Polskie Smaki. Wiejska muzyka

Wojciech Nowicki
03.09.2010 , aktualizacja: 19.09.2010 15:18
A A A Drukuj
Proszę mnie dobrze zrozumieć, przenajmilsze, przenajmilsi: to nie będzie chłosta indywidualna. W tym tekście, moim osobistym wkładzie w poprawę polskiej kultury gastronomicznej, postaram się poruszyć problemy, które nurtują mnie od dawna; a dotyczą całego kraju.

ZOBACZ TAKŻE
Jednym z nich - i wcale nie takim maleńkim, jak się go często przedstawia - jest problem znajomości savoir-vivre'u, w najogólniejszym choćby zarysie. W zastosowaniu do knajpianego życia oznacza to parę drobiazgów, ot, zestaw zachowań do wyuczenia w dwie minuty. Rzecz w tym, że te drobiazgi potrafią napsuć sporo krwi...

Nie dalej jak dziś (dla was to oznacza kilka dni temu, konkretnie w poniedziałek) zdjął mnie głód, jak zwykle, i dziś też nie miałem czasu, żeby gotować. Moja córka też nie miała na nic czasu i też nic nie ugotowała. Jak widzicie - dotąd wszystko dobrze się składa, dwie osoby głodne, chętne, gotowe pójść razem na obiad (a ja nawet gotów, żeby za ten obiad zapłacić). Dalej zaczynają się schody: byłem już prawie we wszystkich knajpach tego miasta, często mam podejrzenia co do ich działalności. Mam też węża, który syczy w kieszeni: uważam, że za obiad w mieście można zapłacić kilkanaście złotych i jest to cena dla obu stron satysfakcjonująca; tym bardziej że za tę cenę nie wymagam żadnych cudów.

Problem jest następujący: kiedy się tak stoi na Szewskiej na przykład, jak się tak radarem umysłu omiecie cale miasto, to widać jasno, że nie bardzo jest gdzie pójść na jedzenie. I przyznam się od razu, bez wyrywania paznokci, że chadzam do restauracji (hm, samoobsługowa ta restauracja...) Polskie Smaki przy ulicy Świętego Tomasza. Zresztą nie, wróć, małe sprostowanie: chadzałem, ale już nie chadzam. Z wyjątkiem dzisiejszego dnia, bo głód, bo czasu mało, a te Smaki pod bokiem. I tak wkroczyliśmy pod rękę, niczego nieświadomi.

Wchodzimy, a za barem młode dziewczę. Lubię dziewczęta, tzn. nie jestem przeciwnikiem. Dziewczę milczy. My stoimy. Dziewczę rozgląda się, chwyta chochelkę i poczyna przelewać sos, sos polski, zagęszczany, z jednego pojemnika do drugiego. Patrzymy, jakbyśmy widzieli jakieś egzotyczne zwierzę, bo widok fascynujący: pusta knajpa, nikogo, dwoje klientów (po co przyłażą, jak pusto?) i ten sos spadający ciężko, czepiający się chochli, porozbryzgiwany. Barmanka w końcu odstawiła sos na bok, myślę: dobra nasza, popis za nami, teraz będzie obsługa. Ale nie. Weszła gdzieś głębiej, wróciła ze szmatką (a tu mija jakaś trzecia minuta naszego stania). Powycierała. Poprawiła, bo została plama. Wyszła. Odrzuciła szmatkę w kąt. Podeszła. Ja już paszczę otwieram, gotów odpowiadać na jej "dzień dobry", ale ona przeszła nad tym do porządku dziennego, i rzuciła starobarmańskie zapytanie rodem z baru mlecznego: "CO BEDZIE?" (nie "będzie", tylko "bedzie" właśnie).

No i sami rozumiecie, że się stała intelektualna katastrofa. (O tym właściwie jest ta opowieść, o katastrofie wynikłej z niedotrzymania konwencji: jednej kostki zabrakło i cała układanka sypnęła się z gruchotem). Zamiast szczeknąć w odpowiedzi "schabowy raz i piwo", ja się uczepiłem pierwszej myśli i odrzekłem "dzień dobry", z lekka niedorzecznie. Na co ona też "dzień dobry", ale mocno już podejrzliwe, bo co to ma znaczyć, jakiś jej znajomy jestem czy co? Potem poszło w miarę gładko, aż do momentu wydania dań: ja swoje dostałem, a córka nie. "A, przepraszam...", zacząłem brnąć w nieciekawym kierunku, ale strzeliła mnie słowem jak batem. "DO KNEDLI BEDZIE WOŁANE", rzekła. Na co córka, trochę mniej obeznana ze światem (młody wiek, cóż chcecie), rzuciła pytające spojrzenie; a ja, mea culpa, rzekłem "pani powiedziała, że do knedli będzie wołane". Niewiele trzeba, żeby wleźć w cudze buty.

Po czym uciekliśmy do innej sali. Mieliśmy ze sobą kompot. Biorę kompot - sfermentowany. Do tego nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, do tego nie trzeba piorunującej inteligencji: sfermentowane jedzenie wydaje nieładny zapach jedzenia sfermentowanego, a kompot na dodatek mętnieje. A tu się okazuje, że młoda osóbka zza baru przemierza właśnie naszą salę; więc ja łaps za kompot i do niej: "proszę pani - mówię - ten kompot jest sfermentowany". A ona na to jak w elektrycznym bilardzie - w tej samej sekundzie: "NIE JEST SFERMENTOWANY", powiada i zaraz uściśla. "Dzisiaj był robiony". Po czym się zastanawia i mówi: "ale jak pan chce, to panu zwrócę". (10 sekund później słyszę zza ścianki, jak pyta koleżankę: "ten kompot to był dzisiaj robiony, nie?"). Dalej to już było z górki, przyszła po prostu do naszej sali i zaczęła przesuwać stoły z hurgotem o metr od mojej osoby (stoły, owszem, ciężkie i hałas na płytkach robią straszny); potem knedle się gotowały 20 minut (ale się nie ugotowały, a surowe - wierzcie - nie są najlepsze).

Nie chcę przez to wcale powiedzieć, że Polskie Smaki to najgorszy bar, tfu, najgorsza restauracja na świecie ani że trafiłem tam na najgorszą obsługę. Owszem, fatalne jedzenie i jak się zastanowić, to niezbyt tanie. Owszem, na obsługę trafiłem taką, że pożal się Boże, nieuprzejmą, nieznającą słów skomplikowanych, jak "dzień dobry", "proszę", "dziękuję". Owszem, wystrój tam rodem z koszmaru, owszem, panny z obsługi puszczają wiejską muzykę, która jest głośna i mnie drażni. Rozumiem, chcą zapomnieć o mnie i o tysiącach do mnie podobnych. Ale skąd ta ostentacja? Skąd zacietrzewienie? U nich, u nich, w tym mieście i miastach jemu podobnych?

W takich momentach robi mi się smutno, bo wspominam (często wcale nie najpiękniejsze) bary Wiednia. Oldskulowe, ale czemuś przytulne. I wspominam tamtejszych kelnerów, którzy - nie wiedzieć czemu - nie są wcale panienkami o wybitnych walorach cielesnych, tylko wąsatymi killerami w czarnych butach. Są szybcy, efektywni, nie cackają się szczególnie; po prostu założenie jest takie, że ma być prędko zrobione i kelner ma zniknąć. Za takie odszczekiwanie jak w Polskich Smakach, za kompot sfermentowany, za skołowaciały język i włażenie ze stołem na plecy byłaby niewątpliwe niezła chryja.

(W nagrodę za zrzędzenie w przyszłym tygodniu napiszę o doskonałej restauracji).

Ten kawałek dedykuję restauratorom - a nie tylko pannie z Polskich Smaków, ul. św. Tomasza 5.

Podziel się

  • 51 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    22 głosy

  • Wielkie żarcie Nowickiego. Wiejska muzyka 19790222x 05.09.10, 09:44

    Dzień dobry, Panie WojtkuBardzo mi się podoba ten tekst. Knajpa zresztą też po tym opisie. Takiepolskie smaczki, znaczy klimaty, barów lat 80-tych. Z sentymentu tam chybapójdę. Mam nadzieję,»

  • Wielkie żarcie Nowickiego. Wiejska muzyka jasiuniu 05.09.10, 15:19

    UWAGA!!! Proszę nie ufać recenzjom Pana Nowickiego. W roku 2007 w artykule "Polskie Smaki versus Polskie Jadło. Między Scyllą i Charybdą" wychwalał ponad niebiosa restaurację Polskie Smaki »

  • Wielkie żarcie Nowickiego. Wiejska muzyka 1kabat 05.09.10, 16:33

    Jeżeli chodzi o muzykę to we wszystkich knajpach/przepraszam restauracjach/ wktórych bywałam/przestałam/ jest tragiczna i przede wszystkim ryczy jak bysami głusi jeść przychodzli.»

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu