Rocking Horse. Ktoś pomyślał, że to okazja...
04.06.2010
, aktualizacja: 06.06.2010 16:22
Pada knajpa. Z niezawinionego nieszczęścia, po prostu, albo od złego uroku. I w tym samym miejscu natychmiast pojawia się knajpa nowa - niby zupełnie w charakterze odmienna. A jednak, myślę sobie, naznaczona przecież stygmatem poprzedniej, jej upadkiem.
ZOBACZ TAKŻE
- Coca Typical Sicilian Food. Małe najbardziej cieszy (02-07-10, 06:00)
- Hard Rock Cafe. Góry, fury jedzenia (25-06-10, 15:20)
- Festiwal Smaku: Szukajcie, a (może) znajdziecie (18-06-10, 14:06)
- Ranczo Frontiera (555 kilometrów od Krakowa). Niebo w gębie (11-06-10, 15:21)
- C.K. Browar. Obżarstwo radosne (28-05-10, 14:38)
- Na Kleparz marsz! (21-05-10, 19:21)
- Marchewka z Groszkiem, Restauracja Jadełko. Moja odmowa, niezgoda i upór (14-05-10, 12:56)
- Austriacki Smak. To już lepiej jechać do Wiednia (07-05-10, 19:03)
- Diego i Bohumil. Kosmiczna mieszanka (02-05-10, 16:03)
Mój przykład ulubiony to jest restauracja Monarchia, ul. Józefa: oj, jeść się tam lubiło. Potem się jeść lubiło mniej, bo jedzenie zeszło na psy. A na koniec się zastało drzwi zamknięte, okna zabarykadowane, wydawać by się mogło - na wieki wieków.
Otóż nie. Nie minęło wiele czasu, a w tym samym lokalu powstała restauracja Tesoro del Mar. Niby całkowicie odmienna (mięso i Habsburgowie w Monarchii, eteryczne dania autorskie w Tesoro), a jednak: siedzenia te same, obrazki na ścianach te same, te same drzwi, to samo wszystko. We właścicielach wyczuwam ostrożność: nie chcą ryzykować, nie chcą wydawać, a zresztą - mówią sobie pewnie w duchu - ładnie przecież jest. Może się pomaluje troszkę i biznes będzie hulał, że hej. I jak sobie myślą, tak robią, przekonani szczerze, że przecież tamci, co byli poprzednio, padli, bo się nie znali na kuchni i biznesowo byli słabi. A oni, ci nowi, są ekspertami najpierwszej wody. Teraz, w ostatnią niedzielę, przechadzałem się ulicą Józefa: po św. pamięci Monarchii i Tesoro nastąpiła Kupiecka. Już ma zamknięte okna i drzwi.
Pamiętacie na ulicy Poselskiej restaurację Szabla i Szklanka? Ja pamiętam dobrze, bo tłuste wątróbki z gruszkami w tokaju to było przeżycie ekstatyczne. I, jak każde takie przeżycie, zostało mi odjęte. Bo knajpa skończyła życie. I co? I na jej miejscu wylęgła się nowa. Nazywa się Rocking Horse, podkreślając już w nazwie, że jest wszechświatowa, międzynarodowa; na klientów (zorientowałem się potem) czyha już na rogu ulicy Grodzkiej, pod postacią młodzieńca z pękiem ulotek.
Zorientowałem się, że znów jestem w tym zakątku Krakowa, który tak lubię przecież, i którego nie odwiedzam szczególnie często: bo knajpy najbliższe to Taco Mexicano (wybaczcie, już wolę sobie zrobić jajecznicę), Trzy Papryczki plus Corleone (w Corleone kiedyś byłem na pokazie włoskiej kuchni, do dziś się śmieję jak koń na samo wspomnienie), jest jeszcze ten lokal, nie wiedzieć czemu uporczywie nazywany korsykańskim, Paese, dowód rzeczowy na konserwatyzm krakowskiej klienteli. Doprawdy. Mogłoby być lepiej. Poselska dowodzi, że ilość nie przechodzi w jakość.
Wchodzę to tego Rocking Horse - a tu jakby jeszcze poprzednie knajpy były: coś z ich ducha zostało. Tylko karta zasadniczo odmieniona, zachęcają teraz do konsumpcji dwoma hasłami: "kuchnia świata" i "kuchnia polska". Ja i to, i to lubię, więc idę jak w dym, a za mną postępuje moja mała grupa. Rozglądamy się - ani tu pięknie, ani bardzo brzydko, powiedziałbym, że bez gustu raczej, mocne kolory biją w oczy, lampy metalowe zwisają ze ściany, ot, takie tam robienie restauracji z niczego. Przez szklane drzwi widać hotel - co ważne, bo w drodze do toalety trzeba przejść przed recepcjonistą i szukać w okolicach schodów. Dziwne trochę.
Jeśli zaś o jedzenie chodzi, to wyborem jest bieda: karta pełna jedzenia, a nic się w oczy nie rzuca. Wróć! Rzuca się raczej, na przykład taka przystawka, pierwsza z brzegu: paluszki krabowe w sosie śmietanowym. O Jezusie Nazareński! Jakiejż to kuchni jest danie? Albo: krewetki królewskie z grilla. Brzmi normalnie i smacznie. Zjadłbym. Ale kosztują 28 zł za 4 sztuki, więc nie zjadłem i napisać mogę tylko tyle, że 7 złotych za krewetkę, choćby królewską, to przesada. Albo przeplataniec z kurczaka z krążkami cebuli: jaki, pytam się, jest sens robienia z kury przeplatańca, warkocza czy koku?
Stanęło na jednej przystawce polskiej i jednej światowej zupie. Wędzony pstrąg z jabłkiem wydawał się mieć potencjał. Było to jabłko pokrojone na cieniutkie plasterki (duże, nieporęczne, bo z całego jabłka), a pośrodku ciepła pasta rybna. Nie będę się rozwodził o dodatkach w tej paście, bo to się mija z celem. Kto jadł choć raz w życiu rybną pastę, wie o czym mówię: słonawe, wędzone rybsko. Pstrąg? Jadłem lepsze ryby. Strukturę ma nieciekawą, wpół drogi: ani to kawałki, ani muślinowe, zwiewne cudo. Krem z marchwi z kolendrą i imbirem, 220 ml (bo przy każdym daniu podają gramaturę, jak w mlecznym) "jest ciekawy", uprzedził kelner; a ja najwyraźniej nie pojąłem tej delikatnej wskazówki. Zupa krem powinna mieć strukturę doskonale jednorodną - a to był jakiś sok z farfoclami, słodki i tak ostry jednocześnie, że aż zatykający (a ja ostre lubię i sam ostro gotuję). Moim zdaniem pan kucharz nie spróbował swego dzieła. I jeszcze drobiazg: lato się zbliża, dwadzieścia dwa stopnie za oknem, a zupa wrząca. Nie gorąca: wrząca. Nawet tych 220 ml nie dojadłem, bo w połowie wyparowała ochota.
Na drugie wziąłem grillowane kotleciki jagnięce z rozmarynem, 180 g - kotleciki były trzy, jeden podeszwowaty, jeden średnio wysmażony, jeden krwisty, do wyboru, żebym nie był poszkodowany. Rozmaryn gdzieś się co prawda ulotnił, ale były opiekane ziemniaki i podstawowa sałatka w takiej przezroczystej miseczce, jak w stołówce. Mięso zjadłem, bo grzech zostawić, ziemniaki zjadłem, bo lubię, i zapomniałem natychmiast. Na pocieszenie spróbowałem pieczeni wieprzowej z karmelem i skórką pomarańczową - i rzeczywiście doznałem pocieszenia. Otóż się okazało, że jagnięcina była o niebo lepsza. Pieczeń sucha jak pień, oblana płynnym lukrem z potworną wprost ilością kandyzowanej skórki - ale nie skórki świeżej, tylko skórki po polsku, na twardo. Równie dobrze można podawać schabowe z lodami.
Niby nie doszło do chorowania, niby porcje były dość duże (choć mnie to akurat obojętne), ale wszystko takie jakieś beznadziejne, idiotycznie ugotowane... Wróciłem właśnie z dalekiej podróży, z miasta nad morzem, gdzie gotowanie jest sztuką i za złe jedzenie w restauracji ucinają głowę. Jakoś niczego niedobrego przez tydzień nie jadłem. A tu, mam wrażenie, jak zwykle: opustoszał lokal po upadłej knajpie, ktoś pomyślał, że to okazja...
Rocking Horse, ul. Poselska 22
Dwie osoby zjadły tu po raz ostatni za 110 zł.
Uprzejmie informuję, że gałka wcale nie jest "muszkatułowa". Choć rzeczywiście brzmi wzruszająco.
Otóż nie. Nie minęło wiele czasu, a w tym samym lokalu powstała restauracja Tesoro del Mar. Niby całkowicie odmienna (mięso i Habsburgowie w Monarchii, eteryczne dania autorskie w Tesoro), a jednak: siedzenia te same, obrazki na ścianach te same, te same drzwi, to samo wszystko. We właścicielach wyczuwam ostrożność: nie chcą ryzykować, nie chcą wydawać, a zresztą - mówią sobie pewnie w duchu - ładnie przecież jest. Może się pomaluje troszkę i biznes będzie hulał, że hej. I jak sobie myślą, tak robią, przekonani szczerze, że przecież tamci, co byli poprzednio, padli, bo się nie znali na kuchni i biznesowo byli słabi. A oni, ci nowi, są ekspertami najpierwszej wody. Teraz, w ostatnią niedzielę, przechadzałem się ulicą Józefa: po św. pamięci Monarchii i Tesoro nastąpiła Kupiecka. Już ma zamknięte okna i drzwi.
Pamiętacie na ulicy Poselskiej restaurację Szabla i Szklanka? Ja pamiętam dobrze, bo tłuste wątróbki z gruszkami w tokaju to było przeżycie ekstatyczne. I, jak każde takie przeżycie, zostało mi odjęte. Bo knajpa skończyła życie. I co? I na jej miejscu wylęgła się nowa. Nazywa się Rocking Horse, podkreślając już w nazwie, że jest wszechświatowa, międzynarodowa; na klientów (zorientowałem się potem) czyha już na rogu ulicy Grodzkiej, pod postacią młodzieńca z pękiem ulotek.
Zorientowałem się, że znów jestem w tym zakątku Krakowa, który tak lubię przecież, i którego nie odwiedzam szczególnie często: bo knajpy najbliższe to Taco Mexicano (wybaczcie, już wolę sobie zrobić jajecznicę), Trzy Papryczki plus Corleone (w Corleone kiedyś byłem na pokazie włoskiej kuchni, do dziś się śmieję jak koń na samo wspomnienie), jest jeszcze ten lokal, nie wiedzieć czemu uporczywie nazywany korsykańskim, Paese, dowód rzeczowy na konserwatyzm krakowskiej klienteli. Doprawdy. Mogłoby być lepiej. Poselska dowodzi, że ilość nie przechodzi w jakość.
Wchodzę to tego Rocking Horse - a tu jakby jeszcze poprzednie knajpy były: coś z ich ducha zostało. Tylko karta zasadniczo odmieniona, zachęcają teraz do konsumpcji dwoma hasłami: "kuchnia świata" i "kuchnia polska". Ja i to, i to lubię, więc idę jak w dym, a za mną postępuje moja mała grupa. Rozglądamy się - ani tu pięknie, ani bardzo brzydko, powiedziałbym, że bez gustu raczej, mocne kolory biją w oczy, lampy metalowe zwisają ze ściany, ot, takie tam robienie restauracji z niczego. Przez szklane drzwi widać hotel - co ważne, bo w drodze do toalety trzeba przejść przed recepcjonistą i szukać w okolicach schodów. Dziwne trochę.
Jeśli zaś o jedzenie chodzi, to wyborem jest bieda: karta pełna jedzenia, a nic się w oczy nie rzuca. Wróć! Rzuca się raczej, na przykład taka przystawka, pierwsza z brzegu: paluszki krabowe w sosie śmietanowym. O Jezusie Nazareński! Jakiejż to kuchni jest danie? Albo: krewetki królewskie z grilla. Brzmi normalnie i smacznie. Zjadłbym. Ale kosztują 28 zł za 4 sztuki, więc nie zjadłem i napisać mogę tylko tyle, że 7 złotych za krewetkę, choćby królewską, to przesada. Albo przeplataniec z kurczaka z krążkami cebuli: jaki, pytam się, jest sens robienia z kury przeplatańca, warkocza czy koku?
Stanęło na jednej przystawce polskiej i jednej światowej zupie. Wędzony pstrąg z jabłkiem wydawał się mieć potencjał. Było to jabłko pokrojone na cieniutkie plasterki (duże, nieporęczne, bo z całego jabłka), a pośrodku ciepła pasta rybna. Nie będę się rozwodził o dodatkach w tej paście, bo to się mija z celem. Kto jadł choć raz w życiu rybną pastę, wie o czym mówię: słonawe, wędzone rybsko. Pstrąg? Jadłem lepsze ryby. Strukturę ma nieciekawą, wpół drogi: ani to kawałki, ani muślinowe, zwiewne cudo. Krem z marchwi z kolendrą i imbirem, 220 ml (bo przy każdym daniu podają gramaturę, jak w mlecznym) "jest ciekawy", uprzedził kelner; a ja najwyraźniej nie pojąłem tej delikatnej wskazówki. Zupa krem powinna mieć strukturę doskonale jednorodną - a to był jakiś sok z farfoclami, słodki i tak ostry jednocześnie, że aż zatykający (a ja ostre lubię i sam ostro gotuję). Moim zdaniem pan kucharz nie spróbował swego dzieła. I jeszcze drobiazg: lato się zbliża, dwadzieścia dwa stopnie za oknem, a zupa wrząca. Nie gorąca: wrząca. Nawet tych 220 ml nie dojadłem, bo w połowie wyparowała ochota.
Na drugie wziąłem grillowane kotleciki jagnięce z rozmarynem, 180 g - kotleciki były trzy, jeden podeszwowaty, jeden średnio wysmażony, jeden krwisty, do wyboru, żebym nie był poszkodowany. Rozmaryn gdzieś się co prawda ulotnił, ale były opiekane ziemniaki i podstawowa sałatka w takiej przezroczystej miseczce, jak w stołówce. Mięso zjadłem, bo grzech zostawić, ziemniaki zjadłem, bo lubię, i zapomniałem natychmiast. Na pocieszenie spróbowałem pieczeni wieprzowej z karmelem i skórką pomarańczową - i rzeczywiście doznałem pocieszenia. Otóż się okazało, że jagnięcina była o niebo lepsza. Pieczeń sucha jak pień, oblana płynnym lukrem z potworną wprost ilością kandyzowanej skórki - ale nie skórki świeżej, tylko skórki po polsku, na twardo. Równie dobrze można podawać schabowe z lodami.
Niby nie doszło do chorowania, niby porcje były dość duże (choć mnie to akurat obojętne), ale wszystko takie jakieś beznadziejne, idiotycznie ugotowane... Wróciłem właśnie z dalekiej podróży, z miasta nad morzem, gdzie gotowanie jest sztuką i za złe jedzenie w restauracji ucinają głowę. Jakoś niczego niedobrego przez tydzień nie jadłem. A tu, mam wrażenie, jak zwykle: opustoszał lokal po upadłej knajpie, ktoś pomyślał, że to okazja...
Rocking Horse, ul. Poselska 22
Dwie osoby zjadły tu po raz ostatni za 110 zł.
Uprzejmie informuję, że gałka wcale nie jest "muszkatułowa". Choć rzeczywiście brzmi wzruszająco.
Polecamy: C.K. Browar. Obżarstwo radosne
- 9 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
-
Wielkie żarcie Nowickiego. Rocking Horse
adret
06.06.10, 23:21
Równie uprzejmie informuję, że się odwiedza "ten zakątek", nie "tego zakątka".A za recenzje kulinarne serdecznie dziękuję. Są mi one, amatorce jadanie "na mieście", cennym drogowskazem.»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





