważki - temat jedzenia. Wnioski nie były radosne.
Na ich poparcie powiedziane zostało, co następuje: dykteryjka o facecie z Warsu, który zapytany, co poleca ze swojego magicznego wózeczka, odpowiedział, że on to już tyle w Warsie widział, że mu się rzygać chce i polecić niczego nie może; historia o knajpie Brajt przy Odrzańskiej we Wrocławiu, gdzie jedzenie jest dobre i niewiarygodnie tanie, a kelnerki jak jeden mąż ładne są, i gdzie podają wódkę i inne specjały i w ogóle jest zachwycająco (i to wcale nie jest wniosek radosny, bo jak sami zapewne zauważyliście, ta knajpa jest daleko od Krakowa); a na koniec do spółki z pewnym prawnikiem-kucharzem doszliśmy do wniosku, że jak już jest dobrze, bardzo dobrze, to jest bardzo drogo i cała radość gdzieś znika - a jako przykład posłużyła Bogu ducha winna Jarema. Nie ona jedna zdziera (ale zadziwiająco trzyma poziom).
To nie są wesołe wnioski, myślałem, brnąc przez mgłę na Rynku, a mgła gęstniała z sekundy na sekundę. No i przecież to nie byłoby fair z mojej strony, gdybym o tej porze roku - porze napadów lękowych i zachowań co najmniej dziwnych - zostawił was z nimi sam na sam. Wpadło mi więc do głowy, że na razie pominę milczeniem wizytę w pewnej nowej knajpie (nowej, ale jakby starej, tak bardzo do innych podobnej) i po prostu napiszę, gdzie dobrze jadłem ostatnio.
Pewnego oślizgłego wieczoru wybraliśmy się do Kalinki, restauracji rosyjskiej, położonej nieco na uboczu (pisałem już o Kalince wieki temu). Śmieszne to miejsce, trochę nieprzystające do naszych wyobrażeń o restauracji: telewizor z jakimś dziełem radzieckiej kinematografii (nie wiem jakim, bo siedziałem tyłem), bar, jedna kelnerka, wystrój taki trochę niedzisiejszy. Ale docenić trzeba, co następuje: osobność; brak zadęcia; atmosferę. I jedzenie, bo jedzenie to jest Kalinki atut największy. Aż się wierzyć nie chce, że ta kuchnia naprawdę nieskomplikowana, z tych samych składników robiona co nasza, jest tak bardzo odmienna: na przykład solianka, zupa, którą pochłaniam zawsze, kiedy jest okazja. Niby-wywar mięsny, ale kwaśny, z cytryną, kaparami, znakomity. Do tego - jeśli ktoś za solianką nie przepada - ucha, delikatny bulion rybi z kawałkami rybiego mięsa. Nie wiem jak wy, ja za tym przepadam. A do tego polędwiczki wieprzowe, a do tego najlepsze na świecie, arcydelikatne pielmieni z rybnym farszem, zwane cilimciki; a żeby nie były suche ani płaskie, są podlane masłem i skropione sokiem z cytryny. Przepadam za tym jedzeniem. Do tego kieliszek gruzińskiego wina i może sobie padać, może sobie mgła wisieć, nic mi nie przeszkadza.
Niedawno wybraliśmy się też do Manzany, restauracji o profilu meksykańskim i latynoamerykańskim, siostrzanej instytucji Metropolitana ze Sławkowskiej. Byłem tam dawno, zaraz po otwarciu; restauracja miała zadatki, ale było drogo jak jasna cholera i zdarzały się drobne wpadki. A teraz - sam w to nie wierzyłem - jest taniej i dają góry jedzenia. I choć tex-mex to nie jest moja kuchnia (taka przypadłość), to zupa z kukurydzy z dodatkiem kurczaka, to delikatne tacos, i wielkie "plato" (czyli, jak rozumiem, półmisek) Manzana, obłożone rozmaitościami są po prostu dobrze zrobione. Nie szczędzą tu kolendry, dbają o wygląd, a obsługę mają świetną. W żołnierskich słowach: dobry adres. Warto dla niego wybrać się na Kazimierz.
A jak wam się to nie podoba, to sobie zróbcie wodzionkę.
Kalinka, św. Gertrudy 7
Dwie osoby z winem 108,50 zł.
Manzana, Miodowa 11
Trzy osoby bezalkoholowo 99 zł. Tanio.
Działo się to w Małym Rynku, na wysokości sklepu spożywczego Oczko. Co było potrzebne, zostało w Oczku kupione, konieczna przestrzeń została pokonana i człowiek o silnej potrzebie zupy ruszył do roboty. Wykonał najbardziej nieortodoksyjną wodzionkę, o jakiej w życiu słyszałem - ale, cóż, smaczna była, więc się nie będę kłócił, bo nie ma o co. W końcu zrobił i jeszcze poczęstował, chociaż nie musiał. (Tak dla porządku: w wersji podstawowej ta zupa składa się z wody, czosnku, soli i pieprzu, a także suchego chleba; na omastę, jeśli ktoś ma taką potrzebę, dodaje się ciut smalcu. I tyle. Możecie nie wierzyć, drogie moje panny i drodzy panowie na małopolskim dobrobycie wychowani, ale tam, na Śląsku, ludzie bywają od tej zupy uzależnieni; chociaż teraz zwykle coś przy niej majstrują, dodają kiełbasy i takie tam brednie).
Wodzionka stanęła na stole, za oknami bezczelnie stał kościół Mariacki, ale zostało umniejszająco powiedziane, że eee, słabo widać, bo na elektryczności szczędzą i nie podświetlają tak jak latem. Nie liczą się z człowiekiem, z jego osobistymi potrzebami, z nadziejami, no w ogóle robią, co im się żywnie podoba, a u człowieka ciemno w pokoju. A kiedy zupa została pochłonięta, papierosy wypalone i mroczne piosenki wysłuchane, to było jeszcze gorzej, bo Mariacki zniknął w wacianej mgle, święta Barbara za chwilę też, a po drodze do domu Rynek było widać ledwo, ledwo.
No i poczułem, drogie i drodzy, ukłucie w wątpiach, że to już znów ta pora, kiedy człowiek myśli o ucieczce, o dłuższym pobycie w okolicach Palermo, o wyjeździe na zawsze, gdziekolwiek. (Ale to nie z powodu mgły opadły mnie takie myśli, bo mgła leczy duszę). I temat wyjazdu, na zawsze albo na dłuższą próbę, został oczywiście przy zupie podjęty. Został też podjęty - o ileż bardziej ważki - temat jedzenia. Wnioski nie były radosne.
Na ich poparcie powiedziane zostało, co następuje: dykteryjka o facecie z Warsu, który zapytany, co poleca ze swojego magicznego wózeczka, odpowiedział, że on to już tyle w Warsie widział, że mu się rzygać chce i polecić niczego nie może; historia o knajpie Brajt przy Odrzańskiej we Wrocławiu, gdzie jedzenie jest dobre i niewiarygodnie tanie, a kelnerki jak jeden mąż ładne są, i gdzie podają wódkę i inne specjały i w ogóle jest zachwycająco (i to wcale nie jest wniosek radosny, bo jak sami zapewne zauważyliście, ta knajpa jest daleko od Krakowa); a na koniec do spółki z pewnym prawnikiem-kucharzem doszliśmy do wniosku, że jak już jest dobrze, bardzo dobrze, to jest bardzo drogo i cała radość gdzieś znika - a jako przykład posłużyła Bogu ducha winna Jarema. Nie ona jedna zdziera (ale zadziwiająco trzyma poziom).
To nie są wesołe wnioski, myślałem, brnąc przez mgłę na Rynku, a mgła gęstniała z sekundy na sekundę. No i przecież to nie byłoby fair z mojej strony, gdybym o tej porze roku - porze napadów lękowych i zachowań co najmniej dziwnych - zostawił was z nimi sam na sam. Wpadło mi więc do głowy, że na razie pominę milczeniem wizytę w pewnej nowej knajpie (nowej, ale jakby starej, tak bardzo do innych podobnej) i po prostu napiszę, gdzie dobrze jadłem ostatnio.
Pewnego oślizgłego wieczoru wybraliśmy się do Kalinki, restauracji rosyjskiej, położonej nieco na uboczu (pisałem już o Kalince wieki temu). Śmieszne to miejsce, trochę nieprzystające do naszych wyobrażeń o restauracji: telewizor z jakimś dziełem radzieckiej kinematografii (nie wiem jakim, bo siedziałem tyłem), bar, jedna kelnerka, wystrój taki trochę niedzisiejszy. Ale docenić trzeba, co następuje: osobność; brak zadęcia; atmosferę. I jedzenie, bo jedzenie to jest Kalinki atut największy. Aż się wierzyć nie chce, że ta kuchnia naprawdę nieskomplikowana, z tych samych składników robiona co nasza, jest tak bardzo odmienna: na przykład solianka, zupa, którą pochłaniam zawsze, kiedy jest okazja. Niby-wywar mięsny, ale kwaśny, z cytryną, kaparami, znakomity. Do tego - jeśli ktoś za solianką nie przepada - ucha, delikatny bulion rybi z kawałkami rybiego mięsa. Nie wiem jak wy, ja za tym przepadam. A do tego polędwiczki wieprzowe, a do tego najlepsze na świecie, arcydelikatne pielmieni z rybnym farszem, zwane cilimciki; a żeby nie były suche ani płaskie, są podlane masłem i skropione sokiem z cytryny. Przepadam za tym jedzeniem. Do tego kieliszek gruzińskiego wina i może sobie padać, może sobie mgła wisieć, nic mi nie przeszkadza.
Niedawno wybraliśmy się też do Manzany, restauracji o profilu meksykańskim i latynoamerykańskim, siostrzanej instytucji Metropolitana ze Sławkowskiej. Byłem tam dawno, zaraz po otwarciu; restauracja miała zadatki, ale było drogo jak jasna cholera i zdarzały się drobne wpadki. A teraz - sam w to nie wierzyłem - jest taniej i dają góry jedzenia. I choć tex-mex to nie jest moja kuchnia (taka przypadłość), to zupa z kukurydzy z dodatkiem kurczaka, to delikatne tacos, i wielkie "plato" (czyli, jak rozumiem, półmisek) Manzana, obłożone rozmaitościami są po prostu dobrze zrobione. Nie szczędzą tu kolendry, dbają o wygląd, a obsługę mają świetną. W żołnierskich słowach: dobry adres. Warto dla niego wybrać się na Kazimierz.
A jak wam się to nie podoba, to sobie zróbcie wodzionkę.
Kalinka, św. Gertrudy 7
Dwie osoby z winem 108,50 zł.
Manzana, Miodowa 11
Trzy osoby bezalkoholowo 99 zł. Tanio.
- 1 komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]



