Hard Rock Cafe. Góry, fury jedzenia
25.06.2010
, aktualizacja: 25.06.2010 15:20
Chodzę opłotkami. Dekuję się po knajpach, sączę colę, oglądam mecze. Staram się jednak trzymać rękę na pulsie, chodzę pod wszystkie nowe adresy, żeby zobaczyć, co i jak; żadnych cudów. Kuchnia włoska po polsku zrobiona, kuchnia polska zrobiona na nijako. Smutno mi, Boże.
ZOBACZ TAKŻE
- Morskie Oko. Koło, koryto i dzik z rogami (19-08-10, 19:45)
- Shanti. Remis po tajsku (29-07-10, 23:18)
- Tokyo Fusion. Chwilowa utrata czujności (23-07-10, 11:47)
- Bar Ewa. Szacun! (09-07-10, 13:23)
- Coca Typical Sicilian Food. Małe najbardziej cieszy (02-07-10, 06:00)
- Festiwal Smaku: Szukajcie, a (może) znajdziecie (18-06-10, 14:06)
- Ranczo Frontiera (555 kilometrów od Krakowa). Niebo w gębie (11-06-10, 15:21)
- Rocking Horse. Ktoś pomyślał, że to okazja... (04-06-10, 18:37)
- C.K. Browar. Obżarstwo radosne (28-05-10, 14:38)
- Resto Illuminati. Nareszcie (18-12-09, 13:50)
Szedłem ostatnio Rynkiem (Głównym, ten koło empiku), patrzę, a sklep nazwany mylnie Hard Rock Cafe - mylnie, bo kawy tam nie sprzedawali, ani niczego do jedzenia, tylko ciuszki - zmienił swą istotę: pojawiło się tam jedzenie i picie. Ten fakt postanowiłem w waszym imieniu niezwłocznie dogłębnie zbadać, bo jak was znam, to żaden przejaw amerykańskiego imperializmu nie uchodzi waszej uwadze; lecicie ten imperializm zwiedzać i potem wracacie cudnie zdyszane, obładowane zakupami. Ale to już temat na inne rozważania.
Wchodzimy do tego lokalu - lokalu, który jest częścią, maleńką cząstką wielkiego majątku znajdującego się w posiadaniu Indian (to nie żart, tylko święta prawda, firmę kupili Seminole z Florydy) - a tam od razu młody człowiek się melduje i pyta, jakie mamy życzenie. (Muzyka w tym czasie, przyznać trzeba, ryczy dosyć głośno. Taka tu zasada). Ja odpowiadam, że chcemy jeść. Więc młodzieniec prowadzi nas na górę i usadza przy stoliku: "A teraz, powiada, przyjdzie do was Beata i się wami zajmie" (wychodzi na to, że jest jakimś majordomusem; a poufała forma nie wynika z zażyłości, bo - jako żywo - nie znamy się wcale). Beata nie przychodzi, przychodzi młodzian. "Cześć, jak się macie, jestem Bartek" - powiada (jego też - sami się domyślacie -widzieliśmy po raz pierwszy w życiu). Idą w ruch karty, składamy zamówienia. Patrzymy na świętującą obok grupę pracowników pewnego hotelu, którzy nie wiem co świętują, ale świętują hucznie. Patrzymy na przedmioty zgromadzone w gablotach. Gitara Johnny'ego Rottena; kostium trochę nietoperzowy Briana Maya z Queen; różne dziwacznie dobrane przedmioty. Płyty, gitary, rękawiczki, takie tam rzeczy.
Ale co zwraca uwagę przede wszystkim: to, co za oknem. Widoki to jest wartość dodana bardzo wielu miejsc w Krakowie, i uważam osobiście, że trzeba za nie pobierać opłatę. Siedzieliśmy sobie w kąciku, przy oknie, widok był na zielonkawego Adasia, na Sukiennice (ten stary dom na Rynku) i na kościół Mariacki, tu oglądany z nadzwyczajnej perspektywy - z pierwszego piętra, na wprost, a nie z zadartą głową. Piliśmy sobie wodę gazowaną i niegazowaną, patrzyliśmy na radosnych pracowników korporacji wewnątrz, na parasole stacji radiowej na zewnątrz. Było nam, nie powiem, bosko.
Zamówienia przyniesiono szybko, i prezentowały się one następująco: Cobb Salad, czyli wielki talerz sałaciany, gdzie w rządkach usypano takiego sobie pomidora, takie sobie awokado, takiego sobie kurczaka, zwyczajny bekon, dwa sery, różniące się między sobą chyba tylko kolorem, pokruszone jajko, czerwoną cebulę, a wszystko na zielonej sałacie. Pożywne, świeże, choć, doprawdy, nic cudownego, szczególnie że cena jak za kawior. Trudno, nie na sałaty człowiek chodzi do Hard Rock Cafe. Chodzi raczej po to, żeby się otrzeć o wielkość innych, żeby powyobrażać sobie, że jest kimś wielkim, Meat Lofem na przykład. A skoro o mięsie już mowa - to mięso stanowi podstawę tutejszego menu, więc o mięso zadbaliśmy.
"Legendarne burgery" (tak je nazywają w karcie) to jest clou programu. Duże (dziesięciouncjowe, chwali się karta), z wielkimi frytami - bardzo dobrymi, nawiasem mówiąc, chrupiącymi i jednocześnie miękkimi w środku. Mediterranean Burger, z sosem tzatziki, sałatą i pomidorem, cebulą, kaparami i czarną oliwką; jest w nim też odrobina pepperoncini; można tak sobie wymieniać, ale najważniejsze jest to, co następuje: burger ten to solidny kawał mięcha. Zażyczyliśmy sobie, żeby było krwiste, i było niemal krwiste, to się rzadko zdarza. Trochę jest niedoprawione, moim zdaniem, ale smakowite; po raz pierwszy od dawna poczułem w burgerze smak mięsa. Wyobraźcie to sobie: widok na ceglaną ścianę kościoła, przestrzeń Rynku, zaludniona, bo piątek wieczorem, jazgot, zimna woda, bo gorąco. Dobrze całkiem. Przyjemnie.
Ja zamówiłem olbrzymie żeberka - cały płat żeberek, z dodatkiem sałatki coleslaw i, niestety, fasolki w sosie pomidorowym. Żeberka, gdyby podać je bez smarowania sosem barbecue, byłyby znakomite, bo ostrawe, od kości odchodzące, słowem takie jak trzeba. Ale ten sos, monotonny, słodki i lekko kwaśny, psuje całą zabawę. Dużo jedzenia, frytki świetne, ale więcej tego nie zamówię.
Wówczas podszedł nasz kelner i spytał grzecznie, choć nieco obcesowo: "Smakuje wam?". "Yhm", odpowiedzieliśmy z pełnymi ustami. "Jesteście przejazdem czy z Krakowa?", ciągnął niezrażony, a ja pomyślałem od razu o tych sprzedawcach ze sportową torbą na ramieniu, którzy tyle razy zaczepiali mnie na Szewskiej: "Jest pan z Krakowa?" - "Nie". - "To bardzo dobrze się składa..."; albo: - "Tak, jestem". - "To bardzo dobrze się składa, mam dla pana specjalną ofertę", i buch mi przed oczy chamsko podrabiane perfumy. A Bartek z Hard Rock Cafe chciał wiedzieć, czy my lubimy rocka i czego byśmy chcieli posłuchać, i zapewniał (choć przecież nikt nie poddawał w wątpliwość), że firma pozostanie w Krakowie na wieki. Dziwne to było, choć bardzo grzeczne. (Przeczytałem gdzieś potem, że dewizą sieci jest hasło "Love All, Serve All", zaczerpnięte z mądrości Sai Baby).
Pewnie, wiem, że takie lokale to są sieciówki i cud, że w ogóle w nich można cokolwiek zjeść; ale tu odkryłem tę trudną do opisania mieszaninę. Z jednej strony widoki na wszystko, co to miasto ma najlepszego, wnętrze dziwne i upstrzone pamiątkami, całe tabuny uśmiechniętych i uprzejmych kelnerów, sypiących jak z rękawa historyjkami o firmie matce (inna sprawa, że w prawdziwym życiu nie jestem z nimi na ty i dziwaczne jest to udawanie wielkiego luzu); z drugiej strony wartość nieprzemijająca, dobry burger. Więc jeśli jesteście przy kasie i macie ochotę oglądać idiotyczne przebranie jednego z Queenów - to czemu nie.
Hard Rock Cafe, pl. Mariacki 9 (ale wejście od Rynku)
Dwie osoby przejadły 145 zł. Drogo. Sałata była taktycznym błędem, ale namówił kelner.
Wchodzimy do tego lokalu - lokalu, który jest częścią, maleńką cząstką wielkiego majątku znajdującego się w posiadaniu Indian (to nie żart, tylko święta prawda, firmę kupili Seminole z Florydy) - a tam od razu młody człowiek się melduje i pyta, jakie mamy życzenie. (Muzyka w tym czasie, przyznać trzeba, ryczy dosyć głośno. Taka tu zasada). Ja odpowiadam, że chcemy jeść. Więc młodzieniec prowadzi nas na górę i usadza przy stoliku: "A teraz, powiada, przyjdzie do was Beata i się wami zajmie" (wychodzi na to, że jest jakimś majordomusem; a poufała forma nie wynika z zażyłości, bo - jako żywo - nie znamy się wcale). Beata nie przychodzi, przychodzi młodzian. "Cześć, jak się macie, jestem Bartek" - powiada (jego też - sami się domyślacie -widzieliśmy po raz pierwszy w życiu). Idą w ruch karty, składamy zamówienia. Patrzymy na świętującą obok grupę pracowników pewnego hotelu, którzy nie wiem co świętują, ale świętują hucznie. Patrzymy na przedmioty zgromadzone w gablotach. Gitara Johnny'ego Rottena; kostium trochę nietoperzowy Briana Maya z Queen; różne dziwacznie dobrane przedmioty. Płyty, gitary, rękawiczki, takie tam rzeczy.
Ale co zwraca uwagę przede wszystkim: to, co za oknem. Widoki to jest wartość dodana bardzo wielu miejsc w Krakowie, i uważam osobiście, że trzeba za nie pobierać opłatę. Siedzieliśmy sobie w kąciku, przy oknie, widok był na zielonkawego Adasia, na Sukiennice (ten stary dom na Rynku) i na kościół Mariacki, tu oglądany z nadzwyczajnej perspektywy - z pierwszego piętra, na wprost, a nie z zadartą głową. Piliśmy sobie wodę gazowaną i niegazowaną, patrzyliśmy na radosnych pracowników korporacji wewnątrz, na parasole stacji radiowej na zewnątrz. Było nam, nie powiem, bosko.
Zamówienia przyniesiono szybko, i prezentowały się one następująco: Cobb Salad, czyli wielki talerz sałaciany, gdzie w rządkach usypano takiego sobie pomidora, takie sobie awokado, takiego sobie kurczaka, zwyczajny bekon, dwa sery, różniące się między sobą chyba tylko kolorem, pokruszone jajko, czerwoną cebulę, a wszystko na zielonej sałacie. Pożywne, świeże, choć, doprawdy, nic cudownego, szczególnie że cena jak za kawior. Trudno, nie na sałaty człowiek chodzi do Hard Rock Cafe. Chodzi raczej po to, żeby się otrzeć o wielkość innych, żeby powyobrażać sobie, że jest kimś wielkim, Meat Lofem na przykład. A skoro o mięsie już mowa - to mięso stanowi podstawę tutejszego menu, więc o mięso zadbaliśmy.
"Legendarne burgery" (tak je nazywają w karcie) to jest clou programu. Duże (dziesięciouncjowe, chwali się karta), z wielkimi frytami - bardzo dobrymi, nawiasem mówiąc, chrupiącymi i jednocześnie miękkimi w środku. Mediterranean Burger, z sosem tzatziki, sałatą i pomidorem, cebulą, kaparami i czarną oliwką; jest w nim też odrobina pepperoncini; można tak sobie wymieniać, ale najważniejsze jest to, co następuje: burger ten to solidny kawał mięcha. Zażyczyliśmy sobie, żeby było krwiste, i było niemal krwiste, to się rzadko zdarza. Trochę jest niedoprawione, moim zdaniem, ale smakowite; po raz pierwszy od dawna poczułem w burgerze smak mięsa. Wyobraźcie to sobie: widok na ceglaną ścianę kościoła, przestrzeń Rynku, zaludniona, bo piątek wieczorem, jazgot, zimna woda, bo gorąco. Dobrze całkiem. Przyjemnie.
Ja zamówiłem olbrzymie żeberka - cały płat żeberek, z dodatkiem sałatki coleslaw i, niestety, fasolki w sosie pomidorowym. Żeberka, gdyby podać je bez smarowania sosem barbecue, byłyby znakomite, bo ostrawe, od kości odchodzące, słowem takie jak trzeba. Ale ten sos, monotonny, słodki i lekko kwaśny, psuje całą zabawę. Dużo jedzenia, frytki świetne, ale więcej tego nie zamówię.
Wówczas podszedł nasz kelner i spytał grzecznie, choć nieco obcesowo: "Smakuje wam?". "Yhm", odpowiedzieliśmy z pełnymi ustami. "Jesteście przejazdem czy z Krakowa?", ciągnął niezrażony, a ja pomyślałem od razu o tych sprzedawcach ze sportową torbą na ramieniu, którzy tyle razy zaczepiali mnie na Szewskiej: "Jest pan z Krakowa?" - "Nie". - "To bardzo dobrze się składa..."; albo: - "Tak, jestem". - "To bardzo dobrze się składa, mam dla pana specjalną ofertę", i buch mi przed oczy chamsko podrabiane perfumy. A Bartek z Hard Rock Cafe chciał wiedzieć, czy my lubimy rocka i czego byśmy chcieli posłuchać, i zapewniał (choć przecież nikt nie poddawał w wątpliwość), że firma pozostanie w Krakowie na wieki. Dziwne to było, choć bardzo grzeczne. (Przeczytałem gdzieś potem, że dewizą sieci jest hasło "Love All, Serve All", zaczerpnięte z mądrości Sai Baby).
Pewnie, wiem, że takie lokale to są sieciówki i cud, że w ogóle w nich można cokolwiek zjeść; ale tu odkryłem tę trudną do opisania mieszaninę. Z jednej strony widoki na wszystko, co to miasto ma najlepszego, wnętrze dziwne i upstrzone pamiątkami, całe tabuny uśmiechniętych i uprzejmych kelnerów, sypiących jak z rękawa historyjkami o firmie matce (inna sprawa, że w prawdziwym życiu nie jestem z nimi na ty i dziwaczne jest to udawanie wielkiego luzu); z drugiej strony wartość nieprzemijająca, dobry burger. Więc jeśli jesteście przy kasie i macie ochotę oglądać idiotyczne przebranie jednego z Queenów - to czemu nie.
Hard Rock Cafe, pl. Mariacki 9 (ale wejście od Rynku)
Dwie osoby przejadły 145 zł. Drogo. Sałata była taktycznym błędem, ale namówił kelner.
- 23 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
16 głosów
-
Meat Loaf...
misself
12.02.11, 10:53
Taka potrawa jest, w amerykańskich domach częsta.Coś w rodzaju klopsa lub pieczeni rzymskiej.Nie zachęciła mnie ta recenzja, wychodzi na to, że tylko hamburger był OK.»
-
Hard Rock Cafe. Frytki
paulino0
15.04.11, 19:40
Wiadomo knajpa instytucja i tak - moim zdaniem za późno w Krakowie.... jedzenie takie sobie (dla miłośników), ale wystrój i widok warte zachodu. Nie rozumiem tylko zachwytu nad frytkami, toż»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





