Marchewka z Groszkiem, Restauracja Jadełko. Moja odmowa, niezgoda i upór
14.05.2010
, aktualizacja: 14.05.2010 12:56
No co ja będę kłamał, szacowni: głównie o to chodzi, żebyśmy byli zadowoleni. A pierwszy krok do zadowolenia jest taki: z każdą wizytą w knajpie ma nam smakować. Jakość nie ma prawa zjeżdżać w dół i cena ma być w miarę stała. To się wydaje proste, tak z daleka patrząc, ale jak się przyjrzeć z bliska, to rzecz się okazuje niewykonalna.
ZOBACZ TAKŻE
- Ranczo Frontiera (555 kilometrów od Krakowa). Niebo w gębie (11-06-10, 15:21)
- Rocking Horse. Ktoś pomyślał, że to okazja... (04-06-10, 18:37)
- C.K. Browar. Obżarstwo radosne (28-05-10, 14:38)
- Na Kleparz marsz! (21-05-10, 19:21)
- Austriacki Smak. To już lepiej jechać do Wiednia (07-05-10, 19:03)
- Diego i Bohumil. Kosmiczna mieszanka (02-05-10, 16:03)
- Lokalnie, czyli światowo (23-04-10, 17:52)
- Love Krove. Kazimierz Burger King (09-04-10, 12:59)
- Musso Sushi. Płaski wykres (02-04-10, 13:50)
- Wirginał. Głuchy instrument (26-03-10, 19:06)
Okraszę rzecz przykładem. Lokal Marchewka z Groszkiem, o którym miałem już okazję wspominać dwukrotnie - raz z zachwytem, że taka jadłodajnia powstała na Kazimierzu, przy ulicy Mostowej (tu nawias podwójny: Kazimierz, rzecz wiadoma, takich jadłodajni potrzebuje jak powietrza, bo wciąż ich zbyt mało; a ulica Mostowa, która się nazywała bez sensu przez długie lata, znów odnajduje swój most. O, przezorności władz, czekających ze zmianami, bo nigdy nic nie wiadomo i most może odrosnąć!); drugi raz pisałem o tym lokalu w tonie podenerwowanym - powody miałem, cóż, żywotne, ale to było dawno i trochę poszło w niepamięć.
Tym bardziej że kolegów mam, koledzy do Marchewki mają blisko i jakoś się tak złożyło, że poszliśmy. Marchewka się powiększyła, gości przybyło, przybyło też dań droższych, mam wrażenie. Najważniejsze jednak, że pozostały te wszystkie racuchy i inne dania drobne, pozwalające napełnić brzuch dość tanio w miejscu gwarnym i lubianym. Zanim przyszedł kelner - ospały młodzieniec, mamrotliwy, żywcem jakby wyjęty z "Alicji w Krainie Czarów", całkiem do pracy w gastronomii niedopasowany - minął z kwadrans. Zanim przyniósł napój, minął kwadrans następny (a jeśli przypadkiem was zastanawia, czemu siedzieliśmy tak grzecznie, to służę odpowiedzią: głód, głód, głód). Młodzieniec przyniósł w końcu jedzenie, ma się rozumieć: całkiem niejednocześnie. Jeden z nas pozostał poszkodowany; patrzył zbolałym wzrokiem na nasze talerze, wypełnione mięsem i węglowodanami. Cierpiał człowiek długo, ale na koniec zostało mu ulżone: dostał swoją wymarzoną porcję żeberek.
Powinien pozostać cichy i zadowolony, ale on ma naturę psuja i począł jęczeć (słowa grubiańskie pominę). "No przecież, jęczał, te żeberka są zamrożone". Rozglądał się po zakładzie, nie wiedząc, co począć z kęsem ciepło-lodowym, jaki utkwił mu w paszczy. "No co ja mam teraz zrobić, ja głodny jestem"; bo myślał z rozpaczą o nowych godzinach oczekiwania pod niesprawną opieką kelnera, tej smutnej istoty niepotrafiącej wydusić z siebie cienia uśmiechu. W końcu podjął decyzję i udał się do baru - bo kelner, ma się rozumieć, ulotnił się gdzieś na długi czas i był niedostępny. Sprawa została załatwiona polubownie, żeberka zamieniono na co innego, głodni zostali nasyceni. Ale na koniec - w końcu marka zobowiązuje - nasz anioł stróż zapomniał o jakimś zamówieniu. Kiedy wychodziliśmy z Marchewki z Groszkiem, on stał i patrzył na nas. Życia było w nim tyle, co w spróchniałej kłodzie. Ani "do widzenia", ani nic innego nie powiedział. Nic po prostu. Chce się wyć, drogie i drodzy.
