C.K. Browar. Obżarstwo radosne

Wojciech Nowicki
28.05.2010 , aktualizacja: 28.05.2010 14:38
A A A Drukuj
Wiecie - maj, kwitnienie, pokwitanie, wzrost niekontrolowany, a tu trzeba ruszyć do roboty, znaczy do restauracji. Miałoby się ochotę posłuchać siąpienia deszczu pod parasolem, miałoby się ochotę pójść na wino. Ale wtedy właśnie opatrzność, mała domowa opatrzność - pod postacią kobiety - chwyciła mnie za rękę i powiedziała: idziemy do C.K. Browaru.

Sami nie wiecie, jak bardzo było to niespodziewane. Ta opatrzność nie pije piwa - więcej, ona piwem jakby gardzi. Owszem, napije się wina, owszem, odrobinkę zagazuje się brandy; ale żeby piwo pić, to nie. Bo piwo to jest chlanie i moczopędność, piwo rzadko do jedzenia pasuje. I oto ona, na środku Szewskiej staje okoniem, nie pozwala się zaprowadzić do winiarni, odmawia wycieczki w kąty, które w zasadzie lubi, i mówi mi - ale wiecie, tak stanowczo, że nie mam szans na odmowę - że się wybieramy do Browaru. Piorun to był, piorun z jasnego nieba.

Mam nadzieję, że wiecie, o czym ja tu mówię? Mówię o knajpie koło domu handlowego Elefant, o lokalu pomieszczonym w piwnicy. Browar ów otoczony jest wysokiej klasy kebabami, otoczony jest najwyższej klasy wydarzeniami nocnymi, kiedy powszechna zabawa wywołuje rzygania i nieprzytomności. Karetki kursują tam i z powrotem, spawacze spawają na chybcika zdezelowane torowiska, pijane gołębie śpią pokotem; młode zaś kobiety ukazują wszystkie swoje wdzięki podczas krwawych bitew o faceta albo o piwo. To się nazywa trójkąt bermudzki Bagatela, bardzo słynne miejsce, i aż dziw, że jeszcze go nie ma w przewodnikach. Na jednym z jego boków zionie wejście do CK Browaru.

Salę pierwszą, czysto piwną, mijamy - choć już tu przykuwają wzrok rury na ponad metr wysokie, piwem wypełnione; na dole mają kranik, i każdy sobie dolewa, ile wlezie. Halsujemy na lewo, wchodzimy do restauracji. I tu rzucają się natychmiast dwie sprawy - jedna w nozdrza, druga w oczy. Panuje tu zapach stołówkowy (ale nie mam pojęcia czemu); a w oczy kłuje, że jednak sala, bardzo duża, pęka w szwach. Tłum, jakiego dawno nie widziałem w żadnym krakowskim lokalu. Panuje tu nastrój niczym nieskrępowanej radości, nastrój ekstatyczny i błogi. Trudno nie dostrzec, że przeważa płeć męska: pośród na oko setki spożywców tylko sześć kobiet; spora dysproporcja. Może kobiety są skrępowane koniecznością małpowania męskich zachowań - wygrywa samiec, który najdonośniej się zachowuje, najwięcej wypija piwa, etc. No i, dodajmy dyskretnie, jest też sprawa pęcherza.

Ale nie tylko niesłychany tłok rzuca się w oczy i ten nastrój. Widoczna jest też pewna autentyczność - pomieszanie czardy węgierskiej z czeską gospodą, z austriackim heuriger. Wszystko tu jest naraz, i bez żadnego wypasu, zadęcia, tylko ot, tak. I na dodatek od razu chce się jeść, bo jak się spojrzy na te tuziny wygłodniałych, pałaszujących, jak się ogląda kelnerów (w większości solidnej tuszy), którzy na wzór przedwojennych oberów wychodzą z kuchni, przeżuwając jeszcze, bo coś tam jedzą przy służbowym stoliku albo uszczknęli sobie frytkę... Ech, łza się w oku kręci. I ten sposób komunikacji, już właściwie niespotykany: "Czego pani szanowna sobie życzy?", i "Oczywiście, droga pani", i "Już się robi, natychmiast, szanowni państwo", i tak na okrągło. Do tego dodajcie sobie klasyczny ubiór - koszula, kamizelka, fartuch, wypchany portfel na łańcuszku, wystający z tylnej kieszeni; do tego niezachwianą pewność ruchów, dostojność, książęce maniery. Chciałoby się powiedzieć: takich to tylko w młodości się widywało, ale to nieprawda, oczywiście - bo kelnerzy mojej młodości byli zepsutymi chamami. Takich jak ci widywało się na Węgrzech, w Czechach, w Niemczech, w Austrii, wszędzie tam, gdzie gospoda jest epicentrum życia.

Cóż się spożywa w tak pięknych okolicznościach przyrody? Otóż spożywa się przede wszystkim jak najwięcej - bo piwo, bo śpiewy, bo męska przygoda. Tatar, tatar z polędwicy, proszę państwa - to był tatar taki, jak nie przymierzając tatar mój pierwszy: drobno posiekane dodatki, musztarda produkcji krajowej, nie żadna tam musztarda dla wybrednych, i słoneczko żółtka pośrodku; do tego chleb i masło, bo tatar inaczej nie działa. Wspaniałości. Po drugiej stronie stołu "fantazja śledziowa" (nazwa, mówiąc nawiasem, przepiękna) - śledź na trzy sposoby, atłasowy, delikatny, ozdobiony, ma się rozumieć, liściem sałaty. Jeśli wam się wydaje, że ja kpię albo wybrzydzam, to chciałbym zaznaczyć, że jest wręcz przeciwnie: to jest pean na cześć potraw staromodnych i prostych, które w odpowiednich warunkach wydzierają jęki rozkoszy. A że te przystawki nam smakowały, to wzięliśmy jeszcze trzecią, o nazwie "chleb po wiedeńsku" - czyli pajdę ciemnego chleba z pieczenią wieprzową i chrzanem, na ciepło. Do teraz łzy mi nabiegają do oczu - nie od chrzanu jednak (choć mocny), tylko ze wzruszenia. Uwielbiam to: chleb ciemny, mięso w plastrach, ostry dodatek. Toż to klasyka, to historyczne, wspólne dobro wszystkich naszych narodów!

Tu powinienem delikatnie skłamać, bo z dalszego ciągu nie jestem bardzo dumny. Zamiast zamówić sałatę bez sosu i wodę - wzięliśmy "płytę C.K." i piwo. Oczywiście wiem doskonale, że wy nie wiecie, co to jest ta płyta, ale nie będę świnia i już tłumaczę: pieczone żeberka, golonka, wiener schnitzel, ziemniaki zapiekane, kapusta zasmażana, podane w drewnianym korycie. Wiener niczym się nie wyróżniał; golonka - pyszna, pieczona, apogeum wieprzowiny; a żeberka tłuste, słodkie, rozpływające się natychmiast po całym ciele, pod skórą, w głowie, wszędzie. Kapusta z tych słodkich, ale niezbyt słodkich; i pieczone ziemniaki; a kto ich nie lubi? (Obecny trzeci stołownik, zupełnie niegłodny, zamówił i zjadł w całości befsztyki piętrowe na grzance, z jajkiem po wierzchu. Spróbowałem: nie moja to bajka, trochę łykowate. Wolę koryto, przepraszam, płytę).

To było odświeżające przeżycie. Gdybym się w takiej knajpie znalazł gdzieś w c.k. monarchii, też bym się nie obraził. Tylko nie idźcie tam nabzdyczeni, tylko się nie spodziewajcie złotych sztućców - spodziewajcie się gospody, dobrze wam radzę.

C.K. Browar, ul. Podwale 6-7

Trzy osoby obżarły się przedzawałowo za 141 zł plus niezwykle zasłużony napiwek dla obera.

Polecamy: Kto z nami nie jadł, niech żałuje. Albo raczej niech pędzi na Kleparz



Podziel się

  • 10 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu