Austriacki Smak. To już lepiej jechać do Wiednia
07.05.2010
, aktualizacja: 07.05.2010 19:03
To był weekend tabunów, które przeczyściły bankomaty, opróżniły kuchenne chłodnie. W restauracjach - od dawna już tego nie widziałem - obsługa zakleiła papierową taśmą liczne pozycje w jadłospisie.
ZOBACZ TAKŻE
- Rocking Horse. Ktoś pomyślał, że to okazja... (04-06-10, 18:37)
- C.K. Browar. Obżarstwo radosne (28-05-10, 14:38)
- Na Kleparz marsz! (21-05-10, 19:21)
- Marchewka z Groszkiem, Restauracja Jadełko. Moja odmowa, niezgoda i upór (14-05-10, 12:56)
"To ja może najpierw powiem", zaczynały swoje popisy kelnerki, "czego nam dzisiaj brakuje". (A niektórzy wywiesili urocze karteczki, że im się też weekend należy i zapraszają - tu narysowana buźka z uśmiechem - jak już wypoczną. Jakby nie rozumieli od czego jest gastronomia: od ułatwiania życia innym, nie sobie).
Krążyłem po Kazimierzu, przyciągnięty nowym lokalem. Austriacki Smak się nazywa; nawet nie wiecie, co to dla mnie znaczy (ale o tym za chwilę). Umówiłem się z grupą próbującą, że do tych Austriaków się wybierzemy natychmiast, bo nam kuchnie narodowe są drogie; no i, powiedzieliśmy sobie po raz nie wiem już który, od przybytku głowa nie boli. Jak nie masz ochoty na wietnamską, na japońską, koreańską, czeską, indyjską, włoską, niemiecką, francuską kuchnię, ani na żadne fusion - to cię może wtedy skusi Austria. O umówionej godzinie stawiliśmy się przed lokalem; tam się okazało, że na lokal składają się dwa stoliki raczej jedno - niż dwuosobowe wewnątrz oraz trzy stoliki ściśnięte na chodniku, pod parasolami. Właśnie zanosiło się na deszcz... Więc poszliśmy zupełnie gdzie indziej.
Muszę wyjaśnić, co mnie do tej Austrii tak ciągnie. Całkiem niedawno byłem w Wiedniu na rekonesansie. Wiadomo: jak nogi dłużej nie niosą, to do Trześniewskiego na parę kanapeczek z pastami i do tego na piwo w kufelku jak naparstek albo - jeśli odwagi staje - to oprzeć się o ladę i zjeść kiełbaskę przy kiosku, z bułką i colą. Jak się ma cały dzień - to na wypad do "Heuriger", czyli żeby się poszlajać po oberżach w Grinzingu na przykład - jak szczęście dopisze, to nie będzie tłumu Japończyków, wino uderzy do głowy, a kac nie zmęczy nazajutrz. Można się do tego objeść chłopskim jedzeniem, a dziad zapiewajło będzie umilał czas (to się nazywa Täglich Live-Musik, pienia w języku niemieckim do wtóru gitary, których bez wina raczej bym nie wytrzymał. Ale z winem się śmiałem jak głupi i było mi dobrze. No wyobraźcie sobie: winnice, do których się dojeżdża tramwajem i tramwajem bezpiecznie się wraca, śpiewki ludowe i dzban na stole). W samym Wiedniu restauracji, albo jeszcze lepiej - kawiarni z jedzeniem, jest od groma i można się poświęcić wyłącznie ich zwiedzaniu. Ale jak się pójdzie na targ zwany Naschmarkt i wśród bud targowych zje spóźnione śniadanie w jednej z restauracji; albo lepiej jeszcze - jak się człowiek prześpi dłużej jeszcze i pójdzie na targu od razu na obiad, do restauracji rybnej, u faceta, który dwie budy dalej rybami handluje... no to dopowiedzcie sobie resztę. Siedziałem tak przy śniadaniu, w oczy patrzyłem damie naprzeciwko, piłem kawę, jadłem bałkańskie przysmaki (w Wiedniu bałkańskie jest bardzo na miejscu); a wzdłuż podwyższenia, na którym stał stolik, płynęła wielojęzyczna rzeka. Płynęli ludzie z siatkami i bez siatek, a sprzedawca z budy naprzeciw wrzeszczał do tłumu w co najmniej siedmiu językach, w tym po polsku, z warszawskim akcentem; wrzeszczał swobodnie po rusku, przechodził na włoski, kiedy Włoszki podpływały do jego budy po chleb i szynkę; przechodził na dowolny język, nawet język jeszcze mu nieznany - i sprzedawał oliwy, suszone owoce, sery, bajgle, chleby; co tam zresztą chleby: on by siostrę sprzedał, gdyby nie potrzebował jej do pracy przy drugiej kasie. Artysta.
Zamarzyło mi się wtedy, że dożyję dnia, kiedy będę mógł zjeść na Kleparzu pieczoną jagnięcinę, i śniadanie ze świeżymi warzywami, i z chlebem domowym. I że będzie się to odbywało w warunkach higienicznych, ba, uroczych, że to nie będzie żadna obskurna buda z plastiku, tylko przeszklona forma, zaprojektowana przez architekta (a co, trzeba sobie stawiać ambitne cele). Bo ja takich śniadań i kolacji na targach w różnych miastach zebrałem już w pamięci sporo - i zawsze wspominam je najlepiej.
Więc nim minął dzień, poszliśmy do Austriackiego Smaku, podążając za wspomnieniami. Siedliśmy przy stoliku, na chodniku, tam, gdzie się rozszerza ulica Meiselsa, zanim dobije do Krakowskiej. Zjedliśmy, według karty, roladki z szynki tyrolskiej nadziewane regionalną pastą tyrolską "liptauer" - czyli mówiąc po ludzku gotowaną szynkę (produkcji jak najbardziej rodzimej, i nie najlepszą na dodatek), z twarogiem wymieszanym z papryką. Liptauer prawdziwy jest nieco bardziej skomplikowany, z kaparami; to taka pasta, jakiej u Trześniewskiego choćby można popróbować. Drugie podejście: styryjska zupa ludowa z mięsem i czarnymi oliwkami - a ponieważ były w tej zupie i ogórki kiszone, i plastry cytryny, to najbliżej jej było do rosyjskiej soljanki. Mówiąc bez ogródek, te zupy są kropka w kropkę podobne; tyle że styryjska siostra była przesolona. Odrobina uwagi i zupa będzie bardzo przyjemna - choć ja wolę pójść na rosyjski oryginał. Gulasz "Heurig" okazał się być kapustą z żeberkami, taką wielką, solidną porcją w sam raz dla wędrowca, do zjedzenia pośrodku chodnika. Od razu też powiem, że to jedyne danie, które wzbudziło moją aprobatę (choć wspomnienia, potrzeba austriackiego jedzenia mocno wpłynęła na tę ocenę). Spróbowaliśmy jeszcze kaszanki - zwykłej kaszanki "z ziemniakami boczkowymi oprószonymi karmelizowaną cebulą". Tak prószyli tę cebulę, że gdzieś znikła po drodze; a "ziemniaki boczkowe" to po prostu ziemniaki z boczkiem smażone. Smaczne. Jak to ziemniaki z boczkiem. (Były jeszcze knedle z makiem, ale w ramach sosu wystąpił budyń, więc je złośliwie pominę).
Cóż. Austria to to nie jest, ani kulinarna sztuka. Ot, bar na Kazimierzu, gdzie można pójść na żeberka i pewnie na kotlet. Ale jak sobie wspomnę na tamte smaki, na pewną knajpę, gdzie jadłem sztukę mięsa z klasycznymi sosami - i wierzcie lub nie, było to jedno z najlepszych dań, jakie w życiu jadłem... Wtedy wiem na pewno: tu jest udawanie, karta tylko z daleka wygląda na prawdziwą, a wykonanie, cóż, jak zwykle.
