Coca Typical Sicilian Food. Małe najbardziej cieszy
02.07.2010
, aktualizacja: 30.06.2010 18:52
Będzie odrobineczkę nie po kolei, bo po kolei nudno. Przedostatnio byłem w rozjazdach, trafiło między innymi na miasto Białystok. Odbywał się Jarmark na Jana - dla miejscowych wezwanie do zakupów, dla mnie wymarzona szansa, żeby zobaczyć, co oni tam na miejscu jedzą.
ZOBACZ TAKŻE
- Morskie Oko. Koło, koryto i dzik z rogami (19-08-10, 19:45)
- Thaisty. Kuchnia mutuje (na dobre i na złe) (06-08-10, 13:41)
- Shanti. Remis po tajsku (29-07-10, 23:18)
- Tokyo Fusion. Chwilowa utrata czujności (23-07-10, 11:47)
- Bar Ewa. Szacun! (09-07-10, 13:23)
- Hard Rock Cafe. Góry, fury jedzenia (25-06-10, 15:20)
- Festiwal Smaku: Szukajcie, a (może) znajdziecie (18-06-10, 14:06)
- Ranczo Frontiera (555 kilometrów od Krakowa). Niebo w gębie (11-06-10, 15:21)
- Rocking Horse. Ktoś pomyślał, że to okazja... (04-06-10, 18:37)
Najpierw "Tatarska Jurta", taka agroturystyka, prowadzi ją Dżenneta, tak, pani Dżenneta Bogdanowicz z mężem (nawiedził ich kiedyś książę Karol, wystawcie sobie) - od dawna chciałem się tam wybrać, bo tatarskich dań próbowałem na Litwie i mam ochotę to doświadczenie powtórzyć. No wiecie, oni są z Kruszynian, tam gdzie stoi ten meczet, co go w telewizji ciągle pokazują. Zjadłem ich pieczone pierogi, kibiny nadziewane kapustą, cebulą i mięsem, raczej słodkawe i bardzo sycące; tatarskich kołdunów niestety nie mieli, więc było mi trochę smutno. Ja się na te kołduny wybiorę do Kruszynian przy najbliższej okazji i Wam też radzę.
Potem pożerałem bez opamiętania małe serki z Puńska; sprzedawczyni ledwie się dogadywała z publiką, bo ona była z Litwinów, handel jej szedł opornie. Nie ma sprawiedliwości na świecie, bo te serki suszone są niezrównane, takie kruszące się, twarde jak cholera, z dodatkiem kminku. Pozostaje w nich maślistość, delikatność i słodycz, jakby się przez suszenie destylowała. (Więc jeśli będziecie w okolicach Puńska... ). A na koniec znalazłem pewną panią, zresztą co tam - po nazwisku trzeba: znalazłem panią Sakowicz z Rogowa. Z mężem robią twarde sery z krowiego mleka (rasa polska czerwona) - no mówię Wam, ten, który przywiozłem do domu był tak dojrzały, że aż lekko gorzki, aż się leciutko rozłaził w szwach. Na tym właśnie polega dobry ser: że się starzeje jak Jean Gabin. Za młodu, cóż, może i był obiecujący, ale gładki i szpetny. Dopiero jak był stary i porowaty, dopiero wtedy piękny się zrobił. Spróbujcie zamówić (85 717 19 36) albo wpadnijcie, jak będziecie w okolicy. Ech, robią jednak czasem rzeczy pyszne, szkoda, że tak daleko od domu.
A parę tygodni temu byłem w Palermo. Piszę nie po to, żeby was wkurzyć, tylko tytułem wstępu. W Palermo, tak uważam, kuchnia jest boska. Niby wszędzie we Włoszech jest, ale tam, cóż, tam się spotyka wszystko, absolutnie wszystko, co potrzebne do ideału: bieda, która doskwierała przez całe wieki (bieda zmusza do pomysłowości), najazdy i gwałty, które zawsze urozmaicają kuchnię, uprawy, które tam udają się najlepiej (cytryny, pomarańcze, oliwki), no i morze za rogiem ulicy, morze pełne owoców morza. Zalazło mi Palermo za skórę, gadam o tym jak najęty, piszę o tym jak najęty, zmuszam przyjaciół, żeby tam jeździli, choćby wbrew sobie. Wszystko dlatego, że mi Sycylii brak, że się nie mogę doczekać powrotu, że pożądam miski tamtejszego makaronu, ośmiornicy jedzonej palcami na ulicy i marynowanych krewetek na placu, gdzie wieczorem sprzedają trawę jakby to były gazety. Rozumiecie: bez Sycylii jak bez ręki.
Aż tu idę sobie ulicą Kupa, patrzę, oczom nie wierzę: Coco, typowa kuchnia sycylijska, głosi napis. Za barem stoi polski człowiek, pierwszy dzień w pracy. Ale w kuchni, ooo, w kuchni stoi człowiek stamtąd. Z Sycylii? pytam na wszelki wypadek; pewnie, że z Sycylii, odpowiada. A byliście kiedyś? teraz on pyta. Byliśmy, odpowiadamy chórem, no i już jesteśmy tak jakby znajomymi. Patrzę na jedzenie: leżą w gablotce arancine. To są takie kule z ryżu, nadziane najczęściej ragu (czyli ragout po naszemu) pomidorowo-mięsnym, z dodatkiem groszku, moczone w jajku, obtoczone w tartej bułce, smażone na głębokim oleju (w Palermo do ryżu dodają szafranu, stąd piękny kolor, te tutaj w środku są białe). Wgryzam się: prawdziwe! Smaczne! Soczyste! (A to jest barek na cztery miejsca przy ulicy Kupa). Jest też drugi rodzaj - ze szpinakiem i mozzarellą, mniej wyraziste, ale delikatne, ale smaczne i zawsze coś na zmianę.
Po takim wstępie, cóż, nie było ucieczki, postanowiłem spróbować wszystkiego; na drugi ogień poszła insalata di riso, sałatka ryżowa podawana na zimno. Na gorący dzień jak znalazł - to jest właściwie ryż z drobinkami warzyw, z jajkiem, twór miękki, właściwie troszkę papkowaty (ja lubię bardziej wyraziste smaki). Zjedliśmy jeszcze scicciatę, taki właściwie pieróg z chlebowego ciasta, nadziany albo ragu, albo z szynką i sosem pomidorowym. Sycylijczyk popatrzył na nas, zrobił smutną minę i powiedział: no przepraszam, ale makaronu już dziś nie ma. Może przyjdziecie jutro? Ale zanim wyszliśmy, zamówiliśmy kawę - wiadomo, włoska knajpa, nawet najmniejsza, zawsze ma dobrą kawę. Tę na Kupa dostaniecie w plastikowych kubeczkach, ale - macie na to moje słowo - nie ma lepszej kawy na Kazimierzu. (A kiedy przyszło do płacenia, to usłyszeliśmy od Włocha: a kawę ja stawiam. I było nam bardzo, ale to bardzo miło).
Następnego dnia przyszliśmy na makarony: jeden był z prościutkim sosem pomidorowym, takim słodkim, lekkim, najzwyczajniej w świecie domowym; drugi z ragu, tak samo świetnym, a nawet lepszym. Wiecie, żeby nie było nieporozumień: to są dania niewymyślne, szybkie, podawane na plastikowych talerzach. Ale ani przez chwilę nie poczujecie, że byliście w jakimś barze (barze w rozumieniu polskim, czyli na ziemi szatana, która nie będzie zbawiona); więcej, poczujecie, że się Wami ktoś opiekuje, poczujecie się docenieni, rozpoznani. Na zewnątrz, na chodniku, kłębiła się grupa Włochów, co do jednego włochatych i nażelowanych, ględzili podniesionymi głosami, kiwali do siebie i jak zwykle nie było wśród nich ani jednej kobiety. W kuchni szef nie dawał rady, chłopak zza kasy też nie dawał rady, no, nikt niby nie dawał rady; ale jakimś cudem opatrzność (która zapewne jest Włoszką) nad wszystkim czuwała, zamówienie wydobywały się na światło dzienne, wszyscy jedli, znów gadali, i znów zamawiali...
A na koniec znów piliśmy kawę, najlepszą na Kazimierzu, za którą znów nie zapłaciliśmy, bo zostało uznane, że jesteśmy stałymi klientami (no i przecież byliśmy na Sycylii, więc jesteśmy prawie jak rodzina). Tu się zwierzę: jestem do trzewi przekonany, że w polskiej knajpie to by się nie mogło wydarzyć. Bo Włosi, mówcie co chcecie, potrafią sobie zjednywać ludzi.
Coca Typical Sicilian Food, ul. Kupa
Dwa obfite posiłki dwuosobowe - 80 zł.
Uwaga: to nie jest oferta handlowa. Nikomu nie obiecuję darmowej kawy. W tekście opisuję to, co mnie i tylko mnie spotkało. Czy to jest jasne?
Potem pożerałem bez opamiętania małe serki z Puńska; sprzedawczyni ledwie się dogadywała z publiką, bo ona była z Litwinów, handel jej szedł opornie. Nie ma sprawiedliwości na świecie, bo te serki suszone są niezrównane, takie kruszące się, twarde jak cholera, z dodatkiem kminku. Pozostaje w nich maślistość, delikatność i słodycz, jakby się przez suszenie destylowała. (Więc jeśli będziecie w okolicach Puńska... ). A na koniec znalazłem pewną panią, zresztą co tam - po nazwisku trzeba: znalazłem panią Sakowicz z Rogowa. Z mężem robią twarde sery z krowiego mleka (rasa polska czerwona) - no mówię Wam, ten, który przywiozłem do domu był tak dojrzały, że aż lekko gorzki, aż się leciutko rozłaził w szwach. Na tym właśnie polega dobry ser: że się starzeje jak Jean Gabin. Za młodu, cóż, może i był obiecujący, ale gładki i szpetny. Dopiero jak był stary i porowaty, dopiero wtedy piękny się zrobił. Spróbujcie zamówić (85 717 19 36) albo wpadnijcie, jak będziecie w okolicy. Ech, robią jednak czasem rzeczy pyszne, szkoda, że tak daleko od domu.
A parę tygodni temu byłem w Palermo. Piszę nie po to, żeby was wkurzyć, tylko tytułem wstępu. W Palermo, tak uważam, kuchnia jest boska. Niby wszędzie we Włoszech jest, ale tam, cóż, tam się spotyka wszystko, absolutnie wszystko, co potrzebne do ideału: bieda, która doskwierała przez całe wieki (bieda zmusza do pomysłowości), najazdy i gwałty, które zawsze urozmaicają kuchnię, uprawy, które tam udają się najlepiej (cytryny, pomarańcze, oliwki), no i morze za rogiem ulicy, morze pełne owoców morza. Zalazło mi Palermo za skórę, gadam o tym jak najęty, piszę o tym jak najęty, zmuszam przyjaciół, żeby tam jeździli, choćby wbrew sobie. Wszystko dlatego, że mi Sycylii brak, że się nie mogę doczekać powrotu, że pożądam miski tamtejszego makaronu, ośmiornicy jedzonej palcami na ulicy i marynowanych krewetek na placu, gdzie wieczorem sprzedają trawę jakby to były gazety. Rozumiecie: bez Sycylii jak bez ręki.
Aż tu idę sobie ulicą Kupa, patrzę, oczom nie wierzę: Coco, typowa kuchnia sycylijska, głosi napis. Za barem stoi polski człowiek, pierwszy dzień w pracy. Ale w kuchni, ooo, w kuchni stoi człowiek stamtąd. Z Sycylii? pytam na wszelki wypadek; pewnie, że z Sycylii, odpowiada. A byliście kiedyś? teraz on pyta. Byliśmy, odpowiadamy chórem, no i już jesteśmy tak jakby znajomymi. Patrzę na jedzenie: leżą w gablotce arancine. To są takie kule z ryżu, nadziane najczęściej ragu (czyli ragout po naszemu) pomidorowo-mięsnym, z dodatkiem groszku, moczone w jajku, obtoczone w tartej bułce, smażone na głębokim oleju (w Palermo do ryżu dodają szafranu, stąd piękny kolor, te tutaj w środku są białe). Wgryzam się: prawdziwe! Smaczne! Soczyste! (A to jest barek na cztery miejsca przy ulicy Kupa). Jest też drugi rodzaj - ze szpinakiem i mozzarellą, mniej wyraziste, ale delikatne, ale smaczne i zawsze coś na zmianę.
Po takim wstępie, cóż, nie było ucieczki, postanowiłem spróbować wszystkiego; na drugi ogień poszła insalata di riso, sałatka ryżowa podawana na zimno. Na gorący dzień jak znalazł - to jest właściwie ryż z drobinkami warzyw, z jajkiem, twór miękki, właściwie troszkę papkowaty (ja lubię bardziej wyraziste smaki). Zjedliśmy jeszcze scicciatę, taki właściwie pieróg z chlebowego ciasta, nadziany albo ragu, albo z szynką i sosem pomidorowym. Sycylijczyk popatrzył na nas, zrobił smutną minę i powiedział: no przepraszam, ale makaronu już dziś nie ma. Może przyjdziecie jutro? Ale zanim wyszliśmy, zamówiliśmy kawę - wiadomo, włoska knajpa, nawet najmniejsza, zawsze ma dobrą kawę. Tę na Kupa dostaniecie w plastikowych kubeczkach, ale - macie na to moje słowo - nie ma lepszej kawy na Kazimierzu. (A kiedy przyszło do płacenia, to usłyszeliśmy od Włocha: a kawę ja stawiam. I było nam bardzo, ale to bardzo miło).
Następnego dnia przyszliśmy na makarony: jeden był z prościutkim sosem pomidorowym, takim słodkim, lekkim, najzwyczajniej w świecie domowym; drugi z ragu, tak samo świetnym, a nawet lepszym. Wiecie, żeby nie było nieporozumień: to są dania niewymyślne, szybkie, podawane na plastikowych talerzach. Ale ani przez chwilę nie poczujecie, że byliście w jakimś barze (barze w rozumieniu polskim, czyli na ziemi szatana, która nie będzie zbawiona); więcej, poczujecie, że się Wami ktoś opiekuje, poczujecie się docenieni, rozpoznani. Na zewnątrz, na chodniku, kłębiła się grupa Włochów, co do jednego włochatych i nażelowanych, ględzili podniesionymi głosami, kiwali do siebie i jak zwykle nie było wśród nich ani jednej kobiety. W kuchni szef nie dawał rady, chłopak zza kasy też nie dawał rady, no, nikt niby nie dawał rady; ale jakimś cudem opatrzność (która zapewne jest Włoszką) nad wszystkim czuwała, zamówienie wydobywały się na światło dzienne, wszyscy jedli, znów gadali, i znów zamawiali...
A na koniec znów piliśmy kawę, najlepszą na Kazimierzu, za którą znów nie zapłaciliśmy, bo zostało uznane, że jesteśmy stałymi klientami (no i przecież byliśmy na Sycylii, więc jesteśmy prawie jak rodzina). Tu się zwierzę: jestem do trzewi przekonany, że w polskiej knajpie to by się nie mogło wydarzyć. Bo Włosi, mówcie co chcecie, potrafią sobie zjednywać ludzi.
Coca Typical Sicilian Food, ul. Kupa
Dwa obfite posiłki dwuosobowe - 80 zł.
Uwaga: to nie jest oferta handlowa. Nikomu nie obiecuję darmowej kawy. W tekście opisuję to, co mnie i tylko mnie spotkało. Czy to jest jasne?
Polecamy: Hard Rock Cafe. Góry, fury jedzenia
- 13 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
-
Re: Coca Typical Sicilian Food. Małe najbardziej
looptroop.r
01.10.10, 11:24
To ta maleńka knajpeczka na Kupa? Mijałam ja już parę razy wieczorem ale nic już nie mieli wtedy. Nie zrobiła na mnie jakoś wrażenie, wolę sobie gdzieś usiąść a nie jeść na stojaka...No ale »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





