Resto Illuminati. Nareszcie
18.12.2009
, aktualizacja: 02.06.2010 13:50
Mróz ścisnął głowę imadłem, trawa się łamie pod podeszwą. Lepiej unikać otwartych przestrzeni, bo wieje i spustoszenie w głowie gotowe. Na Plantach kłęby pary mijają się z innymi kłębami, i z gardeł dobywa się zduszone, spod czapek, "dzień dobry pani", "dzień dobry państwu", ale nikt nawet na sekundę nie przy stanie, bo furda grzeczności, kiedy się zapomniało o ciepłej bieliźnie.
Dość pusto, bo to była niedziela; do żadnej kawiarni wejść się nie dało, wszystkie stoliki zajęte. W poniedziałek sypnęło śniegiem i czarne listki sadzy spadały na ekranik komórki, rozświetlony niebiesko. Ktoś dzwonił. Ktoś się śmiał w słuchawce. Po za tym - ponuro, po za tym - między kostkami bruku jarzył się na biało śnieg.
Z tego łażenia po mrozie zobaczyło mi się na nowo parę rzeczy. Kiedy wejść w Gołębią od Plant, to widać, jaka nie prosta jest ta ulica. Jako tako trzyma fason aż do Wiślnej, a tamtejsze miazmaty tak ją wykręcają, tak ją dręczą, że od razu rusza zakosem, boczkiem, krzywo biegnie. No i te kamienice, których mur sparszywiały nie dawał nadziei na poprawę, a te raz miejscami - jak za dotknięciem maści na choroby skóry - świecą względną nowością. A gdyby pójść Wiślną od drugiej strony, od Brackiej, to widać głównie zmiany i pęd ku nowemu. A więc, trzymając się lewej strony: Mydlarnia, Bohema, cukiernia jakaś, Etnika, Maniewski, Klub Fryzjerski, Illuminati, Kawaleria, a w końcu luksusowy second hand i Koko. Piszę to bez tłumaczenia co jest co, że by wam namącić w głowach, żebyście sobie zdali sprawę, żeście dawno na Gołębiej nie byli i jeszcze właściwie jej nie znacie. Ostatnia chwila, żeby się załapać, zaraz będzie wyglądała zupełnie inaczej.
Klub Fryzjerski! Wy sobie wyobrażacie? Nie wiem, jak wygląda, bo jest na pierwszym piętrze położony; ale Illuminati (na miejscu Kolorowej) to jest knajpa i widać kawałek wnętrza z ulicy. I zaglądając z chodnika, stwierdziłem, że wejść tam chcę, bo po pierwsze, było mroźno; po drugie, wnętrze kusiło światłem, przyjemnym, ciepłym, a nie tonęło w ciemnościach w imię tak zwanej atmosfery. Po trzecie, uświadomiłem sobie po chwili, knajpa jest zupełnie pusta, a w rozświetlonym pudełku koło drzwi nie ma jeszcze jadłospisu: słowem, dopiero co otwarta. Chyba starczy? (No i druga część mojej grupy, która do Illuminati poszła o parę minut wcześniej, słała rozpaczliwe esemesy ze środka, żebym natychmiast przychodził, bo siedzi sama i, jak się wyraziła, budzi sensację).
Restauracja cała jest zrobiona z tego, co tam najlepsze: z ceglanych murów, biegnących dziwnie, zmieniających wątek, jak cała ta ulica, i ze światła, ze sprzętów prostych. Nie narzuca się, do oczu nie skacze z pomysłem - zawsze tym samym - na polską trattorię (gruby tynk plus lampy naftowe plus może jeszcze puste butelki). Tu tylko materia naturalna i światło, a jedyny z daleka widoczny element wy stroju to lampy. No i rzeczywiście - tym lepiej to wszystko widać, że druga połowa mojego zespołu siedziała aż nadto sama, personel skupiony przy barze nie wiedział za bardzo, co robić. Klienci przyszli!
Zabraliśmy się za kartę. Krótka. Dobrze. Parę przystawek, dwie zupy (dwie, uwierzycie?), parę dań głównych. Pierwsza została poddana próbie zupa, która tu się nazywa niewinnie krem z owocami morza. W istocie jest to właściwie chowder, czyli zupa, a właściwie danie jednogarnkowe, u nas rzadko podawane, na bazie ryb i warzyw, z dodatkiem mleka albo zasmażki (rybacy robili sobie to na kutrach, wymaga tylko podstawowych produktów i poddaje się łatwo do wolnym przeróbkom). W Illuminati nazywa się krem, bo płyn jest zagęszczony, biały, ale miseczka głównie napchana jest rybą. Jest seler naciowy i marchewka, nie ma, niestety, ziemniaka, a z ryb głównie łosoś, czego żałuję. Troszkę zabrakło przypraw, ale kiedy dosolić, zupa jest dobra. Spróbowaliśmy też pasztetu z wątróbek drobiowych z musem jabłkowo-gruszkowym i tostami. Nazwa przydługa, co tu dużo gadać, ten pasztet mnie zachwycił, taki muślinowo delikatny, że się człowiek zaczyna domyślać, czemu Francuzi mają hyzia na punkcie otłuszczonych wątróbek. I warstewka żółtego, aromatycznego tłuszczu na tym pasztecie, i ten mus (no, to nie jest mus, tylko rodzaj dżemu, bardzo słodki, z przebijającym się kwaskiem), i grzaneczki - każdy element coś dodaje, i każdy coś zasadniczo zmienia. Najlepszy pasztet, jaki jadłem od dawna, znakomity, naprawdę zna-ko-mi-ty.
No i przyszła pora na drugie. Rostbef wołowy podany jako stek, z ziemniakami (lekko podpieczonymi), na pieczarkach (ale pieczarki zostały potraktowane godnie, to nie były byle pieczarki, ale prawdziwe grzyby), w sosie z koniaku. Postawiono pytanie, jak mocno ten rostbef usmażyć (liczę to na plus, bo - wierzcie lub nie - czasem to pytanie nie pada). Krwisty ma być, padła odpowiedź. I był krwisty, i spalony nieco po wierzchu, może nawet trochę aż nadto, ale sos do te go mięsa idealnie pasował, o ciemnej barwie i ciemnym, mocnym smaku, bez śmietany. Prawdziwie mięsne danie, rozpływające się, i olbrzymie. I była jeszcze gicz jagnięca, upieczona na ciemno, rozpadająca się pod widelcem, ale wciąż pobudzająca silnym jagnięcym aromatem - złożona na pieczonych warzywach, podlana sosem spod pieczenia. Czemu nigdzie nie ma jagnięcej dziczy, pytałem sam siebie nadaremnie, czemu ja na co dzień jeść te go nie mogę?
Plusy są takie: nie ma odrobiny ściemniania w tej kuchni, prezentacja jest prosta, ale zadbana; nikt tu nie buduje piramid, nie formuje w krążki, nikt nie udaje rzeźbiarza - ale kolory potraw są mocne, smaki nie zdeformowane; wszystko podają na wielkich, białych talerzach, które troskliwie podgrzano.
A czego mi brakuje: wina we właściwej temperaturze, serwetek z prawdziwe go zdarzenia, obrusów zamiast serwet, które jeżdżą po stole, i chleba świeżego nawet w niedzielę. I może więcej odwagi w przyprawianiu. Bo jeśli jest świetne jedzenie, to wszystkie szczegóły muszą być dograne. Czego życzę. Bo nareszcie pojawiła się kolejna restauracja w centrum, do której mam ochotę wybrać się dla przyjemności.
Resto Illuminati, ul. Gołębia 2
Dwie osoby zjadły zbyt obficie za 165 zł. Warto
Z tego łażenia po mrozie zobaczyło mi się na nowo parę rzeczy. Kiedy wejść w Gołębią od Plant, to widać, jaka nie prosta jest ta ulica. Jako tako trzyma fason aż do Wiślnej, a tamtejsze miazmaty tak ją wykręcają, tak ją dręczą, że od razu rusza zakosem, boczkiem, krzywo biegnie. No i te kamienice, których mur sparszywiały nie dawał nadziei na poprawę, a te raz miejscami - jak za dotknięciem maści na choroby skóry - świecą względną nowością. A gdyby pójść Wiślną od drugiej strony, od Brackiej, to widać głównie zmiany i pęd ku nowemu. A więc, trzymając się lewej strony: Mydlarnia, Bohema, cukiernia jakaś, Etnika, Maniewski, Klub Fryzjerski, Illuminati, Kawaleria, a w końcu luksusowy second hand i Koko. Piszę to bez tłumaczenia co jest co, że by wam namącić w głowach, żebyście sobie zdali sprawę, żeście dawno na Gołębiej nie byli i jeszcze właściwie jej nie znacie. Ostatnia chwila, żeby się załapać, zaraz będzie wyglądała zupełnie inaczej.
Klub Fryzjerski! Wy sobie wyobrażacie? Nie wiem, jak wygląda, bo jest na pierwszym piętrze położony; ale Illuminati (na miejscu Kolorowej) to jest knajpa i widać kawałek wnętrza z ulicy. I zaglądając z chodnika, stwierdziłem, że wejść tam chcę, bo po pierwsze, było mroźno; po drugie, wnętrze kusiło światłem, przyjemnym, ciepłym, a nie tonęło w ciemnościach w imię tak zwanej atmosfery. Po trzecie, uświadomiłem sobie po chwili, knajpa jest zupełnie pusta, a w rozświetlonym pudełku koło drzwi nie ma jeszcze jadłospisu: słowem, dopiero co otwarta. Chyba starczy? (No i druga część mojej grupy, która do Illuminati poszła o parę minut wcześniej, słała rozpaczliwe esemesy ze środka, żebym natychmiast przychodził, bo siedzi sama i, jak się wyraziła, budzi sensację).
Restauracja cała jest zrobiona z tego, co tam najlepsze: z ceglanych murów, biegnących dziwnie, zmieniających wątek, jak cała ta ulica, i ze światła, ze sprzętów prostych. Nie narzuca się, do oczu nie skacze z pomysłem - zawsze tym samym - na polską trattorię (gruby tynk plus lampy naftowe plus może jeszcze puste butelki). Tu tylko materia naturalna i światło, a jedyny z daleka widoczny element wy stroju to lampy. No i rzeczywiście - tym lepiej to wszystko widać, że druga połowa mojego zespołu siedziała aż nadto sama, personel skupiony przy barze nie wiedział za bardzo, co robić. Klienci przyszli!
Zabraliśmy się za kartę. Krótka. Dobrze. Parę przystawek, dwie zupy (dwie, uwierzycie?), parę dań głównych. Pierwsza została poddana próbie zupa, która tu się nazywa niewinnie krem z owocami morza. W istocie jest to właściwie chowder, czyli zupa, a właściwie danie jednogarnkowe, u nas rzadko podawane, na bazie ryb i warzyw, z dodatkiem mleka albo zasmażki (rybacy robili sobie to na kutrach, wymaga tylko podstawowych produktów i poddaje się łatwo do wolnym przeróbkom). W Illuminati nazywa się krem, bo płyn jest zagęszczony, biały, ale miseczka głównie napchana jest rybą. Jest seler naciowy i marchewka, nie ma, niestety, ziemniaka, a z ryb głównie łosoś, czego żałuję. Troszkę zabrakło przypraw, ale kiedy dosolić, zupa jest dobra. Spróbowaliśmy też pasztetu z wątróbek drobiowych z musem jabłkowo-gruszkowym i tostami. Nazwa przydługa, co tu dużo gadać, ten pasztet mnie zachwycił, taki muślinowo delikatny, że się człowiek zaczyna domyślać, czemu Francuzi mają hyzia na punkcie otłuszczonych wątróbek. I warstewka żółtego, aromatycznego tłuszczu na tym pasztecie, i ten mus (no, to nie jest mus, tylko rodzaj dżemu, bardzo słodki, z przebijającym się kwaskiem), i grzaneczki - każdy element coś dodaje, i każdy coś zasadniczo zmienia. Najlepszy pasztet, jaki jadłem od dawna, znakomity, naprawdę zna-ko-mi-ty.
No i przyszła pora na drugie. Rostbef wołowy podany jako stek, z ziemniakami (lekko podpieczonymi), na pieczarkach (ale pieczarki zostały potraktowane godnie, to nie były byle pieczarki, ale prawdziwe grzyby), w sosie z koniaku. Postawiono pytanie, jak mocno ten rostbef usmażyć (liczę to na plus, bo - wierzcie lub nie - czasem to pytanie nie pada). Krwisty ma być, padła odpowiedź. I był krwisty, i spalony nieco po wierzchu, może nawet trochę aż nadto, ale sos do te go mięsa idealnie pasował, o ciemnej barwie i ciemnym, mocnym smaku, bez śmietany. Prawdziwie mięsne danie, rozpływające się, i olbrzymie. I była jeszcze gicz jagnięca, upieczona na ciemno, rozpadająca się pod widelcem, ale wciąż pobudzająca silnym jagnięcym aromatem - złożona na pieczonych warzywach, podlana sosem spod pieczenia. Czemu nigdzie nie ma jagnięcej dziczy, pytałem sam siebie nadaremnie, czemu ja na co dzień jeść te go nie mogę?
Plusy są takie: nie ma odrobiny ściemniania w tej kuchni, prezentacja jest prosta, ale zadbana; nikt tu nie buduje piramid, nie formuje w krążki, nikt nie udaje rzeźbiarza - ale kolory potraw są mocne, smaki nie zdeformowane; wszystko podają na wielkich, białych talerzach, które troskliwie podgrzano.
A czego mi brakuje: wina we właściwej temperaturze, serwetek z prawdziwe go zdarzenia, obrusów zamiast serwet, które jeżdżą po stole, i chleba świeżego nawet w niedzielę. I może więcej odwagi w przyprawianiu. Bo jeśli jest świetne jedzenie, to wszystkie szczegóły muszą być dograne. Czego życzę. Bo nareszcie pojawiła się kolejna restauracja w centrum, do której mam ochotę wybrać się dla przyjemności.
Resto Illuminati, ul. Gołębia 2
Dwie osoby zjadły zbyt obficie za 165 zł. Warto
- 5 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]