Więc jeśli pytacie, jak Marchewka z Groszkiem ma się do wyłuszczonych na wstępie zasad, to odpowiadam możliwie beznamiętnie: nijak. Po pierwsze za sprawą kucharza (bo wydać danie na wpół zamrożone to jest poruta), bo drugie za sprawą obsługi (nieobsługi raczej). Muszę przyznać, że tak po ludzku, po prostu, ja tego nie rozumiem. Marchewka wygląda na kwitnący biznes, bo koncept udany i ludzie walą jak w dym. Ale za każdym razem dzieje się coś takiego, że chce się wiać i nie wracać już nigdy: czeka się w nieskończoność, podają dania nienadające się do spożycia - o ile w ogóle coś podają; a obsługa ignoruje klientelę i prezentuje swoje boleści.
Z drugiej strony miasta, tej centralnej, turystycznie dopieszczonej, znalazłem nową restaurację piwniczną o nazwie, która przyprawia mnie o drżenie: nazywa się ten lokal Restauracja Jadełko. Z ciekawości zacząłem drążyć, któż tak ślicznie nazwał swój przybytek. Parę kliknięć i oto, co znalazłem: knajpa należy do Kuchni Smakosza SC., a ta z kolei spółka specjalizuje się w kateringu i sprzedaży wyrobów garmażeryjnych. Wiecie, to są rejony takiej polszczyzny na przykład: "zamawiając co najmniej cztery zestawy, cena jednego wynosi 12,00 zł", to są rejony takich dań: "pierogi ruskie, pierogi z kapustą i grzybami, pierogi z serem, pierogi z mięsem, kopytka, barszcz z uszkami, barszcz z krokietem, zupa dnia, barszcz solo, gołąbki z sosem, ziemniaki, surówka, frytki, sos pieczarkowy". Lista żywcem przepisana ze strony internetowej, ale - nieprawdaż - jest to lista, którą każde z nas mogłoby wyrecytować wyrwane ze snu najgłębszego: bo to spis narodowy, barowe doznania na pograniczu koszmaru. I raptem z kopytek i barszczu solo wyrasta to Jadełko (nazwa, która staje mi ością w gardle, bo bardziej pasuje do budy na placu targowym - naturalnym środowisku SC Kuchnia Smakosza), wypasiona restauracja w piwnicach już nie pamiętam z którego wieku; z malunkami na ścianach, pretensją wypisana na obliczu i cenami z innego kosmosu.
Przyszedłem tam prosto z Kleparza, objuczony siatami wypełnionymi dobrem - a buchał z nich zapach zieleniny, sera, świeżego chleba, małosolnego ogórka. I to jest taktyczny błąd: bo kiedy ma się pod nosem takie rzeczy, to kolorowo podane ragout z baraniny (z przewagą warzyw), z pieczonymi ziemniaczkami jest bez szans. Bo choć to restauracja, to stoi za nią cień baru. Już to tłumaczę. Sala wąska i ciemna. Ryczy włoska muzyka (to nie dowcip, to nie przesada, tylko minimalistyczny opis rzeczywistości). Sól i pieprz w plastikowych stojakach z reklamą - bo wszystko tu możliwie najtańsze. Oprócz jedzenia, ma się rozumieć: jedzenie (któremu nie poświęcam uwagi, ale tylko dlatego, że nie warto) kosztowało mnie 39 złotych plus napiwek, plus katusze związane z wąchaniem tego, co sobie właśnie kupiłem na Kleparzu.
Więc ja państwu restauratorom chwilowo dziękuję, od knajp biorę wolne. W przyszłym tygodniu będzie z innej beczki.
Marchewka z Groszkiem, ul.Mostowa 2
Jedyne w swoim rodzaju lodowe żeberka - cena nie gra roli.
Restauracja Jadełko, ul. Sławkowska 19
Kolejna pułapka na biednych przyjezdnych.
Tym bardziej że kolegów mam, koledzy do Marchewki mają blisko i jakoś się tak złożyło, że poszliśmy. Marchewka się powiększyła, gości przybyło, przybyło też dań droższych, mam wrażenie. Najważniejsze jednak, że pozostały te wszystkie racuchy i inne dania drobne, pozwalające napełnić brzuch dość tanio w miejscu gwarnym i lubianym. Zanim przyszedł kelner - ospały młodzieniec, mamrotliwy, żywcem jakby wyjęty z "Alicji w Krainie Czarów", całkiem do pracy w gastronomii niedopasowany - minął z kwadrans. Zanim przyniósł napój, minął kwadrans następny (a jeśli przypadkiem was zastanawia, czemu siedzieliśmy tak grzecznie, to służę odpowiedzią: głód, głód, głód). Młodzieniec przyniósł w końcu jedzenie, ma się rozumieć: całkiem niejednocześnie. Jeden z nas pozostał poszkodowany; patrzył zbolałym wzrokiem na nasze talerze, wypełnione mięsem i węglowodanami. Cierpiał człowiek długo, ale na koniec zostało mu ulżone: dostał swoją wymarzoną porcję żeberek.
