Shanti. Remis po tajsku
29.07.2010
, aktualizacja: 15.08.2010 12:00
Wiem, jak się zaczęło tym razem -była jakaś dyskusja i pytanie, czy znam tajską knajpę na Podgórzu. Na to ja, że jeszcze nie byłem, ale mam zapisaną w notesiku, i pójdę niedługo. I figa, oczywiście nie poszedłem, nie pamiętam czemu. Parę dni temu przyszedł SMS, pełen podnieconych jęków: że wspaniale, że boskie, że wszystko jak trzeba...
ZOBACZ TAKŻE
- Kura. Pokuszenie, spełnienie (10-09-10, 06:00)
- Morskie Oko. Koło, koryto i dzik z rogami (19-08-10, 19:45)
- 8 Aleja. Flaki klubowe (13-08-10, 17:42)
- Thaisty. Kuchnia mutuje (na dobre i na złe) (06-08-10, 13:41)
- Tokyo Fusion. Chwilowa utrata czujności (23-07-10, 11:47)
- Bar Ewa. Szacun! (09-07-10, 13:23)
- Coca Typical Sicilian Food. Małe najbardziej cieszy (02-07-10, 06:00)
- Hard Rock Cafe. Góry, fury jedzenia (25-06-10, 15:20)
Ja na to, że kiczowate wnętrze, bo już zdążyłem oglądnąć stronę internetową, hamletyzując przy okazji, czy warto; ale kicz bywa wszędzie, więc mi za bardzo nie przeszkadza.
Następnego dnia ledwie wyszedłem z domu, a tu na Rynku jeden człowiek, klasyczny krakowski bon vivant, pyta: na Dekerta byłeś? No tu już, mówiąc szczerze, wkurzyłem się porządnie, bo ileż można wszystkim mówić, że nie?
Wsiedliśmy w taksówkę i ruszyliśmy prościutko do Shanti. To nie jest prosty adres, adres codzienny i dla restauracyjnych bywalców zrozumiały: Dekerta 24, róg Herlinga-Grudzińskiego. Czyli nigdzie, na uboczu zrozumiałego świata, na wygwizdowiu, pod ciemną latarnią. Najbliższe okolice restauracji to dealer firmy (może komuś ta nazwa coś powie) Tata - no wiecie, Tata to jest jedna z największych firm na świecie, indyjska, w Indiach wszystko jest od nich: wojskowe ciężarówki, pociągi, herbata, chemikalia, fabryki; i samochody marki Jaguar też. U nas ofensywę prowadzą właśnie na Płaszowie, o rzut beretem od Stawu Płaszowskiego. Inne wielkie okoliczne przedsięwzięcie to Stała Wystawa Budownictwa, z którą łączą mnie nie najlepsze wspomnienia.
Więc szeroko pojmowane okoliczności przyrody to raz. Są niespodziewane. A dwa to sam budynek, w którym Shanti się mieści: nowoczesny, przeszklony, ale jednak najzwyklejszy biurowiec. Na parterze przycupnęła restauracja, która wpisała sobie w papiery skromne określenie "najlepsza restauracja azjatycka w Krakowie". Rozumiecie sami, czytelnicy, że takich określeń nie puszcza się mimo uszu. Na dźwięk takich słów ja się zmieniam w potwora, szukam dziury w całym, etc. etc. (Z drugiej jednak strony uczciwie przyznaję, że odrobina fanfaronady bawi mnie szczerze i nie mam nic przeciwko. A tytuł "najlepszej azjatyckiej knajpy c.-k. Krakowa" jest łatwy do zdobycia, bo rynek azjatycki wciąż u nas jest wąski i niemrawy).
