Thaisty. Kuchnia mutuje (na dobre i na złe)
06.08.2010
, aktualizacja: 15.08.2010 12:01
Pewnego wieczora, niedawno, siedzieliśmy sobie w ciemnościach, sącząc wino. (A wino sączone w letnie wieczory należy do przyjemności wyjątkowych; rozanielam się na samą myśl o piciu przy stoliczku, na chodniku, wieczorem, kiedy bruk jeszcze oddaje ciepło, ale już się pojawił delikatny wiatr).
ZOBACZ TAKŻE
- Kura. Pokuszenie, spełnienie (10-09-10, 06:00)
- Satori. Rozmyślania przy oknie (27-08-10, 06:00)
- Morskie Oko. Koło, koryto i dzik z rogami (19-08-10, 19:45)
- 8 Aleja. Flaki klubowe (13-08-10, 17:42)
- Shanti. Remis po tajsku (29-07-10, 23:18)
- Tokyo Fusion. Chwilowa utrata czujności (23-07-10, 11:47)
- Bar Ewa. Szacun! (09-07-10, 13:23)
- Coca Typical Sicilian Food. Małe najbardziej cieszy (02-07-10, 06:00)
SERWISY
Z mroku wyłoniły się dwie postacie, podeszły, podyskutowaliśmy chwilę - bo to byli ludzie znajomi, a nie żadne tam wycirusy, kradnące fajki albo klnące na tych, co im pieniędzy nie dają. Rozmowa była na kuchenne tematy, krótka, ale wynikł z niej jeden adres, adres knajpki nowej, trochę niecentralnie położonej - a to znaczy, że wartej uwagi. Bo cóż bardziej interesującego niż rzeczy nieoczywiste?
Poszliśmy w niedzielę, na piechotę, przez miasto wyludnione, i w swoim wyludnieniu przewidywalne. Jak wakacje i niedziela, to na ulicach nikogo, bo się pojechali wykąpać w zbiornikach, do których nie włożyłbym brudnej nogi; albo wyjechali na wczasy; albo siedzą po domach i jedzą rosół, bo przecież wiadomo, tradycja. Szliśmy więc Karmelicką, potem przez park Krakowski, w końcu weszliśmy w ulicę Chopina. Wlekliśmy się noga za nogą, gapiąc się na kamienice, zastanawiając się, czy chcielibyśmy w nich mieszkać (tak, chcielibyśmy) - choć, nie zrozumcie mnie źle, nie jesteśmy wcale na kupnie, jak to się mawia, ot, po prostu przyglądaliśmy się okolicy, przyjmując fałszywy punkt widzenia. Słowem, podobało nam się.
A w miejscu, gdzie Chopina styka się z Czarnowiejską, jest sobie barek, wesoło wymalowany na zieleń niemal fluorescencyjną. Nazywa się Thaisty. Piszę "barek", bo to nie jest żadna restauracja, tylko takie miejsce dość nijakie, na dole bloku, z przeszklonymi drzwiami wyposażonymi w prymitywną kratę, teraz oswojone na nową modłę, wesołe i czyste, tryskające zielenią i bielą (a pewnie dawniej był tu jakiś bury sklep). Stoi panna za kontuarem, nad nią tablica z menu; wydrukowane menu można sobie też zabrać do domu, a jako znak jakości wydrukowano na nim kobiecą twarz damy oraz napis: "Nad jakością potraw czuwa mistrz kuchni tajskiej Meathika". Mistrzyni chyba? - pomyślało mi się odruchowo. (Tak się u nas utarło, że jest "kucharka", czyli baba w obuwiu ortopedycznym i poliestrowym fartuchu, i "kucharz" albo "mistrz kuchni" właśnie - pan świata, władca, do którego ani przystąp, taki jest ważny. Pomyślcie chwilę o tej różnicy).
Zapoznaliśmy się z kartą, pozamawialiśmy sobie różne rzeczy, żeby sobie wyrobić jasne zdanie - a wiedzieć musicie, że z trojga jedzących kuchnię tajską dwójka uprawia czynnie, jedno zaś konsumuje namiętnie. Na pierwszy rzut poszły sajgonki, nazwane tu naleśnikami. Jedne były smażone na głębokim oleju, chrupiące, z kurczakiem, całkiem porządne - podają tych sajgonek trzy sztuki, tylko nie wiedzieć czemu kroją je na kawałki. Drugie były z surowymi warzywami, w cieniuśkim cieście, pod którym zieleni się sałata; i też była przyjemność je chrupać. Całkiem niezły ten wstęp - tylko pamiętać musicie, że mowa tu o barze, nie o restauracji, i jeśli się wybierzecie do kuchni pod nadzorem pani Meathiki (której obecności nie zauważyłem), to pamiętać musicie, żeby nie przesadzać z sosami. To są najsłodsze sosy, jakie jadłem, jest w nich wszechogarniająca lepkość, która sprawia, że nic nie zostaje z innych smaków. Wziąłem jeszcze na próbę sałatkę jarzynową w czterech kolorach; każdy sobie z niej coś uszczknął, ale niewiele, bo to głównie kapusta, zalana czymś nieprawdopodobnie słodkim.
Spróbowaliśmy zupy, bo za tajskimi zupami przepadamy wszyscy i dość często je sobie robimy. Zupy to jest rozdział osobny, eintopfy naładowane wszystkim, co dobre - ta w Thaisty była krewetkowa z grzybami i mleczkiem kokosowym. Wyjątkowo lekka, z pieczarkami i pomidorem (ciekawy wsad, muszę zauważyć, choć nic nie mam przeciwko), ozdobiona zieloną kolendrą. Dodatkiem była spora porcja ryżu, bo taka zupa ma starczyć za obiad. Ale: ani odrobiny ostrości, po prostu zero, ani kwaskowatości, odrobinę słonego i słodkiego. (A znad zupy widziałem, że przychodzą jacyś klienci, że się już zdążyli zadomowić).
Drugie dania były trzy, bardzo różne - ryba smażona w grubej panierce; dwie osoby były raczej za, ja byłbym za, gdyby nie sama ryba, bo ostry tranowy posmak świadczy o mrożeniu i złym rozmrażaniu. W gruncie rzeczy to pozostaje ryba w panierce z dodatkiem ryżu i słodkim sosem z butelki. Smażony makaron ryżowy z krewetkami (trzema - wiem, bo policzyłem), z kiełkami soi, odrobiną dymki był właściwie dziwactwem: był jawnie słodki. Bardzo. Jedynie wieprzowina w czerwonym sosie curry okazała się soczysta i bezwzględnie smaczna, choć można by ponarzekać, że zawiera suszoną tajską bazylię i bazylię zwykłą.
Znad wieprzowiny rozległ się głos (a wiedzieć musicie, że należał do człowieka zaprawionego w boju - bo gotuje po tajsku i całe życie strawił na przemyśleniach): to jest taka kuchnia, żeby nikogo nie obrazić. Żeby Polaka nie obrazić, przede wszystkim, dodam od siebie. Żeby myślał, że się rozwija, żeby się pochwalił przed kolegami z akademika (wiadomo, miasteczko o rzut beretem), że po tajsku jada na co dzień. Tak mutuje, tak się wykoślawia kuchnia w zetknięciu ze ścianą polskich przyzwyczajeń.
Bo tajska kuchnia, przypomnę, trudna jest, niestety, i doskonałość osiąga w równowadze: słodki miesza się ze słonym, kwaśny z ostrym, i żaden się nie wybija (choć nam, niedoświadczonym, zdaje się często, że ostry zabija smaki pozostałe); ta kuchnia wymaga najświeższych produktów, i nikt w niej nie odmierza krewetek łyżeczką do kawy; wymaga tajskiej bazylii i kolendry w ilościach, jakie nikomu tu się nie śniły. I chili, choć to przeraża większość.
Ale to nie znaczy, że nie warto pójść do tego baru. Jest tanio, wieprzowina smaczna, no i może zrezygnują z cukru?
Thaisty, ul. Chopina 33
Trzyosobowy obiad za 88 zł (ale można za sporo mniej).
Dowożą do domu. Szczegóły na thaisty.pl
Poszliśmy w niedzielę, na piechotę, przez miasto wyludnione, i w swoim wyludnieniu przewidywalne. Jak wakacje i niedziela, to na ulicach nikogo, bo się pojechali wykąpać w zbiornikach, do których nie włożyłbym brudnej nogi; albo wyjechali na wczasy; albo siedzą po domach i jedzą rosół, bo przecież wiadomo, tradycja. Szliśmy więc Karmelicką, potem przez park Krakowski, w końcu weszliśmy w ulicę Chopina. Wlekliśmy się noga za nogą, gapiąc się na kamienice, zastanawiając się, czy chcielibyśmy w nich mieszkać (tak, chcielibyśmy) - choć, nie zrozumcie mnie źle, nie jesteśmy wcale na kupnie, jak to się mawia, ot, po prostu przyglądaliśmy się okolicy, przyjmując fałszywy punkt widzenia. Słowem, podobało nam się.
A w miejscu, gdzie Chopina styka się z Czarnowiejską, jest sobie barek, wesoło wymalowany na zieleń niemal fluorescencyjną. Nazywa się Thaisty. Piszę "barek", bo to nie jest żadna restauracja, tylko takie miejsce dość nijakie, na dole bloku, z przeszklonymi drzwiami wyposażonymi w prymitywną kratę, teraz oswojone na nową modłę, wesołe i czyste, tryskające zielenią i bielą (a pewnie dawniej był tu jakiś bury sklep). Stoi panna za kontuarem, nad nią tablica z menu; wydrukowane menu można sobie też zabrać do domu, a jako znak jakości wydrukowano na nim kobiecą twarz damy oraz napis: "Nad jakością potraw czuwa mistrz kuchni tajskiej Meathika". Mistrzyni chyba? - pomyślało mi się odruchowo. (Tak się u nas utarło, że jest "kucharka", czyli baba w obuwiu ortopedycznym i poliestrowym fartuchu, i "kucharz" albo "mistrz kuchni" właśnie - pan świata, władca, do którego ani przystąp, taki jest ważny. Pomyślcie chwilę o tej różnicy).
Zapoznaliśmy się z kartą, pozamawialiśmy sobie różne rzeczy, żeby sobie wyrobić jasne zdanie - a wiedzieć musicie, że z trojga jedzących kuchnię tajską dwójka uprawia czynnie, jedno zaś konsumuje namiętnie. Na pierwszy rzut poszły sajgonki, nazwane tu naleśnikami. Jedne były smażone na głębokim oleju, chrupiące, z kurczakiem, całkiem porządne - podają tych sajgonek trzy sztuki, tylko nie wiedzieć czemu kroją je na kawałki. Drugie były z surowymi warzywami, w cieniuśkim cieście, pod którym zieleni się sałata; i też była przyjemność je chrupać. Całkiem niezły ten wstęp - tylko pamiętać musicie, że mowa tu o barze, nie o restauracji, i jeśli się wybierzecie do kuchni pod nadzorem pani Meathiki (której obecności nie zauważyłem), to pamiętać musicie, żeby nie przesadzać z sosami. To są najsłodsze sosy, jakie jadłem, jest w nich wszechogarniająca lepkość, która sprawia, że nic nie zostaje z innych smaków. Wziąłem jeszcze na próbę sałatkę jarzynową w czterech kolorach; każdy sobie z niej coś uszczknął, ale niewiele, bo to głównie kapusta, zalana czymś nieprawdopodobnie słodkim.
Spróbowaliśmy zupy, bo za tajskimi zupami przepadamy wszyscy i dość często je sobie robimy. Zupy to jest rozdział osobny, eintopfy naładowane wszystkim, co dobre - ta w Thaisty była krewetkowa z grzybami i mleczkiem kokosowym. Wyjątkowo lekka, z pieczarkami i pomidorem (ciekawy wsad, muszę zauważyć, choć nic nie mam przeciwko), ozdobiona zieloną kolendrą. Dodatkiem była spora porcja ryżu, bo taka zupa ma starczyć za obiad. Ale: ani odrobiny ostrości, po prostu zero, ani kwaskowatości, odrobinę słonego i słodkiego. (A znad zupy widziałem, że przychodzą jacyś klienci, że się już zdążyli zadomowić).
Drugie dania były trzy, bardzo różne - ryba smażona w grubej panierce; dwie osoby były raczej za, ja byłbym za, gdyby nie sama ryba, bo ostry tranowy posmak świadczy o mrożeniu i złym rozmrażaniu. W gruncie rzeczy to pozostaje ryba w panierce z dodatkiem ryżu i słodkim sosem z butelki. Smażony makaron ryżowy z krewetkami (trzema - wiem, bo policzyłem), z kiełkami soi, odrobiną dymki był właściwie dziwactwem: był jawnie słodki. Bardzo. Jedynie wieprzowina w czerwonym sosie curry okazała się soczysta i bezwzględnie smaczna, choć można by ponarzekać, że zawiera suszoną tajską bazylię i bazylię zwykłą.
Znad wieprzowiny rozległ się głos (a wiedzieć musicie, że należał do człowieka zaprawionego w boju - bo gotuje po tajsku i całe życie strawił na przemyśleniach): to jest taka kuchnia, żeby nikogo nie obrazić. Żeby Polaka nie obrazić, przede wszystkim, dodam od siebie. Żeby myślał, że się rozwija, żeby się pochwalił przed kolegami z akademika (wiadomo, miasteczko o rzut beretem), że po tajsku jada na co dzień. Tak mutuje, tak się wykoślawia kuchnia w zetknięciu ze ścianą polskich przyzwyczajeń.
Bo tajska kuchnia, przypomnę, trudna jest, niestety, i doskonałość osiąga w równowadze: słodki miesza się ze słonym, kwaśny z ostrym, i żaden się nie wybija (choć nam, niedoświadczonym, zdaje się często, że ostry zabija smaki pozostałe); ta kuchnia wymaga najświeższych produktów, i nikt w niej nie odmierza krewetek łyżeczką do kawy; wymaga tajskiej bazylii i kolendry w ilościach, jakie nikomu tu się nie śniły. I chili, choć to przeraża większość.
Ale to nie znaczy, że nie warto pójść do tego baru. Jest tanio, wieprzowina smaczna, no i może zrezygnują z cukru?
Thaisty, ul. Chopina 33
Trzyosobowy obiad za 88 zł (ale można za sporo mniej).
Dowożą do domu. Szczegóły na thaisty.pl
- 31 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
12 głosów
-
Thaisty. Kuchnia mutuje (na dobre i na złe)
meanwolf
24.08.10, 13:38
Ja jedzenie z Thaisty jadłem wczoraj, zamówiliśmy ze znajomymi do domu. Za 20min (szybko!) przyjechało jedzenie. Faktycznie nie powala na kolana ale jest wporządku. Smaczne i za całkiem »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





