Morskie Oko. Koło, koryto i dzik z rogami
19.08.2010
, aktualizacja: 19.08.2010 19:45
To było chyba ze dwa dni temu: wracałem właśnie z dworca, siąpiło. Wszedłem na plac Szczepański, no wiecie, moi arcyszanowni Czytelnicy, ten nowo ustanowiony - jak to się mówi? Secesyjny salon Krakowa. I znienacka ukazało się moim oczom młyńskie koło, choć byłem trzeźwy. Drewniane, duże, na środku chodnika.
ZOBACZ TAKŻE
- Kura. Pokuszenie, spełnienie (10-09-10, 06:00)
- Polskie Smaki. Wiejska muzyka (03-09-10, 12:11)
- Satori. Rozmyślania przy oknie (27-08-10, 06:00)
- 8 Aleja. Flaki klubowe (13-08-10, 17:42)
- Od wodzionek do sajgonek. Plebiscyt kulinarny (09-08-10, 16:42)
- Thaisty. Kuchnia mutuje (na dobre i na złe) (06-08-10, 13:41)
- Shanti. Remis po tajsku (29-07-10, 23:18)
- Tokyo Fusion. Chwilowa utrata czujności (23-07-10, 11:47)
- Bar Ewa. Szacun! (09-07-10, 13:23)
- Coca Typical Sicilian Food. Małe najbardziej cieszy (02-07-10, 06:00)
- Hard Rock Cafe. Góry, fury jedzenia (25-06-10, 15:20)
Znacie ten bieg myśli, kiedy przeszywa was myśl, że oto szaleństwo zwyciężyło, że tylko w kaftan i życie pod dozorem; wszystko przez koło młyńskie, bez większego sensu na środku chodnika ustawione, na wielkim placu w wielkim mieście. Co ono tu robi? Kto je wystawił? Za czyim pozwoleniem? Ale wystarczył jeden rzut bystrego oka, żeby zniknął strach i wszystko stało się wiadome: za kołem jest wejście do Morskiego Oka, restauracji o zacięciu góralskim. (Dobrze, że nie mają tam knajpy mazurskiej, pewnie by rozlali na placu jezioro). Nie minęły dwa dni, a poszedłem - z czystej, głupiej ciekawości. Na towarzysza wziąłem sobie kolegę, który jest co prawda chudy jak szczapa, ale bitny, posiada punkowe korzenie i jedzeniem ludowym nie gardzi. Słowem, do góralskiej knajpy kompan wymarzony.
Zostaliśmy usadzeni na górze, pomiędzy trzema dżentelmenami prowadzącymi rozmowę na tematy zasadnicze (religia, państwo, kobiety) i pojedynczym panem, który szybko zjadł swoje i poszedł. Nad moją głową zwisał cep. Na stole stał brudny flakonik ze zdechłym słonecznikiem. Siedzieliśmy na czymś, co - jak się przekonałem podczas ostatniej podróży na Śląsk - nosi fachową nazwę "meble biesiadne". Na prawo mieliśmy wielki mural z dominantą brudnozieloną, przedstawiający rozpusty stołu ludu góralskiego (kolorystyka wskazuje, jak bolesne są ich konsekwencje). Jednak największy zachwyt wzbudziła we mnie skóra warchlaka (dzikiej świni, ma się rozumieć, wszak jesteśmy w gościnie u ludów pierwotnych), z której wyrastają rogi. Słowem, wnętrze Morskiego Oka delikatnie daje do zrozumienia, że oto zmierzymy się z kuchnią regionalną.
Przystawki wzięliśmy klasyczne; kolega oscypek smażony z żurawiną. Plastry oscypka podano na korycie - my obaj uwielbiamy żreć z koryta, robimy to zawsze, kiedy tylko żony nie widzą - obok na liściu sałaty strzępiastej rozlano żurawinę, taką beznadziejną żurawinę o smaku ogólnym. Szkoda gadać. Ta przystawka niemal zawsze smakuje tak samo. Może pora na inne kombinacje? Natomiast mój śledź w śmietanie pozbawiony smaku, nijaki, bez ciała; śmietana zaś, co ciekawe, okazała się cebulą z niewielkim dodatkiem nabiału. Ale i tak chleb był najciekawszy, bo zagadkowy: zalatywał drożdżami, był suchawy i niesmaczny. Poświęciliśmy mu wiele uwagi.
Dania drugie zamówiliśmy ostrożnie, bo od kiedy mamy rodziny, zrobiliśmy się tchórze. On sandacza (bo jest znad jezior), ja królika, bo rzadko jadam, a lubię. Wiecie, sandacz to ryba pełna niebiańskiej delikatności, soczysta, jeśli dobrze przygotowana - a przy tym łatwa, wdzięczna, nawet największy kuchenny matoł może się sandaczem przed obcymi popisać. I oto sandacz przyszedł wyłożony w drewnianym korycie, w towarzystwie czegoś, co na pierwszy rzut oka wyglądało na towary już kiedyś do czegoś użyte: "sandacz smażony na maśle na duszonych warzywach podany" - czytam elegancki opis. W rzeczywistości kawałek ryby położony na fatalną (w znaczeniu: groźną dla zdrowia) mieszaninę; złożyły się na nią kawałki rozgotowanych ziemniaków, odcinki fasolki szparagowej z mrożonki, plastry marchewki (podobnego pochodzenia) i wielkie ilości kukurydzy. Po lewej najtłustsze, po wielokroć odgrzewane, ósemki ziemniaków, rzecz - mówiąc bez ogródek - szkodliwa.
Sandacz był suchy i kwaśny, mówiąc szczerze - wskazywał na gwałtowne odmrażanie; w warunkach normalnych, poza tym snem szaleńca o miejskiej góralszczyźnie, zostałby bez ceregieli pożegnany. Ale siedzieliśmy naprzeciw dzikojelenia, patrzyliśmy na siebie, na nasze koryta, na to posłanie z rozciapanej kukurydzy walczącej o lepsze z marchewką, zastanawialiśmy się, czy cios pieczonym ziemniakiem byłby śmiertelny (zgadnijcie, jakie wysnuliśmy wnioski?). I nie byliśmy źli, tylko ciekawi. Dlaczego właściwie nie na talerzu, czemu w korycie podany? Dla pohańbienia, dla zadania góralskiego szyku? (Znam górali; teraz wiem, że strasznie się czają, bestie; siedzą na stołkach prosto, starają się jeść nożem i widelcem, koryta wyjmują dopiero wtedy, kiedy z domu wyjdą obcy). I dlaczegóż to właściwie dodano rybie kukurydzę? Czuję, że się za tym kryje jakaś straszna historia, że ten sandacz wypłynął z najczystszych potoków spod Gubałówki, kiedy puściły odwieczne tatrzańskie mrozy; że walczył o życie z żarłaczami w Czarnym Stawie i polował na jagnięta na halach. Ale nie wiem na pewno, tylko się domyślam.
Mój królik był w śmietanowym sosie, jadalny, delikatny, jednak kucharz uznał najwyraźniej, że taki królik solo to wiocha - dodał miniaturowe marchewki z mrożonki, śliczne dziecinki. I plasterek karamboli, czyli oskomianu pospolitego, pięknego owocu tropikalnego; nawiasem mówiąc, owoc był zepsuty - ale skąd kucharz mógł wiedzieć, to nie jest owoc góralski. No i dostałem zabójcze ziemniaki, choć zamówiłem zupełnie co innego; ale o to mniejsza.
Wtedy kolega mój zadał grzecznie pytanie pani z obsługi, raczej z ciekawości niż z chęci walki: czy ona uważa, że nasz chleb jest świeży. Pani ujęła chleb w dłonie i orzekła: świeży. Więc podpowiedziałem, żeby powąchała, bo jednak wydawał nieładny odorek i był mocno przesuszony. "Ładnie pachnie", powiedziała, i jęła tłamsić kromkę, rozrywając na coraz mniejsze okruchy - żeby nam udowodnić, jak bardzo jesteśmy niedorozwinięci. "Świeży", mówiła, "przecież nie suchy, nie wiem, czy dziś kupowany, ale my chleb kupujemy codziennie. Panom się może wydawać, że nieświeży, bo skąd ja mam wiedzieć, jaki panowie chleb lubicie; może z takim zapachem nie lubicie". I poszła. Wróciła za chwilę. "Dziś był kupowany! Wczoraj było święto i nie mieliśmy chleba. A w każdym razie taki w piekarni sprzedali".
Najchętniej potoczyłbym to koło z chodnika pod drzwi Morskiego Oka i zamknął ten lokal na wieki. A kysz, zmoro, kuchnio regionalna oskomianem pospolitym zdobiona.
Morskie Oko, pl. Szczepański 8
105 zł - i obsługa zawsze ma rację
Zostaliśmy usadzeni na górze, pomiędzy trzema dżentelmenami prowadzącymi rozmowę na tematy zasadnicze (religia, państwo, kobiety) i pojedynczym panem, który szybko zjadł swoje i poszedł. Nad moją głową zwisał cep. Na stole stał brudny flakonik ze zdechłym słonecznikiem. Siedzieliśmy na czymś, co - jak się przekonałem podczas ostatniej podróży na Śląsk - nosi fachową nazwę "meble biesiadne". Na prawo mieliśmy wielki mural z dominantą brudnozieloną, przedstawiający rozpusty stołu ludu góralskiego (kolorystyka wskazuje, jak bolesne są ich konsekwencje). Jednak największy zachwyt wzbudziła we mnie skóra warchlaka (dzikiej świni, ma się rozumieć, wszak jesteśmy w gościnie u ludów pierwotnych), z której wyrastają rogi. Słowem, wnętrze Morskiego Oka delikatnie daje do zrozumienia, że oto zmierzymy się z kuchnią regionalną.
Przystawki wzięliśmy klasyczne; kolega oscypek smażony z żurawiną. Plastry oscypka podano na korycie - my obaj uwielbiamy żreć z koryta, robimy to zawsze, kiedy tylko żony nie widzą - obok na liściu sałaty strzępiastej rozlano żurawinę, taką beznadziejną żurawinę o smaku ogólnym. Szkoda gadać. Ta przystawka niemal zawsze smakuje tak samo. Może pora na inne kombinacje? Natomiast mój śledź w śmietanie pozbawiony smaku, nijaki, bez ciała; śmietana zaś, co ciekawe, okazała się cebulą z niewielkim dodatkiem nabiału. Ale i tak chleb był najciekawszy, bo zagadkowy: zalatywał drożdżami, był suchawy i niesmaczny. Poświęciliśmy mu wiele uwagi.
Dania drugie zamówiliśmy ostrożnie, bo od kiedy mamy rodziny, zrobiliśmy się tchórze. On sandacza (bo jest znad jezior), ja królika, bo rzadko jadam, a lubię. Wiecie, sandacz to ryba pełna niebiańskiej delikatności, soczysta, jeśli dobrze przygotowana - a przy tym łatwa, wdzięczna, nawet największy kuchenny matoł może się sandaczem przed obcymi popisać. I oto sandacz przyszedł wyłożony w drewnianym korycie, w towarzystwie czegoś, co na pierwszy rzut oka wyglądało na towary już kiedyś do czegoś użyte: "sandacz smażony na maśle na duszonych warzywach podany" - czytam elegancki opis. W rzeczywistości kawałek ryby położony na fatalną (w znaczeniu: groźną dla zdrowia) mieszaninę; złożyły się na nią kawałki rozgotowanych ziemniaków, odcinki fasolki szparagowej z mrożonki, plastry marchewki (podobnego pochodzenia) i wielkie ilości kukurydzy. Po lewej najtłustsze, po wielokroć odgrzewane, ósemki ziemniaków, rzecz - mówiąc bez ogródek - szkodliwa.
Sandacz był suchy i kwaśny, mówiąc szczerze - wskazywał na gwałtowne odmrażanie; w warunkach normalnych, poza tym snem szaleńca o miejskiej góralszczyźnie, zostałby bez ceregieli pożegnany. Ale siedzieliśmy naprzeciw dzikojelenia, patrzyliśmy na siebie, na nasze koryta, na to posłanie z rozciapanej kukurydzy walczącej o lepsze z marchewką, zastanawialiśmy się, czy cios pieczonym ziemniakiem byłby śmiertelny (zgadnijcie, jakie wysnuliśmy wnioski?). I nie byliśmy źli, tylko ciekawi. Dlaczego właściwie nie na talerzu, czemu w korycie podany? Dla pohańbienia, dla zadania góralskiego szyku? (Znam górali; teraz wiem, że strasznie się czają, bestie; siedzą na stołkach prosto, starają się jeść nożem i widelcem, koryta wyjmują dopiero wtedy, kiedy z domu wyjdą obcy). I dlaczegóż to właściwie dodano rybie kukurydzę? Czuję, że się za tym kryje jakaś straszna historia, że ten sandacz wypłynął z najczystszych potoków spod Gubałówki, kiedy puściły odwieczne tatrzańskie mrozy; że walczył o życie z żarłaczami w Czarnym Stawie i polował na jagnięta na halach. Ale nie wiem na pewno, tylko się domyślam.
Mój królik był w śmietanowym sosie, jadalny, delikatny, jednak kucharz uznał najwyraźniej, że taki królik solo to wiocha - dodał miniaturowe marchewki z mrożonki, śliczne dziecinki. I plasterek karamboli, czyli oskomianu pospolitego, pięknego owocu tropikalnego; nawiasem mówiąc, owoc był zepsuty - ale skąd kucharz mógł wiedzieć, to nie jest owoc góralski. No i dostałem zabójcze ziemniaki, choć zamówiłem zupełnie co innego; ale o to mniejsza.
Wtedy kolega mój zadał grzecznie pytanie pani z obsługi, raczej z ciekawości niż z chęci walki: czy ona uważa, że nasz chleb jest świeży. Pani ujęła chleb w dłonie i orzekła: świeży. Więc podpowiedziałem, żeby powąchała, bo jednak wydawał nieładny odorek i był mocno przesuszony. "Ładnie pachnie", powiedziała, i jęła tłamsić kromkę, rozrywając na coraz mniejsze okruchy - żeby nam udowodnić, jak bardzo jesteśmy niedorozwinięci. "Świeży", mówiła, "przecież nie suchy, nie wiem, czy dziś kupowany, ale my chleb kupujemy codziennie. Panom się może wydawać, że nieświeży, bo skąd ja mam wiedzieć, jaki panowie chleb lubicie; może z takim zapachem nie lubicie". I poszła. Wróciła za chwilę. "Dziś był kupowany! Wczoraj było święto i nie mieliśmy chleba. A w każdym razie taki w piekarni sprzedali".
Najchętniej potoczyłbym to koło z chodnika pod drzwi Morskiego Oka i zamknął ten lokal na wieki. A kysz, zmoro, kuchnio regionalna oskomianem pospolitym zdobiona.
Morskie Oko, pl. Szczepański 8
105 zł - i obsługa zawsze ma rację
- 19 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
12 głosów
-
Re: Wielkie żarcie Nowickiego. Koło, koryto i dzi
kasiapil
20.08.10, 23:15
Panie Nowicki, bardzo lubie pana felietony, a od kiedy mieszkam w Krakowie,czyli od 2 miesiecy to korzystam z pana wskazowek. Musze jadac na miejscie, mambraki sprzetowe w kuchni. Do tej »
-
Wielkie żarcie Nowickiego. Koło, koryto i dzik ...
krakower
22.08.10, 21:36
Panie Wojtku Kochany! A cóż Pana podkusiło do tej speluny się udać i w dodatku uczciwie podłość jej i kuchenną bezczelność opisywać. Toż sprawdzić trzeba było, czyja ta zbójecka kloaka jest »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