Powinien pozostać cichy i zadowolony, ale on ma naturę psuja i począł jęczeć (słowa grubiańskie pominę). "No przecież, jęczał, te żeberka są zamrożone". Rozglądał się po zakładzie, nie wiedząc, co począć z kęsem ciepło-lodowym, jaki utkwił mu w paszczy. "No co ja mam teraz zrobić, ja głodny jestem"; bo myślał z rozpaczą o nowych godzinach oczekiwania pod niesprawną opieką kelnera, tej smutnej istoty niepotrafiącej wydusić z siebie cienia uśmiechu. W końcu podjął decyzję i udał się do baru - bo kelner, ma się rozumieć, ulotnił się gdzieś na długi czas i był niedostępny. Sprawa została załatwiona polubownie, żeberka zamieniono na co innego, głodni zostali nasyceni. Ale na koniec - w końcu marka zobowiązuje - nasz anioł stróż zapomniał o jakimś zamówieniu. Kiedy wychodziliśmy z Marchewki z Groszkiem, on stał i patrzył na nas. Życia było w nim tyle, co w spróchniałej kłodzie. Ani "do widzenia", ani nic innego nie powiedział. Nic po prostu. Chce się wyć, drogie i drodzy.
Więc jeśli pytacie, jak Marchewka z Groszkiem ma się do wyłuszczonych na wstępie zasad, to odpowiadam możliwie beznamiętnie: nijak. Po pierwsze za sprawą kucharza (bo wydać danie na wpół zamrożone to jest poruta), bo drugie za sprawą obsługi (nieobsługi raczej). Muszę przyznać, że tak po ludzku, po prostu, ja tego nie rozumiem. Marchewka wygląda na kwitnący biznes, bo koncept udany i ludzie walą jak w dym. Ale za każdym razem dzieje się coś takiego, że chce się wiać i nie wracać już nigdy: czeka się w nieskończoność, podają dania nienadające się do spożycia - o ile w ogóle coś podają; a obsługa ignoruje klientelę i prezentuje swoje boleści.
Z drugiej strony miasta, tej centralnej, turystycznie dopieszczonej, znalazłem nową restaurację piwniczną o nazwie, która przyprawia mnie o drżenie: nazywa się ten lokal Restauracja Jadełko. Z ciekawości zacząłem drążyć, któż tak ślicznie nazwał swój przybytek. Parę kliknięć i oto, co znalazłem: knajpa należy do Kuchni Smakosza SC., a ta z kolei spółka specjalizuje się w kateringu i sprzedaży wyrobów garmażeryjnych. Wiecie, to są rejony takiej polszczyzny na przykład: "zamawiając co najmniej cztery zestawy, cena jednego wynosi 12,00 zł", to są rejony takich dań: "pierogi ruskie, pierogi z kapustą i grzybami, pierogi z serem, pierogi z mięsem, kopytka, barszcz z uszkami, barszcz z krokietem, zupa dnia, barszcz solo, gołąbki z sosem, ziemniaki, surówka, frytki, sos pieczarkowy". Lista żywcem przepisana ze strony internetowej, ale - nieprawdaż - jest to lista, którą każde z nas mogłoby wyrecytować wyrwane ze snu najgłębszego: bo to spis narodowy, barowe doznania na pograniczu koszmaru. I raptem z kopytek i barszczu solo wyrasta to Jadełko (nazwa, która staje mi ością w gardle, bo bardziej pasuje do budy na placu targowym - naturalnym środowisku SC Kuchnia Smakosza), wypasiona restauracja w piwnicach już nie pamiętam z którego wieku; z malunkami na ścianach, pretensją wypisana na obliczu i cenami z innego kosmosu.
Przyszedłem tam prosto z Kleparza, objuczony siatami wypełnionymi dobrem - a buchał z nich zapach zieleniny, sera, świeżego chleba, małosolnego ogórka. I to jest taktyczny błąd: bo kiedy ma się pod nosem takie rzeczy, to kolorowo podane ragout z baraniny (z przewagą warzyw), z pieczonymi ziemniaczkami jest bez szans. Bo choć to restauracja, to stoi za nią cień baru. Już to tłumaczę. Sala wąska i ciemna. Ryczy włoska muzyka (to nie dowcip, to nie przesada, tylko minimalistyczny opis rzeczywistości). Sól i pieprz w plastikowych stojakach z reklamą - bo wszystko tu możliwie najtańsze. Oprócz jedzenia, ma się rozumieć: jedzenie (któremu nie poświęcam uwagi, ale tylko dlatego, że nie warto) kosztowało mnie 39 złotych plus napiwek, plus katusze związane z wąchaniem tego, co sobie właśnie kupiłem na Kleparzu.
Więc ja państwu restauratorom chwilowo dziękuję, od knajp biorę wolne. W przyszłym tygodniu będzie z innej beczki.
Marchewka z Groszkiem, ul.Mostowa 2
Jedyne w swoim rodzaju lodowe żeberka - cena nie gra roli.
Restauracja Jadełko, ul. Sławkowska 19
Kolejna pułapka na biednych przyjezdnych.
- 7 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
20 głosów
-
Jakaż jednorodność stylistyczna!
turpin
16.05.10, 22:36
Dziedzictwo Jana Pawła II nas zobowiązuje, Polska powinna więc być krajemmiłującym i chroniącym życie, powinna być krainą życia solidarnego, w którejdobro stanowi wyznacznik działania »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





