Tanie Dranie, Bordo, Deli Bar. Tłuste, zimowe obiady
15.01.2010
, aktualizacja: 15.01.2010 13:17
Wsiadłem do tramwaju. Był to tramwaj zwykły, choć nowy, jeden z tych bombardierów, co wabią cichą elegancją, podługowatych i zaokrąglonych; nosił numer osiem, w kierunku na Borek (lubię jeździć w tamtym kierunku, tyle ciekawych przystanków po drodze).
Jechałem sobie, siedziałem wygodnie, tylko nuda doskwierała, bo zapomniałem lektury. Ale od czego jest ten tramwaj nowoczesny? Od czego wiszą w nim telewizory? Telewizor zrobił pstryk i przestał wyświetlać dziwaczne mazie, nieudatnie udające malarstwo (skąd, mówiąc nawiasem, oni, ci tajemniczy oni z telewizji M, biorą te mazie? Kto im je maziuje? I jakiż to mędrzec rzuca okiem na te mazie i nazywa je mądrze: mazie krzywe, ale rozpoznawalne, nazywa "realizm"; artystą realistą od krzywego malowania jest na przykład niejaki Zujewicz; mazie plamiste nazywa "impresjonizm", choć jest nurt historycznie osadzony i dawno już martwy).
Mniejsza z tym wszystkim. Jadę, tramwaj skończył z malarstwem, teraz wyświetla napisy. Wiercę się nerwowo w siedzeniu, bo coś mnie w napisie kole (a zgadnijcie, czytelniczki miłe, i wy, mądrzy czytelnicy, co mnie tak kole?): "Na Sacharze przez te wszystkie suche lata...", zaczynał się napis, a ja, jak kurczak przed wężem postawiony, patrzyłem na pierwszą część napisu i zdrętwiałym okiem nie mogłem objąć drugiej. A zaraz potem pokazało się takie coś: "Podczas godziny spędzonej przed telewizorem zużywamy energię zawartą w jednym jajku". A jeśliśmy jajka nie jedli? To co? No i gdzie konkretnie się w jajku owa energia zawiera? Że jajko zawiera białko i żółtko - o tym, owszem, słyszałem, ale żeby tak czystą energię na kilogramy?
Wy sobie oczywiście myślicie, że to była jednorazowa wpadka, wy wszyscy, którzy nie używacie pojazdów z telewizją; że taka Sachara i jajczana energia może się przydarzyć każdemu. Jesteście w błędzie. Bo zdarzyło się, że dnia następnego jechałem "ósemką" w kierunku przeciwnym - z Borku na Bronowice; w telewizor byłem wpatrzony od samego początku. Zrazu nie działo się nic. Ot, jakieś tam głupstwa, że "huragany (...) niezależnie od nazwy są naprawdę groźne" - nawet mi ulżyło, bo też tak myślałem, ale nie miałem pewności. Przyszła mi też do głowy myśl, że skoro takie stwierdzenia wyświetla telewizor, to można by zamieszczać w tramwajach myśli pisarza Żulczyka z wywiadu pomieszczonego w "Gazecie". Też są dobre: "Kraków przypomina trochę słoik z kiszoną kapustą" na przykład albo jego przewrotne: "Istnieje jednak jakaś specyfika miasta, która sprawia, że niektórzy stąd wyjeżdżają, a jeszcze bardziej sprawia, że większość ludzi dalej tu przebywa". Albo taki dialog: pytający pyta: "I gdybyś miał teraz porównać Kraków z Warszawą, to czego ci tutaj brakowało?", a odpowiadający - a więc pisarz Żulczyk - z gracją odpowiada: "To porównywanie jest bez sensu, bo Warszawa jest zupełnie innym miastem". Groźne, groźne myśli, zaiste godne tramwaju i jego telewizji.
I wtedy "ósemkę" rozświetliła wieść elektryzująca: "Rząd Korei Południowej pomoże panną i kawalerom zasiadających w urzędach państwowych znaleźć drugą połowę". Tak to brzmi dokładnie. Przeczytajcie to sobie raz jeszcze, a dojrzycie całą urodę.
"Ósemka" wiozła mnie z centrum na Kazimierz; tam dokonałem próby kulinarnej na ulicy Józefa w miejscu, gdzie przez dłuższy czas była Fabryka Pizzy. Pizza przeniosła się do Momentu, Moment do Buena Vista, Buena Vista odeszła w niepamięć. A więc dawna Fabryka Pizzy, dziś Tanie Dranie: tablica na zewnątrz zachęca do próbowania kuchni domowej, maminej. Wnętrze przyjemne, wielka tablica, na której codziennie się coś zmienia. I choć to nie są frykasy nad frykasy, żadna tam kuchnia wielka, to warto zaspokoić głód za kilkanaście złotych w miejscu dobrze oświetlonym, z jedzeniem szybko podanym i zrobionym na zamówienie. Jadłem w Tanich Draniach placki ziemniaczane, piłem kompot (no, zamówiłem raczej, niż piłem), spróbowałem polskiej mieszanki sałatkowej - jeśli ktoś się taką kuchnią żywi na co dzień, to będzie mógł tu wracać i będzie zadowolony. Golonka, schabowy, placki, pierogi, tego typu specjalności dla nostalgicznych i niepotrafiących inaczej. Kazimierz - to jest dziwne, ale tak jest - nadal ma niedosyt knajpek codziennych, na przyzwoitym poziomie, gdzie obiad kosztuje tyle co obiad, a nie walizka od Vuittona.
W podobnym duchu frytki, kotlet, zestaw surówek - jest też inna nowość rynkowa, Bordo na Gołębiej (nawiasem mówiąc, co też nam się na tej Gołębiej porobiło! Zagłębie spożywcze, konkurencja dla Rynku). Tylko że jest to Bordo dziwne - taki klub, piwiarnia na nową modłę, ciemna, nawet mroczna; a mrok picie sugeruje, do jedzenia bardzo zniechęca. Poszliśmy z kolegami, grupą wydawało się raźniej. No i owszem, nic się nam nie stało w tych ciemnościach, nie ponieśliśmy uszczerbku na zdrowiu; i tyle. Ziemniak na różne sposoby, mięso różnie oprawione (przeważa kotlet, bo kotlet to jest nasz sztandar narodowy) i zestaw surówek, na którego widok mam ochotę uciekać. Wszystko nijakie, w towarzystwie gałęzi spowitych diodami (to się nazywa atmosfera), z poczuciem, że papieros i piwo są tu bardziej na miejscu niż jakiekolwiek jedzenie.
Co tu kryć: Tanie Dranie górą, choć to knajpa należąca do tej samej sieci co Fabryka Pizzy, są opcją sensowną. Bordo natomiast nie. Ale, szanowni współmieszkańcy słoika kapusty, jest inna propozycja na sezon. Niech was to nie dziwi: to jest znów propozycja węgierska. Chcecie się najeść dobrze i przy tym niebywale obficie? Wyjście jest jedno - zimowa karta Deli Baru. Talerz dla dwojga - ryż, pieczone ziemniaki, panierowany schab zawijany z szynką i wędzonym serem, schab po cygańsku, schab smażony w winie - to jest góra mięsa i dodatków na platerowanej tacy, a kosztuje 44 zł, trzy głodne osoby też się wyżywią. A przy tym schab smażony w winie jest, mówiąc bez ogródek, doskonały. A jeśli ktoś ma większe możliwości, jeśli mu zawsze mało, to pozostaje mu zamówić z jednodniowym wyprzedzeniem "koryto małe" (dla czterech osób) lub "koryto duże". Zamówić, zjeść i w błogim nastroju czekać ocieplenia.
Tanie Dranie, ul. Józefa 34
Bordo, ul. Gołębia 3
Deli Bar, ul. Meiselsa 5
Mniejsza z tym wszystkim. Jadę, tramwaj skończył z malarstwem, teraz wyświetla napisy. Wiercę się nerwowo w siedzeniu, bo coś mnie w napisie kole (a zgadnijcie, czytelniczki miłe, i wy, mądrzy czytelnicy, co mnie tak kole?): "Na Sacharze przez te wszystkie suche lata...", zaczynał się napis, a ja, jak kurczak przed wężem postawiony, patrzyłem na pierwszą część napisu i zdrętwiałym okiem nie mogłem objąć drugiej. A zaraz potem pokazało się takie coś: "Podczas godziny spędzonej przed telewizorem zużywamy energię zawartą w jednym jajku". A jeśliśmy jajka nie jedli? To co? No i gdzie konkretnie się w jajku owa energia zawiera? Że jajko zawiera białko i żółtko - o tym, owszem, słyszałem, ale żeby tak czystą energię na kilogramy?
Wy sobie oczywiście myślicie, że to była jednorazowa wpadka, wy wszyscy, którzy nie używacie pojazdów z telewizją; że taka Sachara i jajczana energia może się przydarzyć każdemu. Jesteście w błędzie. Bo zdarzyło się, że dnia następnego jechałem "ósemką" w kierunku przeciwnym - z Borku na Bronowice; w telewizor byłem wpatrzony od samego początku. Zrazu nie działo się nic. Ot, jakieś tam głupstwa, że "huragany (...) niezależnie od nazwy są naprawdę groźne" - nawet mi ulżyło, bo też tak myślałem, ale nie miałem pewności. Przyszła mi też do głowy myśl, że skoro takie stwierdzenia wyświetla telewizor, to można by zamieszczać w tramwajach myśli pisarza Żulczyka z wywiadu pomieszczonego w "Gazecie". Też są dobre: "Kraków przypomina trochę słoik z kiszoną kapustą" na przykład albo jego przewrotne: "Istnieje jednak jakaś specyfika miasta, która sprawia, że niektórzy stąd wyjeżdżają, a jeszcze bardziej sprawia, że większość ludzi dalej tu przebywa". Albo taki dialog: pytający pyta: "I gdybyś miał teraz porównać Kraków z Warszawą, to czego ci tutaj brakowało?", a odpowiadający - a więc pisarz Żulczyk - z gracją odpowiada: "To porównywanie jest bez sensu, bo Warszawa jest zupełnie innym miastem". Groźne, groźne myśli, zaiste godne tramwaju i jego telewizji.
I wtedy "ósemkę" rozświetliła wieść elektryzująca: "Rząd Korei Południowej pomoże panną i kawalerom zasiadających w urzędach państwowych znaleźć drugą połowę". Tak to brzmi dokładnie. Przeczytajcie to sobie raz jeszcze, a dojrzycie całą urodę.
"Ósemka" wiozła mnie z centrum na Kazimierz; tam dokonałem próby kulinarnej na ulicy Józefa w miejscu, gdzie przez dłuższy czas była Fabryka Pizzy. Pizza przeniosła się do Momentu, Moment do Buena Vista, Buena Vista odeszła w niepamięć. A więc dawna Fabryka Pizzy, dziś Tanie Dranie: tablica na zewnątrz zachęca do próbowania kuchni domowej, maminej. Wnętrze przyjemne, wielka tablica, na której codziennie się coś zmienia. I choć to nie są frykasy nad frykasy, żadna tam kuchnia wielka, to warto zaspokoić głód za kilkanaście złotych w miejscu dobrze oświetlonym, z jedzeniem szybko podanym i zrobionym na zamówienie. Jadłem w Tanich Draniach placki ziemniaczane, piłem kompot (no, zamówiłem raczej, niż piłem), spróbowałem polskiej mieszanki sałatkowej - jeśli ktoś się taką kuchnią żywi na co dzień, to będzie mógł tu wracać i będzie zadowolony. Golonka, schabowy, placki, pierogi, tego typu specjalności dla nostalgicznych i niepotrafiących inaczej. Kazimierz - to jest dziwne, ale tak jest - nadal ma niedosyt knajpek codziennych, na przyzwoitym poziomie, gdzie obiad kosztuje tyle co obiad, a nie walizka od Vuittona.
W podobnym duchu frytki, kotlet, zestaw surówek - jest też inna nowość rynkowa, Bordo na Gołębiej (nawiasem mówiąc, co też nam się na tej Gołębiej porobiło! Zagłębie spożywcze, konkurencja dla Rynku). Tylko że jest to Bordo dziwne - taki klub, piwiarnia na nową modłę, ciemna, nawet mroczna; a mrok picie sugeruje, do jedzenia bardzo zniechęca. Poszliśmy z kolegami, grupą wydawało się raźniej. No i owszem, nic się nam nie stało w tych ciemnościach, nie ponieśliśmy uszczerbku na zdrowiu; i tyle. Ziemniak na różne sposoby, mięso różnie oprawione (przeważa kotlet, bo kotlet to jest nasz sztandar narodowy) i zestaw surówek, na którego widok mam ochotę uciekać. Wszystko nijakie, w towarzystwie gałęzi spowitych diodami (to się nazywa atmosfera), z poczuciem, że papieros i piwo są tu bardziej na miejscu niż jakiekolwiek jedzenie.
Co tu kryć: Tanie Dranie górą, choć to knajpa należąca do tej samej sieci co Fabryka Pizzy, są opcją sensowną. Bordo natomiast nie. Ale, szanowni współmieszkańcy słoika kapusty, jest inna propozycja na sezon. Niech was to nie dziwi: to jest znów propozycja węgierska. Chcecie się najeść dobrze i przy tym niebywale obficie? Wyjście jest jedno - zimowa karta Deli Baru. Talerz dla dwojga - ryż, pieczone ziemniaki, panierowany schab zawijany z szynką i wędzonym serem, schab po cygańsku, schab smażony w winie - to jest góra mięsa i dodatków na platerowanej tacy, a kosztuje 44 zł, trzy głodne osoby też się wyżywią. A przy tym schab smażony w winie jest, mówiąc bez ogródek, doskonały. A jeśli ktoś ma większe możliwości, jeśli mu zawsze mało, to pozostaje mu zamówić z jednodniowym wyprzedzeniem "koryto małe" (dla czterech osób) lub "koryto duże". Zamówić, zjeść i w błogim nastroju czekać ocieplenia.
Tanie Dranie, ul. Józefa 34
Bordo, ul. Gołębia 3
Deli Bar, ul. Meiselsa 5
- 33 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
23 głosy
-
Redaktorek potworek
h-mol
17.01.10, 22:37
Cóż za pretensjonalny bełkot! Żurnalista Nowicki to jak widać kolejny, obok niejakiego Wiatraka wynalazek Krakowskiego Dodatku do Reklam.»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