Shanti wpisała sobie w zakres działalności triadę café-restauracja-bar. Zwykle nie wróży to nic dobrego (a może to ja już jestem tak strasznie zblazowany? To jednak rozstrzygniecie sobie sami). Wiecie, to wróży nie wiadomo co właściwie, i restauracjo-baro-coś tam na Dekerta nie odbiega szczególnie od reguły. Światła zmieniające kolory, troszeczkę jak w fontannie na placu Szczepańskim - ale fontanna ta wzbudza zachwyt miejscowych plemion, więc nie ma co narzekać. Cztery wielkie telewizory. Widok na parking Taty. I - tu będzie z zupełnie innej beczki - widok należący do moich ulubionych, czyli wielkie okno na otwartą kuchnię. Ach, mieć takie okno w swoim domu, patrzeć, jak się kucharze uwijają przy zamówionych przeze mnie daniach... Lepsze by to było niż sport w telewizji, lepsze niż niejedna rozrywka, o których publicznie nie będę się wypowiadał.
Karta w Shanti - to odświeżające uczucie - jest niezbyt długa, niebyt skomplikowana; rzuca się też w oczy, że dania niezbyt drogie. Zaczęliśmy klasycznie, jak para na wycieczce za miasto - bo to jednak jest trochę za miastem, co prawda nie w trawie, tylko przy wielopasmowej ulicy - od przystawki dla dwojga. Zgodnie pożeraliśmy klasyki tajskie, szaszłyczki drobiowe, zwane sate, do nurzania w nam chim sate, słodkim sosie z orzeszków (i ten był znakomity, miodowy w konsystencji i smaku), potem trójkąty z ciasta, smażone w głębokim tłuszczu, nadziane kurczakiem i kolendrą, potem sakiewki z wieprzowiną na słodko, i wreszcie sajgonki wegetariańskie. No, przedstawcie to sobie - piknik pod telewizorami, w pobliżu huczącej arterii, z pamięcią kabiny prysznicowej kupowanej kiedyś niedaleko; ale tak chrupiący, wonny, że wynoszący na inne orbity. To było coś. Oczy się od tego robią świecące, obsługa zaczyna się podobać, a nawet ta dziwaczna okolica. (Więc uwaga na jedzenie, ono potrafi zrobić z człowieka coś lepszego).
Dostała nam się jeszcze zupa. Najskromniejsza, jaką można sobie wymyślić: taki niezbyt klarowny bulion, raczej bury, z ryżem i zmieloną wieprzowiną, przybrany listkiem kolendry i odrobinką szczypiorku. Jedno z tych dań, które nie na salon są robione, ale do zjedzenia w domu, bez rozgłosu. Wspaniałe jedzenie, wyznaję, lekko ostrawe, sycące, ale nie w nachalny sposób. A do tego - pomyślałem - te przystawki i ta zupa dają najlepszy wstęp od dawna: bez zadęcia, bez świństw, tak świeże, jak to tylko możliwe. Wiedzieliśmy już, że będzie dobrze.
A właśnie, że nic z tego. A właśnie, że się myliliśmy, bo nie mamy kryształowej kuli. Kuchnia to jest dziedzina, w której zgadywać nie wypada - wszystkiego trzeba spróbować. Na nic SMS-y, na nic zachwyty obce, na Rynku Głównym, wśród meleksów wykrzykiwane. Na nic zachwyty własne po pierwszej, zwycięskiej dla Shanti, połowie. Owoce morze smażone z sosem tomyum były - jak to ująć? - poprawne. Nic więcej. Galangal, cytrusowe aromaty trawy cytrynowej i liści limonki, owoce morza w uczciwych porcjach dodane; i dobry ryż. Niby wszystko, a jednak niewiele, bo danie płaskie, bez wyrazu. Podobnie w przypadku pomarańczowego gorzkiego curry (wziąłem z krewetkami): po prostu zupa pomidorowa (trochę jak z puszki) z kawałkami kalafiora, brokułów, cukinii - takie jakieś danie znikąd, lekko barowe. Że krewetki? Przecież za nie płacę. Kucharz dodaje wszystkie składniki, prezentuje je ładnie, ale daleko temu do sztuki. Wartości dodanej żadnej nie widzę.
Gdyby nie spacer potem, gdyby nie parę chwil w Fabryce (postać sobie z papierosem, na trawie - bezcenne), gdyby nie spacer mostem, Starowiślną, gdyby nie towarzystwo... Byłbym zawiedziony.
Shanti, ul. Dekerta 24, Dwuosobowa kolacja bezalkoholowa 112 zł.
Uwaga, uwaga: można zamawiać na wynos (to jest fajna propozycja) - www.shanti-restauracja.pl
Następnego dnia ledwie wyszedłem z domu, a tu na Rynku jeden człowiek, klasyczny krakowski bon vivant, pyta: na Dekerta byłeś? No tu już, mówiąc szczerze, wkurzyłem się porządnie, bo ileż można wszystkim mówić, że nie?
Wsiedliśmy w taksówkę i ruszyliśmy prościutko do Shanti. To nie jest prosty adres, adres codzienny i dla restauracyjnych bywalców zrozumiały: Dekerta 24, róg Herlinga-Grudzińskiego. Czyli nigdzie, na uboczu zrozumiałego świata, na wygwizdowiu, pod ciemną latarnią. Najbliższe okolice restauracji to dealer firmy (może komuś ta nazwa coś powie) Tata - no wiecie, Tata to jest jedna z największych firm na świecie, indyjska, w Indiach wszystko jest od nich: wojskowe ciężarówki, pociągi, herbata, chemikalia, fabryki; i samochody marki Jaguar też. U nas ofensywę prowadzą właśnie na Płaszowie, o rzut beretem od Stawu Płaszowskiego. Inne wielkie okoliczne przedsięwzięcie to Stała Wystawa Budownictwa, z którą łączą mnie nie najlepsze wspomnienia.
Więc szeroko pojmowane okoliczności przyrody to raz. Są niespodziewane. A dwa to sam budynek, w którym Shanti się mieści: nowoczesny, przeszklony, ale jednak najzwyklejszy biurowiec. Na parterze przycupnęła restauracja, która wpisała sobie w papiery skromne określenie "najlepsza restauracja azjatycka w Krakowie". Rozumiecie sami, czytelnicy, że takich określeń nie puszcza się mimo uszu. Na dźwięk takich słów ja się zmieniam w potwora, szukam dziury w całym, etc. etc. (Z drugiej jednak strony uczciwie przyznaję, że odrobina fanfaronady bawi mnie szczerze i nie mam nic przeciwko. A tytuł "najlepszej azjatyckiej knajpy c.-k. Krakowa" jest łatwy do zdobycia, bo rynek azjatycki wciąż u nas jest wąski i niemrawy).
Shanti wpisała sobie w zakres działalności triadę café-restauracja-bar. Zwykle nie wróży to nic dobrego (a może to ja już jestem tak strasznie zblazowany? To jednak rozstrzygniecie sobie sami). Wiecie, to wróży nie wiadomo co właściwie, i restauracjo-baro-coś tam na Dekerta nie odbiega szczególnie od reguły. Światła zmieniające kolory, troszeczkę jak w fontannie na placu Szczepańskim - ale fontanna ta wzbudza zachwyt miejscowych plemion, więc nie ma co narzekać. Cztery wielkie telewizory. Widok na parking Taty. I - tu będzie z zupełnie innej beczki - widok należący do moich ulubionych, czyli wielkie okno na otwartą kuchnię. Ach, mieć takie okno w swoim domu, patrzeć, jak się kucharze uwijają przy zamówionych przeze mnie daniach... Lepsze by to było niż sport w telewizji, lepsze niż niejedna rozrywka, o których publicznie nie będę się wypowiadał.
Karta w Shanti - to odświeżające uczucie - jest niezbyt długa, niebyt skomplikowana; rzuca się też w oczy, że dania niezbyt drogie. Zaczęliśmy klasycznie, jak para na wycieczce za miasto - bo to jednak jest trochę za miastem, co prawda nie w trawie, tylko przy wielopasmowej ulicy - od przystawki dla dwojga. Zgodnie pożeraliśmy klasyki tajskie, szaszłyczki drobiowe, zwane sate, do nurzania w nam chim sate, słodkim sosie z orzeszków (i ten był znakomity, miodowy w konsystencji i smaku), potem trójkąty z ciasta, smażone w głębokim tłuszczu, nadziane kurczakiem i kolendrą, potem sakiewki z wieprzowiną na słodko, i wreszcie sajgonki wegetariańskie. No, przedstawcie to sobie - piknik pod telewizorami, w pobliżu huczącej arterii, z pamięcią kabiny prysznicowej kupowanej kiedyś niedaleko; ale tak chrupiący, wonny, że wynoszący na inne orbity. To było coś. Oczy się od tego robią świecące, obsługa zaczyna się podobać, a nawet ta dziwaczna okolica. (Więc uwaga na jedzenie, ono potrafi zrobić z człowieka coś lepszego).
Dostała nam się jeszcze zupa. Najskromniejsza, jaką można sobie wymyślić: taki niezbyt klarowny bulion, raczej bury, z ryżem i zmieloną wieprzowiną, przybrany listkiem kolendry i odrobinką szczypiorku. Jedno z tych dań, które nie na salon są robione, ale do zjedzenia w domu, bez rozgłosu. Wspaniałe jedzenie, wyznaję, lekko ostrawe, sycące, ale nie w nachalny sposób. A do tego - pomyślałem - te przystawki i ta zupa dają najlepszy wstęp od dawna: bez zadęcia, bez świństw, tak świeże, jak to tylko możliwe. Wiedzieliśmy już, że będzie dobrze.
A właśnie, że nic z tego. A właśnie, że się myliliśmy, bo nie mamy kryształowej kuli. Kuchnia to jest dziedzina, w której zgadywać nie wypada - wszystkiego trzeba spróbować. Na nic SMS-y, na nic zachwyty obce, na Rynku Głównym, wśród meleksów wykrzykiwane. Na nic zachwyty własne po pierwszej, zwycięskiej dla Shanti, połowie. Owoce morze smażone z sosem tomyum były - jak to ująć? - poprawne. Nic więcej. Galangal, cytrusowe aromaty trawy cytrynowej i liści limonki, owoce morza w uczciwych porcjach dodane; i dobry ryż. Niby wszystko, a jednak niewiele, bo danie płaskie, bez wyrazu. Podobnie w przypadku pomarańczowego gorzkiego curry (wziąłem z krewetkami): po prostu zupa pomidorowa (trochę jak z puszki) z kawałkami kalafiora, brokułów, cukinii - takie jakieś danie znikąd, lekko barowe. Że krewetki? Przecież za nie płacę. Kucharz dodaje wszystkie składniki, prezentuje je ładnie, ale daleko temu do sztuki. Wartości dodanej żadnej nie widzę.
Gdyby nie spacer potem, gdyby nie parę chwil w Fabryce (postać sobie z papierosem, na trawie - bezcenne), gdyby nie spacer mostem, Starowiślną, gdyby nie towarzystwo... Byłbym zawiedziony.
Shanti, ul. Dekerta 24, Dwuosobowa kolacja bezalkoholowa 112 zł.
Uwaga, uwaga: można zamawiać na wynos (to jest fajna propozycja) - www.shanti-restauracja.pl
- 22 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
8 głosów
-
Wielkie Żarcie: Remis w Shanti
bayadera
02.08.10, 05:17
Po dwutygodniowym pobycie w Tajlandii - do konca zycie nie tkne tych frykasow. Na samo wspomnienie..Nie w tym rzecz, czy 'Shanti' jest cudne czy nudne.Preferencje smakowe rozwijamy od »
-
Shanti. Remis po tajsku
jop
04.02.11, 16:52
Byliśmy 2 x i o ile z opiniami o wystroju muszę się zgodzić - zimny, ponury, klubowy, plus te nieszczęsne telewizory (ale przynajmniej obsługa ścisza muzykę, jak się poprosi), to absolutnie »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





