Tokyo Fusion. Chwilowa utrata czujności
23.07.2010
, aktualizacja: 23.07.2010 11:47
Trochę się ochłodziło, kiedy to piszę, więc wróciła ochota na jedzenie. Na jedzenie normalne, oficjalne, związane z wyjściem i wydawaniem mamony. Dowiedziałem się od znajomego, że w lokalu po Drukarni na placu Nowym postała knajpa niby to sushi, ale nie do końca.
ZOBACZ TAKŻE
- Kura. Pokuszenie, spełnienie (10-09-10, 06:00)
- Morskie Oko. Koło, koryto i dzik z rogami (19-08-10, 19:45)
- 8 Aleja. Flaki klubowe (13-08-10, 17:42)
- Thaisty. Kuchnia mutuje (na dobre i na złe) (06-08-10, 13:41)
- Shanti. Remis po tajsku (29-07-10, 23:18)
- Bar Ewa. Szacun! (09-07-10, 13:23)
- Coca Typical Sicilian Food. Małe najbardziej cieszy (02-07-10, 06:00)
- Hard Rock Cafe. Góry, fury jedzenia (25-06-10, 15:20)
- Festiwal Smaku: Szukajcie, a (może) znajdziecie (18-06-10, 14:06)
Pomyślałem, że będzie w sam raz, bo ja do placu Nowego mam - wstyd powiedzieć - sentyment. Bierze się on oczywiście z innych lat, z innej postaci placu i z dawnej mojej postaci: plac był wtedy bardziej rozwalony i przez to charakterny, ja wtedy byłem boski i młody. Nie ma rady, trzeba to powiedzieć: teraz ja podupadłem, a on się podźwignął, i jakoś nie wyszło nam to na dobre. Patrzymy na siebie z politowaniem, takie mam wrażenie.
Ale na plac chodzę. Tym razem poszedłem z towarzystwem, siadłem w kącie (bo Tokyo Fusion w kącie placu się mieści), w oknie z szerokim widokiem. W dali rysował się kawał dachu Bożego Ciała i kamienica przy Józefa. Bliżej nas mżyło; woda zlewała się w kałuże w dziurach wybitych w asfalcie. Pośrodku las daszków porośniętych mchem, anten, plątanina grubaśnych kabli. Przestrzeń handelku; tu Komis Lamus, tam Bar Namaxa Zapiekanki Full Wypas!! (nazwa taka). I gołębie, przycupnięte jak stada kloszardów, i białe znaki ich obecności, znaczące dachy, kioski, chodniki. Plac Nowy, po prostu. Gnilna przestrzeń. Francowato brudna, jak spojrzeć na nią na chłodno, przez firanę mżawki.
Pod Tokyo Fusion stoją kolorowe, neonowe krzesła, na nich rozgibani panowie, bardzo sobą zajęci; wewnątrz nie bardzo restauracyjnie, bo to jest aktualnie modny i absolutnie sensu pozbawiony model: restauracja + chillout (tak tam stoi napisane) - że niby miejsce do tańca i do różańca, miasto i wieś w jednym. Siedzą pod ścianą białe kołnierzyki, dziobią w ryżu pałeczkami, nad głową gdaka telewizor. Przeglądamy kartę, spoglądamy na plac i jest nam dobrze. Dobrze mimo wszystko.
Wzięliśmy zupy: dashi z łososiem, grzybami shiitake i rzodkwią - taki jasny, klarowny bulion z proszku, właściwie tylko lekko słonawy, bez określonego smaku; ryba i rzodkiew też się wydają ulepione z papieru, jedne jedyne grzybki wydają się mieć jakiś sens. Owszem, daję prawo do istnienia rzeczom delikatnym; więcej, uważam, że delikatne smaki wykorzystywać to jest wielka sztuka, znana tylko niewielu. Ale zamiast tego dashi lepiej już by się było napić ciepłej wody. Zupa shikoku nie była lepsza - parę krewetek, glony wakame, kiełki soi. I nie to, że jestem do tych japońskich zup uprzedzony, tylko w tych akurat nie było za grosz ducha. Martwe wypełniały wgłębienia talerzy. Nie pobudzały do życia.
Co nie znaczyło wcale, że drugie dania będą złe, powiedzieliśmy sobie - znakomite sushi znaleźć trudno, ale całkiem przyzwoite przecież już się zdarza, nawet całkiem często; a makaron naprawdę zepsuć trudno (a poza tym wmieszał się w sprawę głód, najgorszy doradca; on każe mi zamawiać zbyt wiele, zmusza do jedzenia na zapas; bo głód z każdego zrobi niepoprawnego optymistę). Tym bardziej jeśli czyta się w karcie takie słowa zachęty: "makaron udon z kawałkami polędwicy wołowej, podawany ze szparagami i papryką. Sos ostrygowy z nutką imbiru nadają daniu niepowtarzalny aromat". No to wziąłem, tak jak wy byście wzięły, czytelniczki, i wy, czytelnicy, gdyby wam one kazały. Makaron przyszedł (samotnie, bo kuchnia nie była w stanie wydać dwóch dań jednocześnie dla dwojga jedynych jedzących klientów - pozostali pili tylko kawę), poddałem go badaniu: "nutka imbiru" miała mocny czosnkowy chuch, papryki nie było ani grama, za to przypałętały się kawałki cebuli. Obrażalski nie jestem, zjadam, co podają. Udon, taki średnio gruby pszeniczny makaron, posklejał się jakby był zrobiony z krochmalu - a całość, cóż, była raczej jakąś wariacją na temat włoskiej pasty. Całkiem smaczne to danie, mocno kleiste, bez sensu udekorowane limonką i miętą; przyznam, że z nadzieją czekałem na sushi. Miałem ochotę na coś lepszego.
To nie jest Czarna Księga Przygód Gastrycznych, więc nie będę ze szczegółami opisywał, co nas męczyło po tym sushi - dość powiedzieć, że tuńczyka nie dało się pogryźć, bo się opierał jak żylaste ochłapy; tak się dzieje, kiedy się kupuje najgorszy kawałek (a w sushi nie ma wyboru, mięso jest surowe, więc trzeba podawać najlepsze). Ośmiornicy wolałbym nie opisywać - trzeba ją było mocno schwycić w dłonie i ciągnąć, inaczej pogryźć się nie dała, zaś węgorz zdawał się być suszony. W naturze - to znaczy zanim się dostanie w ręce takich specjalistów jak w Tokyo Fusion - słynie z tego, że jest miękki i tłusty, że sam się rozpływa w ustach. Nawet mnie to zaciekawiło (ale wiecie, na swój ciemny, cierpki sposób): co trzeba zrobić z takim węgorzem, żeby uzyskał konsystencję termozgrzewalnej papy?
Wpadliśmy w taki popłoch, że nie dopiliśmy wody i porzuciliśmy wszelką myśl o kawie. Uciekliśmy. Bo w tym Tokyo Fusion wnętrze może i mają chilloutowe, oprawę graficzną nowoczesną; ale jest w tym drugie dno, zbliżone do lat nędzy. Podczas wyprawy w okolice toalety zauważyłem stosy brudów, zwałowane pod okienkiem do kuchni. Wyglądało to jak najzwyklejsza zakładowa stołówka, w której - rzecz wiadoma - nikt nie ma czasu, żeby się zajmować drobiazgami. Że brudno? Że wiocha? Eee, bez przesady. W końcu nikt nie zmusza, żeby przychodzić.
Piszę to z lekka wściekły - na siebie. Tak się stało, że ostatnie wycieczki do miasta obfitowały w przygody raczej przyjemne. Węch mi się stępił czy co? Na widok brudnych statków wystawionych na widok publiczny powinienem natychmiast zwiewać! A ja nic. Dałem się porwać potokowi wymowy kelnerki, która pokazywała mi palcem w menu, które dania "są moim zdaniem zdecydowanie najlepsze". No i mam za swoje: siedzę nad klawiaturą, mam się nietęgo, piję czwartą z kolei herbatę. Takie są, moi szanowni, skutki zapomnienia.
Tokyo Fusion, pl. Nowy 8
Dwie podtrute osoby zapłaciły 102 zł i nigdy tam nie wrócą.
Ale na plac chodzę. Tym razem poszedłem z towarzystwem, siadłem w kącie (bo Tokyo Fusion w kącie placu się mieści), w oknie z szerokim widokiem. W dali rysował się kawał dachu Bożego Ciała i kamienica przy Józefa. Bliżej nas mżyło; woda zlewała się w kałuże w dziurach wybitych w asfalcie. Pośrodku las daszków porośniętych mchem, anten, plątanina grubaśnych kabli. Przestrzeń handelku; tu Komis Lamus, tam Bar Namaxa Zapiekanki Full Wypas!! (nazwa taka). I gołębie, przycupnięte jak stada kloszardów, i białe znaki ich obecności, znaczące dachy, kioski, chodniki. Plac Nowy, po prostu. Gnilna przestrzeń. Francowato brudna, jak spojrzeć na nią na chłodno, przez firanę mżawki.
Pod Tokyo Fusion stoją kolorowe, neonowe krzesła, na nich rozgibani panowie, bardzo sobą zajęci; wewnątrz nie bardzo restauracyjnie, bo to jest aktualnie modny i absolutnie sensu pozbawiony model: restauracja + chillout (tak tam stoi napisane) - że niby miejsce do tańca i do różańca, miasto i wieś w jednym. Siedzą pod ścianą białe kołnierzyki, dziobią w ryżu pałeczkami, nad głową gdaka telewizor. Przeglądamy kartę, spoglądamy na plac i jest nam dobrze. Dobrze mimo wszystko.
Wzięliśmy zupy: dashi z łososiem, grzybami shiitake i rzodkwią - taki jasny, klarowny bulion z proszku, właściwie tylko lekko słonawy, bez określonego smaku; ryba i rzodkiew też się wydają ulepione z papieru, jedne jedyne grzybki wydają się mieć jakiś sens. Owszem, daję prawo do istnienia rzeczom delikatnym; więcej, uważam, że delikatne smaki wykorzystywać to jest wielka sztuka, znana tylko niewielu. Ale zamiast tego dashi lepiej już by się było napić ciepłej wody. Zupa shikoku nie była lepsza - parę krewetek, glony wakame, kiełki soi. I nie to, że jestem do tych japońskich zup uprzedzony, tylko w tych akurat nie było za grosz ducha. Martwe wypełniały wgłębienia talerzy. Nie pobudzały do życia.
Co nie znaczyło wcale, że drugie dania będą złe, powiedzieliśmy sobie - znakomite sushi znaleźć trudno, ale całkiem przyzwoite przecież już się zdarza, nawet całkiem często; a makaron naprawdę zepsuć trudno (a poza tym wmieszał się w sprawę głód, najgorszy doradca; on każe mi zamawiać zbyt wiele, zmusza do jedzenia na zapas; bo głód z każdego zrobi niepoprawnego optymistę). Tym bardziej jeśli czyta się w karcie takie słowa zachęty: "makaron udon z kawałkami polędwicy wołowej, podawany ze szparagami i papryką. Sos ostrygowy z nutką imbiru nadają daniu niepowtarzalny aromat". No to wziąłem, tak jak wy byście wzięły, czytelniczki, i wy, czytelnicy, gdyby wam one kazały. Makaron przyszedł (samotnie, bo kuchnia nie była w stanie wydać dwóch dań jednocześnie dla dwojga jedynych jedzących klientów - pozostali pili tylko kawę), poddałem go badaniu: "nutka imbiru" miała mocny czosnkowy chuch, papryki nie było ani grama, za to przypałętały się kawałki cebuli. Obrażalski nie jestem, zjadam, co podają. Udon, taki średnio gruby pszeniczny makaron, posklejał się jakby był zrobiony z krochmalu - a całość, cóż, była raczej jakąś wariacją na temat włoskiej pasty. Całkiem smaczne to danie, mocno kleiste, bez sensu udekorowane limonką i miętą; przyznam, że z nadzieją czekałem na sushi. Miałem ochotę na coś lepszego.
To nie jest Czarna Księga Przygód Gastrycznych, więc nie będę ze szczegółami opisywał, co nas męczyło po tym sushi - dość powiedzieć, że tuńczyka nie dało się pogryźć, bo się opierał jak żylaste ochłapy; tak się dzieje, kiedy się kupuje najgorszy kawałek (a w sushi nie ma wyboru, mięso jest surowe, więc trzeba podawać najlepsze). Ośmiornicy wolałbym nie opisywać - trzeba ją było mocno schwycić w dłonie i ciągnąć, inaczej pogryźć się nie dała, zaś węgorz zdawał się być suszony. W naturze - to znaczy zanim się dostanie w ręce takich specjalistów jak w Tokyo Fusion - słynie z tego, że jest miękki i tłusty, że sam się rozpływa w ustach. Nawet mnie to zaciekawiło (ale wiecie, na swój ciemny, cierpki sposób): co trzeba zrobić z takim węgorzem, żeby uzyskał konsystencję termozgrzewalnej papy?
Wpadliśmy w taki popłoch, że nie dopiliśmy wody i porzuciliśmy wszelką myśl o kawie. Uciekliśmy. Bo w tym Tokyo Fusion wnętrze może i mają chilloutowe, oprawę graficzną nowoczesną; ale jest w tym drugie dno, zbliżone do lat nędzy. Podczas wyprawy w okolice toalety zauważyłem stosy brudów, zwałowane pod okienkiem do kuchni. Wyglądało to jak najzwyklejsza zakładowa stołówka, w której - rzecz wiadoma - nikt nie ma czasu, żeby się zajmować drobiazgami. Że brudno? Że wiocha? Eee, bez przesady. W końcu nikt nie zmusza, żeby przychodzić.
Piszę to z lekka wściekły - na siebie. Tak się stało, że ostatnie wycieczki do miasta obfitowały w przygody raczej przyjemne. Węch mi się stępił czy co? Na widok brudnych statków wystawionych na widok publiczny powinienem natychmiast zwiewać! A ja nic. Dałem się porwać potokowi wymowy kelnerki, która pokazywała mi palcem w menu, które dania "są moim zdaniem zdecydowanie najlepsze". No i mam za swoje: siedzę nad klawiaturą, mam się nietęgo, piję czwartą z kolei herbatę. Takie są, moi szanowni, skutki zapomnienia.
Tokyo Fusion, pl. Nowy 8
Dwie podtrute osoby zapłaciły 102 zł i nigdy tam nie wrócą.
- 62 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
20 głosów
-
Re: Wielkie żarcie. Tokyo Fusion: chwilowa utrata
maximus38
25.07.10, 12:33
Nie mam prownania sushi dotychczas jadlem w Londynie, HK,Singaporze, Pekinie i Krakowie.Ale to z Bozego Ciała (ha ha) jest calkiem do rzeczy.»
-
Oryginalne suszi chyba nie w Europie
garnek_z_neolitu
25.07.10, 13:46
Nie udalo mi sie jeszcze kupic suszi z surowa rybka. Probowalem w kilkustolicach i ryba zawsze byla podwedzana. Kiedy wkoncu sie zebralem i spytalemrestauratora czemu, dowiedzialem sie ze »
-
Re: Wielkie żarcie. Tokyo Fusion: chwilowa utrata
jop
26.07.10, 10:00
My go nawet na własną listę "do odwiedzenia i przetestowania" nie wciągaliśmy. To jest jedno z takich "miejsc przeklętych", o których pisał Bourdain - nic tam nigdy dobrego nie powstanie.»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





