Love Krove. Kazimierz Burger King
09.04.2010
, aktualizacja: 25.04.2010 12:47
Sytuacja jest nieco niewygodna - dla was, czytelnictwo drogie, i dla mnie - choć przecież spodziewana: jesteśmy jak balon nadęci, otumanieni nudą świąteczną; trochę przepici i troszkę żądający odmiany.
ZOBACZ TAKŻE
- Na Kleparz marsz! (21-05-10, 19:21)
- Marchewka z Groszkiem, Restauracja Jadełko. Moja odmowa, niezgoda i upór (14-05-10, 12:56)
No to ja wam tę odmianę dostarczę. (Wierzyć się nie chce: piszę do was te słowa w dzień jeszcze świąteczny, na ulicy cisza, obywatele miasta siedzą po domach. W Rynku mokną świąteczne budy, już wnika w ich deski myśl o rychłej rozbiórce; sklepy zamknięte na cztery spusty, przychodzą esemesy z pytaniem, gdzie można kupić skibkę chleba. I co tu odpowiedzieć - nie ma takiego sklepu, towar zamknięty na cztery spusty czeka na lepsze czasy. Dopadły nas obowiązkowe święta; a święta pod przymusem są gorsze od więzienia).
W ostatnich dniach przed świątecznym szałem z najściślejszych moich kręgów rodzinnych nadeszła wiadomość, że na Facebooku jest reklama pewnego lokalu; lokalu jeszcze nam nieznanego, ale (sądziliśmy) który mógłby się nam spodobać. Położony jest w dzielnicy Kazimierz, ale w takim zakąteczku, który jest w zasadzie nieuczęszczany (o ile jeszcze istnieją takie). I najważniejsze: profil tej jadłodajni jest bardzo jednolity, bo ściśle burgerowy - co też sprawia nam przyjemność i daje nadzieję na pewną odmianę.
Albowiem, mieszkanki i mieszkańcy grodu, nie ma u nas zbyt wielu lokali z burgerem. Ja pominę od razu lokal z dużym, żółtym (firma mówi, że złotym) "M" w tytule - tym "M", które jest jak brama do lepszego świata (ale się okazuje, że lepszy świat śmierdzi tłuszczem i w zasadzie nie jest bardzo zdrowy). Mówimy o sprawach poważnych, a nie o bułce z fabryki. A więc, burgeromani, gdzie tu pójść, kiedy przyciśnie człowieka konieczność? Wygląda na to, że burger w wersji lux, z prawdziwym mięsem z prawdziwego zwierzęcia, z frytkami, taki burger, który jedzeniem jest, a nie paszą, znajdziemy w restauracji Metropolitan. Nie pasuje mi tamtejsza bułka, uważam, że jest zbyt twarda, ale poza tym jest tak jak trzeba. Jest też Burger Profesora Markowskiego, znanego żarłoka, osobowości wulkanicznej, zwany również Burgerem Guliwer (bo go sprzedają w bistro Guliwer); jest on pomysłem znanego humanisty o lekko amerykańskim zboczeniu, zaś knajpa - chciałoby się rzec - tylko jego pomysł wykonuje. Czasem jem, bo mam blisko domu. A potem pustka. Nic. Potem to już jechać za dalekie wody, żeby burgerem się najeść. Sytuacja, przyznacie, dołująca.
Aż tu te wieści z Facebooka: ulica Józefa 8, lokal się nazywa Love Krove. W zasadzie nic, co by do mnie pasowało. W zasadzie wnętrze, które pasuje idealnie do młodzieży wylansowanej i nieokreślonej płciowo, do tych ludzi młodych, choć bywałych, do przyszłych pokoleń wykładowców, póki co spędzających trzy ćwierci życia w specjalistycznych lokalach dla wylansowanej młodzieży. Wnętrze białe, z muralem na całą ścianę, z siedziskami różnej natury; coś pomiędzy niezwykle miłym barem dla wtajemniczonych, a fałszywą pijalnią mleka, gdzie się podaje wyłącznie alkohole. Tak to wygląda. Do ulicy Józefa nie pasuje - i całe szczęście. Do Krakowskiej - tym bardziej. Bo Love Krove to jest wyrodek; a ja, wiecie już o tym przecież, bardzo wyrodki lubię.
Karta tego lokalu budzi zdziwienie. Póki co, trzeba zapomnieć o burgerze z piwem albo o małej wódce na lepsze trawienie; Love Krove jeszcze nie ma koncesji (bo kiedy to piszę, minęło ledwie parę dni od otwarcia). Pozostaje to, co jest: burgery, gorące mleko i koktajle, w tym mleczne, oczywiście. Spróbowaliśmy jednego; nazywa się bananarama (mleko, banan, masło orzechowe, wanilia, kawałki czekolady). Robi wrażenie. To jest koktajl z gruntu obcy, ekstrakontynentalny, zapychający urokliwie, pozytywnie ładujący. Towarzyszka mojej kulinarnej podróży wypiła pół szklanicy i zgłosiła chęć wyjścia, bo lanczowy głód stępił się jej gwałtownie; a dzieła amerykańskiej sztuki kulinarnej dopiero przed nami stawały.
Ja zamówiłem burgera Alvaro - z kiełbasą chorizo, rukolą, serem, sosem tabasco (ale chorizo nie było akurat, więc spytano mnie grzecznie, czy nadal reflektuję, jeśli zamiast chorizo będzie paprykowe hiszpańskie salami. Takie podejście do sprawy podoba mi się bardzo: bez ściemniania). Jeśli mam opisać to danie w kilku słowach, to wygląda następująco: spora bułka, mięso nieprzesadnie usmażone - za co składam gratulacje; nie rozpada się na cząstki, co też znakomicie, bo niekiedy przesadzają ze zdrowotnością hamburgera i jego mięsną czystością (i wtedy klops, bo się rozpada jak przyschnięty chleb); paprykowa kiełbasa świetnie wyostrza danie, rukola pierwszej świeżości nadaje chrupkości. No, kłamał nie będę: byłem zachwycony. Bułka może odrobinę zbyt twarda - bo to była bułka ziarnista - ale smaczna. W osobnej miseczce ćwiartki ziemniaków, pyszne. Takie jedzenie lubi każdy człowiek, tylko często wstydzi się powiedzieć (albo nie wie, że mu wolno lubić).
Drugi burger, bodaj Diego, był w identycznej bułce, identycznej jakości, z salsą z pomidorów i awokado, z roszponką; też był znakomity, powiem to drukowanymi literami, żeby była jasność. No co więcej powiedzieć? W ustach się rozpływa, świeży dodatek roślinny robi mu doskonale, jest wesoło, kolorowo, chrupko; a mięso wspominam jak najlepiej. Wzięliśmy jeszcze sałatkę - mają tu wielkie porcje, więc lepiej uważać i nie zamówić zbyt wiele - taka mieszanka sałat z przewagą szlachetnej zieleniny, świeżej, zielonej jak jasna cholera roszponki, z cebulą, awokado i pomidorem, z mocnym dressingiem, który chce się do ostatniej kropli wycierać usłużną bułką.
Tak, wiem, to może się wydać dziwne, ale ja ten lokalik świeżo narodzony (z problemami, na jakie cierpią młode lokale, z przerwami w dostawie prądu, z brakiem alkoholu) polecam również wegetarianom. Warto się tu wybrać na sałatę; w naszej awokado było niedojrzałe, ale właściciele przyjęli to do wiadomości i awokado wycofali ciupasem. Warto odwiedzić niedocenianą strefę ulicy Józefa, żeby zjeść w Krovie cokolwiek, żeby ponapawać się wnętrzem, żeby się wylansować. Bo lansować zawsze się warto.
Love Krove, ul. Józefa 8
Bardzo obfity lancz dla dwojga - około pięciu dych.
Autopoprawka. W czasie śniadania wielkanocnego zwrócono mi uwagę, że Rafała Targosza, znakomitego kucharza (obecnie z Hotelu Unicus), nazwałem Kamilem (też znana osoba). Więc przepraszam obu.
W ostatnich dniach przed świątecznym szałem z najściślejszych moich kręgów rodzinnych nadeszła wiadomość, że na Facebooku jest reklama pewnego lokalu; lokalu jeszcze nam nieznanego, ale (sądziliśmy) który mógłby się nam spodobać. Położony jest w dzielnicy Kazimierz, ale w takim zakąteczku, który jest w zasadzie nieuczęszczany (o ile jeszcze istnieją takie). I najważniejsze: profil tej jadłodajni jest bardzo jednolity, bo ściśle burgerowy - co też sprawia nam przyjemność i daje nadzieję na pewną odmianę.
Albowiem, mieszkanki i mieszkańcy grodu, nie ma u nas zbyt wielu lokali z burgerem. Ja pominę od razu lokal z dużym, żółtym (firma mówi, że złotym) "M" w tytule - tym "M", które jest jak brama do lepszego świata (ale się okazuje, że lepszy świat śmierdzi tłuszczem i w zasadzie nie jest bardzo zdrowy). Mówimy o sprawach poważnych, a nie o bułce z fabryki. A więc, burgeromani, gdzie tu pójść, kiedy przyciśnie człowieka konieczność? Wygląda na to, że burger w wersji lux, z prawdziwym mięsem z prawdziwego zwierzęcia, z frytkami, taki burger, który jedzeniem jest, a nie paszą, znajdziemy w restauracji Metropolitan. Nie pasuje mi tamtejsza bułka, uważam, że jest zbyt twarda, ale poza tym jest tak jak trzeba. Jest też Burger Profesora Markowskiego, znanego żarłoka, osobowości wulkanicznej, zwany również Burgerem Guliwer (bo go sprzedają w bistro Guliwer); jest on pomysłem znanego humanisty o lekko amerykańskim zboczeniu, zaś knajpa - chciałoby się rzec - tylko jego pomysł wykonuje. Czasem jem, bo mam blisko domu. A potem pustka. Nic. Potem to już jechać za dalekie wody, żeby burgerem się najeść. Sytuacja, przyznacie, dołująca.
Aż tu te wieści z Facebooka: ulica Józefa 8, lokal się nazywa Love Krove. W zasadzie nic, co by do mnie pasowało. W zasadzie wnętrze, które pasuje idealnie do młodzieży wylansowanej i nieokreślonej płciowo, do tych ludzi młodych, choć bywałych, do przyszłych pokoleń wykładowców, póki co spędzających trzy ćwierci życia w specjalistycznych lokalach dla wylansowanej młodzieży. Wnętrze białe, z muralem na całą ścianę, z siedziskami różnej natury; coś pomiędzy niezwykle miłym barem dla wtajemniczonych, a fałszywą pijalnią mleka, gdzie się podaje wyłącznie alkohole. Tak to wygląda. Do ulicy Józefa nie pasuje - i całe szczęście. Do Krakowskiej - tym bardziej. Bo Love Krove to jest wyrodek; a ja, wiecie już o tym przecież, bardzo wyrodki lubię.
Karta tego lokalu budzi zdziwienie. Póki co, trzeba zapomnieć o burgerze z piwem albo o małej wódce na lepsze trawienie; Love Krove jeszcze nie ma koncesji (bo kiedy to piszę, minęło ledwie parę dni od otwarcia). Pozostaje to, co jest: burgery, gorące mleko i koktajle, w tym mleczne, oczywiście. Spróbowaliśmy jednego; nazywa się bananarama (mleko, banan, masło orzechowe, wanilia, kawałki czekolady). Robi wrażenie. To jest koktajl z gruntu obcy, ekstrakontynentalny, zapychający urokliwie, pozytywnie ładujący. Towarzyszka mojej kulinarnej podróży wypiła pół szklanicy i zgłosiła chęć wyjścia, bo lanczowy głód stępił się jej gwałtownie; a dzieła amerykańskiej sztuki kulinarnej dopiero przed nami stawały.
Ja zamówiłem burgera Alvaro - z kiełbasą chorizo, rukolą, serem, sosem tabasco (ale chorizo nie było akurat, więc spytano mnie grzecznie, czy nadal reflektuję, jeśli zamiast chorizo będzie paprykowe hiszpańskie salami. Takie podejście do sprawy podoba mi się bardzo: bez ściemniania). Jeśli mam opisać to danie w kilku słowach, to wygląda następująco: spora bułka, mięso nieprzesadnie usmażone - za co składam gratulacje; nie rozpada się na cząstki, co też znakomicie, bo niekiedy przesadzają ze zdrowotnością hamburgera i jego mięsną czystością (i wtedy klops, bo się rozpada jak przyschnięty chleb); paprykowa kiełbasa świetnie wyostrza danie, rukola pierwszej świeżości nadaje chrupkości. No, kłamał nie będę: byłem zachwycony. Bułka może odrobinę zbyt twarda - bo to była bułka ziarnista - ale smaczna. W osobnej miseczce ćwiartki ziemniaków, pyszne. Takie jedzenie lubi każdy człowiek, tylko często wstydzi się powiedzieć (albo nie wie, że mu wolno lubić).
Drugi burger, bodaj Diego, był w identycznej bułce, identycznej jakości, z salsą z pomidorów i awokado, z roszponką; też był znakomity, powiem to drukowanymi literami, żeby była jasność. No co więcej powiedzieć? W ustach się rozpływa, świeży dodatek roślinny robi mu doskonale, jest wesoło, kolorowo, chrupko; a mięso wspominam jak najlepiej. Wzięliśmy jeszcze sałatkę - mają tu wielkie porcje, więc lepiej uważać i nie zamówić zbyt wiele - taka mieszanka sałat z przewagą szlachetnej zieleniny, świeżej, zielonej jak jasna cholera roszponki, z cebulą, awokado i pomidorem, z mocnym dressingiem, który chce się do ostatniej kropli wycierać usłużną bułką.
Tak, wiem, to może się wydać dziwne, ale ja ten lokalik świeżo narodzony (z problemami, na jakie cierpią młode lokale, z przerwami w dostawie prądu, z brakiem alkoholu) polecam również wegetarianom. Warto się tu wybrać na sałatę; w naszej awokado było niedojrzałe, ale właściciele przyjęli to do wiadomości i awokado wycofali ciupasem. Warto odwiedzić niedocenianą strefę ulicy Józefa, żeby zjeść w Krovie cokolwiek, żeby ponapawać się wnętrzem, żeby się wylansować. Bo lansować zawsze się warto.
Love Krove, ul. Józefa 8
Bardzo obfity lancz dla dwojga - około pięciu dych.
Autopoprawka. W czasie śniadania wielkanocnego zwrócono mi uwagę, że Rafała Targosza, znakomitego kucharza (obecnie z Hotelu Unicus), nazwałem Kamilem (też znana osoba). Więc przepraszam obu.
Polecamy: Musso Sushi. Płaski wykres
- 2 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
7 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