Austriacki Smak, ul. Meiselsa 9a
Dwie osoby zapłaciły 56 zł, ale zjadły za trzy.
Krążyłem po Kazimierzu, przyciągnięty nowym lokalem. Austriacki Smak się nazywa; nawet nie wiecie, co to dla mnie znaczy (ale o tym za chwilę). Umówiłem się z grupą próbującą, że do tych Austriaków się wybierzemy natychmiast, bo nam kuchnie narodowe są drogie; no i, powiedzieliśmy sobie po raz nie wiem już który, od przybytku głowa nie boli. Jak nie masz ochoty na wietnamską, na japońską, koreańską, czeską, indyjską, włoską, niemiecką, francuską kuchnię, ani na żadne fusion - to cię może wtedy skusi Austria. O umówionej godzinie stawiliśmy się przed lokalem; tam się okazało, że na lokal składają się dwa stoliki raczej jedno - niż dwuosobowe wewnątrz oraz trzy stoliki ściśnięte na chodniku, pod parasolami. Właśnie zanosiło się na deszcz... Więc poszliśmy zupełnie gdzie indziej.
Muszę wyjaśnić, co mnie do tej Austrii tak ciągnie. Całkiem niedawno byłem w Wiedniu na rekonesansie. Wiadomo: jak nogi dłużej nie niosą, to do Trześniewskiego na parę kanapeczek z pastami i do tego na piwo w kufelku jak naparstek albo - jeśli odwagi staje - to oprzeć się o ladę i zjeść kiełbaskę przy kiosku, z bułką i colą. Jak się ma cały dzień - to na wypad do "Heuriger", czyli żeby się poszlajać po oberżach w Grinzingu na przykład - jak szczęście dopisze, to nie będzie tłumu Japończyków, wino uderzy do głowy, a kac nie zmęczy nazajutrz. Można się do tego objeść chłopskim jedzeniem, a dziad zapiewajło będzie umilał czas (to się nazywa Täglich Live-Musik, pienia w języku niemieckim do wtóru gitary, których bez wina raczej bym nie wytrzymał. Ale z winem się śmiałem jak głupi i było mi dobrze. No wyobraźcie sobie: winnice, do których się dojeżdża tramwajem i tramwajem bezpiecznie się wraca, śpiewki ludowe i dzban na stole). W samym Wiedniu restauracji, albo jeszcze lepiej - kawiarni z jedzeniem, jest od groma i można się poświęcić wyłącznie ich zwiedzaniu. Ale jak się pójdzie na targ zwany Naschmarkt i wśród bud targowych zje spóźnione śniadanie w jednej z restauracji; albo lepiej jeszcze - jak się człowiek prześpi dłużej jeszcze i pójdzie na targu od razu na obiad, do restauracji rybnej, u faceta, który dwie budy dalej rybami handluje... no to dopowiedzcie sobie resztę. Siedziałem tak przy śniadaniu, w oczy patrzyłem damie naprzeciwko, piłem kawę, jadłem bałkańskie przysmaki (w Wiedniu bałkańskie jest bardzo na miejscu); a wzdłuż podwyższenia, na którym stał stolik, płynęła wielojęzyczna rzeka. Płynęli ludzie z siatkami i bez siatek, a sprzedawca z budy naprzeciw wrzeszczał do tłumu w co najmniej siedmiu językach, w tym po polsku, z warszawskim akcentem; wrzeszczał swobodnie po rusku, przechodził na włoski, kiedy Włoszki podpływały do jego budy po chleb i szynkę; przechodził na dowolny język, nawet język jeszcze mu nieznany - i sprzedawał oliwy, suszone owoce, sery, bajgle, chleby; co tam zresztą chleby: on by siostrę sprzedał, gdyby nie potrzebował jej do pracy przy drugiej kasie. Artysta.
Zamarzyło mi się wtedy, że dożyję dnia, kiedy będę mógł zjeść na Kleparzu pieczoną jagnięcinę, i śniadanie ze świeżymi warzywami, i z chlebem domowym. I że będzie się to odbywało w warunkach higienicznych, ba, uroczych, że to nie będzie żadna obskurna buda z plastiku, tylko przeszklona forma, zaprojektowana przez architekta (a co, trzeba sobie stawiać ambitne cele). Bo ja takich śniadań i kolacji na targach w różnych miastach zebrałem już w pamięci sporo - i zawsze wspominam je najlepiej.
Więc nim minął dzień, poszliśmy do Austriackiego Smaku, podążając za wspomnieniami. Siedliśmy przy stoliku, na chodniku, tam, gdzie się rozszerza ulica Meiselsa, zanim dobije do Krakowskiej. Zjedliśmy, według karty, roladki z szynki tyrolskiej nadziewane regionalną pastą tyrolską "liptauer" - czyli mówiąc po ludzku gotowaną szynkę (produkcji jak najbardziej rodzimej, i nie najlepszą na dodatek), z twarogiem wymieszanym z papryką. Liptauer prawdziwy jest nieco bardziej skomplikowany, z kaparami; to taka pasta, jakiej u Trześniewskiego choćby można popróbować. Drugie podejście: styryjska zupa ludowa z mięsem i czarnymi oliwkami - a ponieważ były w tej zupie i ogórki kiszone, i plastry cytryny, to najbliżej jej było do rosyjskiej soljanki. Mówiąc bez ogródek, te zupy są kropka w kropkę podobne; tyle że styryjska siostra była przesolona. Odrobina uwagi i zupa będzie bardzo przyjemna - choć ja wolę pójść na rosyjski oryginał. Gulasz "Heurig" okazał się być kapustą z żeberkami, taką wielką, solidną porcją w sam raz dla wędrowca, do zjedzenia pośrodku chodnika. Od razu też powiem, że to jedyne danie, które wzbudziło moją aprobatę (choć wspomnienia, potrzeba austriackiego jedzenia mocno wpłynęła na tę ocenę). Spróbowaliśmy jeszcze kaszanki - zwykłej kaszanki "z ziemniakami boczkowymi oprószonymi karmelizowaną cebulą". Tak prószyli tę cebulę, że gdzieś znikła po drodze; a "ziemniaki boczkowe" to po prostu ziemniaki z boczkiem smażone. Smaczne. Jak to ziemniaki z boczkiem. (Były jeszcze knedle z makiem, ale w ramach sosu wystąpił budyń, więc je złośliwie pominę).
Cóż. Austria to to nie jest, ani kulinarna sztuka. Ot, bar na Kazimierzu, gdzie można pójść na żeberka i pewnie na kotlet. Ale jak sobie wspomnę na tamte smaki, na pewną knajpę, gdzie jadłem sztukę mięsa z klasycznymi sosami - i wierzcie lub nie, było to jedno z najlepszych dań, jakie w życiu jadłem... Wtedy wiem na pewno: tu jest udawanie, karta tylko z daleka wygląda na prawdziwą, a wykonanie, cóż, jak zwykle.
Austriacki Smak, ul. Meiselsa 9a
Dwie osoby zapłaciły 56 zł, ale zjadły za trzy.
- 15 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
-
Wielkie żarcie Nowickiego. To już lepiej jechać...
stasieczek5
10.05.10, 06:31
Racja.Mojemu adwersarzowi z pierwszego wpisu odpowiadam krótko : TO NIE TAK. Ma rację redaktor, że jedzi ostro po bandzie. W gastronomii nie ma zlituj się. A szczególnie w polskiej »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





