Bar 13. Ostryga i podsumowanie

Wojciech Nowicki
01.01.2010 , aktualizacja: 01.01.2010 13:35
A A A Drukuj
Miasto się wyludniło na chwilę, potem zaczęło się znów zaludniać. Minęły chwile obowiązkowego obżarstwa przy stole, chwile narodowego atawizmu przy choince.
Ciekawe, mówiąc nawiasem, ile jeszcze musi czasu minąć, zanim okołoświąteczny obyczaj zmieni się na dobre, zanim - a niech będzie tradycjonalistom - gorsza moneta wyprze lepszą, zniknie karp i pojawi się na jego miejscu co innego; zanim masowe bicie karpia pod blaszakami w całym kraju zastąpione zostanie przez kupowanie innych ryb. Ale o tym sobie podyskutujemy, drogie i drodzy, w roku przyszłym (taką mam nadzieję), przed świętami, teraz na gorąco chciałem wam natrętną myśl zaszczepić; a teraz się rzucę na inne tematy.

Zacznę ten kawałek w piwnicy, przy Rynku Głównym, numer 13. Między sklepem z winem i sklepem z luksusową żywnością znajduje się tam przestrzeń barowa, nazwana Barem 13. Lubię tam siadać na kawie (czasem popatrzę łakomym okiem na torcik - o torciku zresztą bardzo dawno temu pisałem, i nic się nie zmieniło w tej materii. Nadal jest znakomity); ale tym, co szczególnie odróżnia ten bar od innych barów w mieście, jest obecność ostryg. Przedstawcie to sobie: siedzą ludzie przy barze (na zewnątrz mróz albo chlapa, nieważne, na pewno będzie to jakiś niemiły przejaw znienawidzonej, depresjogennej pory roku), popijają to i owo, nie wiedzieć czemu mają mnóstwo wolnego czasu, a między ich łokciami stoi sobie naczynie z lodem. A w tym naczyniu wyłożone mięczaki w tych szarych, nieco kanciastych muszlach, które przypominają kawał odłupanej skały. Ostrygi.

Czy może być coś lepszego, niż tuzin surowych małży na przegonienie zimy? Myśli złe odlatują z furkotem, na ich miejscu gnieżdżą się nowe, rodem z krajów, które nie znają naszych smutków. Człowiek połknie sobie ostrygę (zimny kształt zanurzony w morskiej wodzie) i już patrzy na sąsiadów z baru bardziej uśmiechnięty; już go przestaje dotykać dziwne zachowanie, rozmowa głośna czy cygaro palone przy sąsiednim stoliku (to niestety popularna rozrywka klientów tego baru); już mu nawet telewizor nie przeszkadza, ani zima, którą z poziomu minus jeden wyczuwa, jak się sroży na poziomie zero, na poziomie Rynku Głównego - zima, która zeszkliła wszystko, pokryła bryłą lodu i zapewne jeszcze długo nie puści. Tuzin ostryg, kropla cytryny, kieliszek białego albo nawet butelka, i zima idzie w niepamięć, rozpuszcza się jak śnieg, który spadł na wyciągniętą rękę. Małże, drogie czytelniczki, czytelnicy drodzy, należą we Francji do dań końca roku; widać Francuzi też potrzebują podniesienia na duchu, ale lepiej niż my wiedzą, jakim jedzeniem to uczynić. A tam, trudno, niech mnie nazwą małpą francuską, ja idę pod trzynastkę, pod ziemię, żeby się zaszczepić przeciw depresji. Zachęcam do tego samego. (A jeśli uważacie, że to przesada, to sobie kupcie koszyczek w Makro i zjedzcie w domu).

Ostatnio mówili mi przyjaciele z zachwytem o Austriakach na rynku wrocławskim: że tam zostali wpuszczeni ze swoimi wozami, że handlują winem, piwem, serem, kiełbasą; a razem z nimi jacyś Niemcy, i że lud Wrocławia siedzi, je na ławach, kupuje na zapas. W zeszłym roku ci Austriacy handlowali też w innych miastach okolicznych; krążyli jak Cyganie niedźwiednicy, rozstawiali swoje budy, podawali po kawałku sera na końcu noża, zachęcali śpiewnie i dogadywali się z ludem miejscowym, choć języków nie znali. Wiecie, dokąd zmierzam? Czemu ja o tych Austriakach serowarach i kiełbaśnikach słyszę z ludowej opowieści, przekazywanej z ust do ust? Czemu się tworzy legenda, legenda pełna pozytywnych napięć, czemu zachwyt rośnie i spływa cały na - przemiłe skądinąd, ale obce mi właściwie - miasto Wrocław i jego władze? Dlaczego, pytam w zasadzie bez najmniejszej nadziei na odpowiedź, zamiast po raz kolejny oglądać popisy rozmrażania brei na Rynku (zwane grillowaniem), zamiast patrzeć na biedę naszą i nędzę, nie miałbym ponapawać się bogactwem zza pobliskich granic? A niech tam, nawet spuszczę z tonu, bardzo proszę: jeśli nas na Austriaków nie stać, niech będą budy z innych regionów Polski, albo z innych niż Austria krajów. Niech przyjadą Czesi z Moraw, albo Węgrzy ze swoim winem i paprykarzem, albo ktokolwiek - byle inaczej było, byle odświętnie, byle wprowadzić jakiś nowy element. Święta minęły, więc mówię to na trzeźwo, ale z naciskiem: dość grilla, dość najgorszego na świecie grzańca. Niech znikną z Rynku na zawsze.

Pamiętam, że się kiedyś dało to zrobić - przyjeżdżali austriaccy handlarze na święto ulicy Krupniczej. Można było kupić kiełbaski i wino, można było się ogrzać w słońcu ich szwargotania. A skoro się dało lata temu, to i teraz można by ich sprowadzić zapewne. To jest mój postulat na nowy rok i moje dla was życzenie.

Parę podsumowań. Poupadały liczne knajpy (mam nadzieję napisać jeszcze o tym szerzej) i liczne nowe powstały. Trudno powiedzieć, czy poszło ku lepszemu, czy ku gorszemu - w masie nie widać różnicy. Powiem to wyraźnie, a wy, moje drogie czytelniczki, i wy, drodzy czytelnicy, zastanówcie się nad tym pilnie: nieważne w którą stronę drga wskazówka, mnie się wydaje, że od dobrych paru lat Kraków nie idzie do przodu, nie wyznacza nowych kierunków. Nic stąd nie idzie w Polskę (ani tym bardziej w świat), tylko z Polski do Krakowa jest przywożone i tu kopiowane. Nie powstały knajpy, które swoją obecnością na dobre naznaczyłyby - choćby polski - rynek kulinarny; owszem, są zalążki (kto uważnie czytał, ten wie), które trzeba uważnie obserwować i czekać. Na razie nie pora na adresy, ale urodziły się w ostatnim roku restauracje, którym należy poświęcić czas, żeby zobaczyć, co się dalej z nich wykluje. Ale - gdybym miał określić aktualny stan jak najkrócej - to kudy Krakowowi do innych miast świata. Na razie jest trochę jak na Rynku w okresie świątecznym: mamy to co zawsze i niezbyt sobie chwalimy nowe.

Więc póki co moje podsumowanie jest proste i praktyczne: szukać swojej ostrygi, zmysł smaku wyczulać, jeśli to możliwe - jadać co lubimy.

Bar 13, Rynek Główny 13

Kanapka, tuzin ostryg, dwie lampki wina - 110 zł. Za tę cenę dwie osoby bardzo zadowolone.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu