Bar Ewa. Szacun!

Wojciech Nowicki
09.07.2010 , aktualizacja: 11.07.2010 13:05
A A A Drukuj
Ze wstydem podaję do publicznej wiadomości: czasem nie mam pojęcia o miejscach, które zna wielu. I z radością się przyznaję: zawsze się znajdzie jakaś życzliwa istota, która mi wskaże drogę.

Ot, na przykład ostatnio, zastanawiałem się jak zwykle, gdzie by tu pójść. Przeskanowałem w pamięci wszystkie miejsca nowe i pełne blasku (zwanego blichtrem), niecierpliwie oczekujące na opisanie. Doszedłem do wniosku - tak jak wy byście na moim miejscu doszli - że nie mam ochoty marnować na nie czasu, że nic mnie do nich nie ciągnie. A wtedy pewna życzliwa mi osoba (są takie) powiedziała, że ktoś jej powiedział, że podobno... Że na uboczu... I że ona tam poszła, i że rzeczywiście...; więc, czy ja... A ja na to, że pewnie, z radością. I poszliśmy na ubocze.

Poszliśmy sobie ulicą Gzymsików od strony Kościelnej; to jest wyborna ulica, ta Gzymsików, bardzo lubię nią chodzić. Drzewa z lewej, domy z prawej, niedługa, na ludzką miarę. Jak przychodzi do Mazowieckiej, trzeba skręcić w lewo; i zaraz w prawo, w Lubelską. Tylko nie można się rozpędzać za bardzo, bo dojdziecie na przykład do spółki z oo. Pro Psyche, a przecież nie chcemy kłopotów, prawda? My idziemy na obiad, w nastroju świątecznym (choć to dzień zwykły, choć letni). Nie idziemy daleko, idziemy pod jedynkę, do baru Ewa. Choć byłem prowadzony za rękę (nie pytajcie, czy to przenośnia, bo i tak nie powiem), i tak przeoczyłem - stoi sobie taka, bądźmy szczerzy, okropna, żółta tablica, a na niej napis "Bar Ewa zaprasza kuchnia domowa" i do tego postać kucharza, i godziny otwarcia. I zejście w dół, do przyziemia. Spomiędzy płytek chodnika zielenieje trawa. To są powidoki z całej Polski, to są nasze miejsca tajemne, do których z uporem chadzamy, albo które uporczywie omijamy. Ja Bar Ewa przeoczyłem po prostu, bez żadnej intencji. Przyjazna dłoń popchnęła mnie do środka.

Schodzi się po siedmiu schodkach, do dziupli wielkości kiosku - są w niej cztery maleńkie stoliki porozstawiane po kątach (wybaczcie te wyliczanki, drogie i drodzy, ale inaczej się nie da). Stoliczki lilipucie, z innej epoki, jakiś klient czeka na zamówienie. Karta niedługa. Żeby nie zmuszać do jej czytania, szef recytuje dania z pamięci. Siedliśmy; jąłem podziwiać (nie ma tu wiele do podziwiania, mówiąc szczerze: wnętrze jest dziełem talentu samorodnego, takie wnętrze, żeby ludzie mogli sobie usiąść i zjeść). W karcie same klasyki kuchni domowej, same dania, których na co dzień unikam - bo je cenię tylko wtedy, kiedy są najlepiej wykonane.

Teraz będzie sprawozdanie, niedługie, ale czytajcie uważnie: na pierwszy ogień poszedł żurek. Nawet się nie zastanawiałem jaki będzie, bo żurek bywa dobry albo zły, ale raczej nie zaskakuje. A ten był dobry, kwaśny (z porą roku w zgodzie), o aksamitnej konsystencji; a pod powierzchnią (obficie posypaną koperkiem i podsmażoną cebulką - po raz pierwszy w życiu taki widziałem) skrywał młode ziemniaki. Doskonały pomysł z tymi młodymi ziemniakami, bo one znaczą, że jest lato. Żurek był świetny, siedzieliśmy nad nim w trójkę, wyrywając sobie łyżkę - aż (bo dobre decyzje przychodzą czasem poniewczasie) zostało uznane, że trzeba go zamówić więcej. I tak się stało.

Tu proszę o uwagę specjalną. Chyba po raz pierwszy, od kiedy piszę na tych łamach, zamówiłem kotlet mielony. Bo mielony poza domem, wiadomo, to jest sprawa najwyższego ryzyka; mielony w niewłaściwym miejscu zjedzony to pewna mogiła, albo przynajmniej bardzo poważne kłopoty. Czekałem, stukając sobie w blat: dobry będzie? niedobry? Aż mi rozważania przerwała ręka, ręka szefa, niosąca talerz: a na talerzu był duży mielony, taki domowy (prawdziwie domowy, a nie szalbierz jakiś, tylko podszywający się pod domowe jedzenie), podsmażony odrobinkę nierówno. A w smaku słodycz, słodycz mięsa doprawionego w sam raz; od wieków nie jadłem tak prostego, skutecznego jedzenia! Do kompletu były młode ziemniaki, pyszne, i mizeria. Tu słówko o mizerii. Wbrew pozorom zepsuć ją łatwo: wystarczy zrobić za wcześnie, posolić - i katastrofa gotowa. Z ogórków woda się leje strumieniami, miesza się ze śmietaną, wychodzi zielonkawa breja. A tu - sprawdźcie zresztą sami - wszystko w zgodzie ze sztuką: mizeria zrobiona na zamówienie, sucha, z czapą gęstej śmietany po wierzchu.

Równie rzadko jak o mielonych piszę tutaj o wrażeniach dźwiękowych. Kiedy zamówiłem schabowego, szef baru Ewa uprzedził, że to potrwa chwilę. I wiecie co? I się rozległo tłuczenie z zaplecza, bo ktoś mi tego schabowego zaczął robić od początku. I był schabowy jak schabowy, dobry, obfity, domowy. (O dodatkach nie piszę, bo wziąłem takie same). Poczułem się dumny, że jest taki bar w moim mieście. Jeszcze uszczknąłem prawdziwie domowych naleśników z serem, ze śmietaną - domowych, bo bez konsekwencji, a przy tym smacznych, choć obiady wolę słone (taka skaza).

Przepytałem szefa. Okazuje się, że ta Ewa jest czynna od lat dwudziestu! Hosanna! To jest odkrycie! Ktoś sobie na boczku, bez huku, od dwóch dziesięcioleci robi taką kuchnię bez oszukiwania - owszem, na niepięknych talerzach, owszem, w warunkach nieco pionierskich; ale przez to jeszcze bardziej godną pochwały. Wiele nabzdyczonych restauracji z centrum powinno się tutaj uczyć, co znaczy szacunek dla klienta. Na maleńką skalę, na cztery stoliki, i na skalę wielką, skalę lat dwudziestu.

(A jeśli się wam wydaje, że to jest gruba przesada, żeby tak wychwalać jakiś bar z nieważnej ulicy, to mam kontrprzykład. Dostałem ulotkę baru Good Food przy placu Dominikańskim - przeczytałem, że dają tam między innymi greckie dania, musakę, pulpety keftedes i dolmadakia, gołąbeczki w liściach winogronowych. Kelnerki nie wiedzą nic o niczym, dań brakuje, sztućce podają przy stoliku do ręki, jakbyśmy siedzieli na biwaku; a jedzenie jest takie, że jeszcze teraz jęk mi się z piersi wyrywa: koszmar. Dość powiedzieć, że na moich oczach wrzucano frytki z wora do zimnej frytownicy; każde danie okraszane jest wieńcem z kapusty. Wygląda to jak... Zresztą nieważne, jak to wygląda. W każdym razie nie przypomina rzeczy jadalnych).

Bar Ewa, ul. Lubelska 1 (tuż za rogiem z Mazowiecką)

Dwudaniowy polski obiad domowy dla trzech osób od 34,50 (dania dnia) do 40 zł z okładem (wybór z karty).

Polecamy: Coca Typical Sicilian Food. Małe najbardziej cieszy



Podziel się

  • 17 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    26 głosów

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu