Kura. Pokuszenie, spełnienie
10.09.2010
, aktualizacja: 19.09.2010 15:19
Nazwę łatwo przeoczyć; a już szczególnie, kiedy jest poniedziałek. Bo w poniedziałek Kura jest zamknięta. A myśmy szli w poniedziałek właśnie, wewnątrz Kury było ciemno i pusto.
ZOBACZ TAKŻE
- Szwecja. Z wyspy list w butelce (01-10-10, 00:26)
- Carlito. Było mi niebywale (24-09-10, 06:00)
- Ryba i co z niej wynika (17-09-10, 06:00)
- Polskie Smaki. Wiejska muzyka (03-09-10, 12:11)
- Satori. Rozmyślania przy oknie (27-08-10, 06:00)
- Morskie Oko. Koło, koryto i dzik z rogami (19-08-10, 19:45)
- 8 Aleja. Flaki klubowe (13-08-10, 17:42)
- Od wodzionek do sajgonek. Plebiscyt kulinarny (09-08-10, 16:42)
- Thaisty. Kuchnia mutuje (na dobre i na złe) (06-08-10, 13:41)
- Shanti. Remis po tajsku (29-07-10, 23:18)
- Tokyo Fusion. Chwilowa utrata czujności (23-07-10, 11:47)
Na zewnątrz - żadnej informacji. Nie mieliśmy pojęcia, że szef ma wtedy wolne, i Kura zamyka podwoje. No pięknie, zaczęliśmy labidzić z tej nieświadomości, popatrz no, jak to się teraz dzieje: ledwie się jakaś knajpa otworzy, a już pada. Ledwie ludzie zaczną robić coś sensownego, a już ich dobija twarda ręka rynku (czyli wy, czyli my wszyscy, którzy odwiedzamy nie te lokale, co trzeba; a dobrym dajemy zwijać manatki). Ledwie wyrośnie coś pięknego, coś budzącego prawdziwe emocje, a już z górki na pazurki, i na pysk, i koniec. A my wracamy do tych restauracji, gdzie straszy, i samiśmy sobie winni.
Tu mała wycieczka osobista: nie wiecie nawet, drogie i drodzy, jak mi się to pisze głupkowato. Siedzę na twardej ławce w promowej poczekalni, w pewnej szwedzkiej pipidówie, i wypatruję, aż przypłynie prom. Mam nadzieję, że nie przeoczę: ma chyba dwieście metrów długości. Skoro ten lewiatan nie nadchodzi, zabieram się za Kurę, żeby skończyć rachunki ze starym krajem. Wierzcie lub nie - patrzę na niezbyt piękne wnętrze, dworcowe, patrzę na świetlówki pod sufitem, patrzę na obywatela, który się rozłożył z kolacją i je metodycznie już od pół godziny... A myślą jestem przy tamtym pięknym dniu, kiedy się wreszcie okazało, że drzwi do Kury otwarte. Kiedy można tam było wejść i zjeść. Takim wspomnieniem ożywiam martwy czas.
W Kurze są dwie sale. Pierwsza od ulicy, ale tę minęliśmy, jakby w ogóle nie istniała. Bo w drugiej jest bar, za barem stoi mistrz sushi, Japończyk z nieco nieobecną miną. Patrzy, a jakby nie dostrzegał. Wchodzimy - on niemal nie zachęca. Wahamy się, które miejsca zająć - okiem nie mrugnie, tylko czeka. Siadamy w końcu, kokosimy się, patrzymy, bo wszystko tu dla nas nowe. Wybieramy z karty, trochę się sprzeczamy, trochę nam głupio, bo jest w tej karcie coś takiego, że wzięłoby się najchętniej wszystko. Wśród zamówień - przejdę od razu do rzeczy - jest między innymi zestaw sushi dla dwojga. Kelnerka pokazuje palcem szefowi, co ma zrobić (bo on - wtedy zaczyna się robić naprawdę poważnie - mówi tylko po japońsku). I szef zabiera się do roboty.
To właśnie miałbym największą ochotę opisać; to i tylko to. Bo to nie jest temat na felieton, tylko na wiele stron. Stoi, spogląda na kartę, żeby zobaczyć, co jest do zrobienia. Przeciera nóż, przeciera deskę do krojenia, i jakimś takim niezauważalnym, nieistniejącym gestem sięga to w lewo, to w prawo. Nie spieszy się, nie miota, nie rzuca. Często coś umyje albo ryż przegarnie; ale minuta wystarczy, żeby się spostrzec: jest jak błyskawica (chociaż cały czas się wydaje, że wcale się nie spieszy). Niby pracuje powolutku, a jednak pędzi, bo ma stalową pewność w ruchach. Nie musi pokrzykiwać, unika pustych gestów. Dokładnie wie, gdzie zmierza. Taki spektakl, musicie wiedzieć, wart jest każdych pieniędzy (sushi jest jak minimalistyczny spektakl, przedstawienie, którego prawie nie ma; w tym właśnie cała sztuka).
Chcieliśmy spróbować wszystkiego, na każdą pozycję w karcie mieliśmy ochotę (a święto, drogie, drodzy, jest związane z każdą wizytą w Kurze; takie mam przekonanie). Jedliśmy - nieważny porządek, po prostu powymieniam niektóre rzeczy, żebyście wiedzieli mniej więcej - tsukemono, marynowane warzywa; o smaku delikatnym, chrupiące. Taka przystawka przekona każdego. Szczególnie jeśli spróbujecie śliwki, a to jest spotkanie z nieznanym, to jest wycieczka w bardzo dalekie strony. Spróbowaliśmy węgorza. Ani to miejsce, ani pora na przekomarzania; jeśli spytacie, czy był naj-naj-najlepszy, jakiego jadłem w życiu, to wam odpowiem prostolinijnie, że tak. Na ryżu w miseczce leżą kawałki węgorza grillowanego na słodko; słodki sos i tłuszcz z ryby spływają do ryżu, barwią go kolorem i smakiem. Tłusta słodycz, mięso ryby. A zamiast japońskiej cepeliady - w tle dźwiękowym niemieckie przeboje o zabarwieniu disco na przemian z "Rebel, rebel" w niezapomnianym wydaniu Bowiego, na przykład. I ten Japończyk, na występach w Polsce - mam nadzieję, że jak najdłuższych, po dziewiętnastu latach spędzonych w Düsseldorfie. Nie pogadacie, bo nie ma wspólnego języka. Oprócz jedzenia. Więc najlepiej po prostu zjeść, co przygotuje.
No więc wchłanialiśmy sushi, znakomite, o pełnych smakach; od dawna mi się nie zdarzyło jeść takiego sushi, bez najmniejszego ściemniania, bez najdrobniejszych odstępstw od reguł. Ryba była cudownie świeża. Nie była zimna. Wiecie, co to znaczy: wtedy wyczuć można najdrobniejsze smaki. Ryż cudowny, lekki, wreszcie ani kwaśny, ani słodki. No i ta maestria gestu, najmilsi, wilgotne dłonie lepią każdy kawałek, aż się chce ryż z rąk wyrywać i pożerać od razu... Zajadaliśmy się wielką michą gryczanego makaronu udon z tempurą, w tempurze były krewetki. Na wierzchu - odrobina rzepy, dla podbicia smaku. Wielka rzecz, taki delikatny, klarowny bulion, wzmacniający smaki, i ta rzepa, dla lekkiego kontrastu. Rzuciliśmy się też na kurczaka, choć kurczak, wiadomo, zbrzydł nam trochę. Ale okazuje się, że takie kawałeczki usmażone na głębokim tłuszczu, soczyste, wcześniej marynowane, z dodatkiem sosu śliwkowego i z ryżem, mogą przywrócić wiarę w kurczaka.
Tak, nie ukrywam: wszyscy byliśmy, jak jeden mąż, w podniosłym nastroju. Tak, nawet teraz, siedząc w nadmorskiej budzie, do której przybijają promy, pamiętam doskonale wszystko, co jadłem, i jakie to były smaki. Doskonale pamiętam deser. Niby nic. Lody. Dwa plasterki banana. Sos czekoladowy. W lodach ukryty słodki ziemniak, ciepły. Ech, to przenikanie wzajemne różnych słodyczy, o rozmaitym natężeniu, to przyjemne zdziwienie, kiedy zderzają się temperatury... Tak, Kura kryje wiele takich niespodzianek: z radością przyznaję jej specjalne wyróżnienie za kępy mchu, ukryte pod umywalką. I życzę jej wszystkiego najlepszego.
Gdyby mnie nie dzieliło od niej morze, poleciałbym tam znów, natychmiast.
Kura, ul. Estery 5
Czterem osobom udzielił się nastrój uczty. Rachunek: 300 zł, bez groszy. Warto! Mam nadzieję, że przyjmują już karty płatnicze...
Tu mała wycieczka osobista: nie wiecie nawet, drogie i drodzy, jak mi się to pisze głupkowato. Siedzę na twardej ławce w promowej poczekalni, w pewnej szwedzkiej pipidówie, i wypatruję, aż przypłynie prom. Mam nadzieję, że nie przeoczę: ma chyba dwieście metrów długości. Skoro ten lewiatan nie nadchodzi, zabieram się za Kurę, żeby skończyć rachunki ze starym krajem. Wierzcie lub nie - patrzę na niezbyt piękne wnętrze, dworcowe, patrzę na świetlówki pod sufitem, patrzę na obywatela, który się rozłożył z kolacją i je metodycznie już od pół godziny... A myślą jestem przy tamtym pięknym dniu, kiedy się wreszcie okazało, że drzwi do Kury otwarte. Kiedy można tam było wejść i zjeść. Takim wspomnieniem ożywiam martwy czas.
W Kurze są dwie sale. Pierwsza od ulicy, ale tę minęliśmy, jakby w ogóle nie istniała. Bo w drugiej jest bar, za barem stoi mistrz sushi, Japończyk z nieco nieobecną miną. Patrzy, a jakby nie dostrzegał. Wchodzimy - on niemal nie zachęca. Wahamy się, które miejsca zająć - okiem nie mrugnie, tylko czeka. Siadamy w końcu, kokosimy się, patrzymy, bo wszystko tu dla nas nowe. Wybieramy z karty, trochę się sprzeczamy, trochę nam głupio, bo jest w tej karcie coś takiego, że wzięłoby się najchętniej wszystko. Wśród zamówień - przejdę od razu do rzeczy - jest między innymi zestaw sushi dla dwojga. Kelnerka pokazuje palcem szefowi, co ma zrobić (bo on - wtedy zaczyna się robić naprawdę poważnie - mówi tylko po japońsku). I szef zabiera się do roboty.
To właśnie miałbym największą ochotę opisać; to i tylko to. Bo to nie jest temat na felieton, tylko na wiele stron. Stoi, spogląda na kartę, żeby zobaczyć, co jest do zrobienia. Przeciera nóż, przeciera deskę do krojenia, i jakimś takim niezauważalnym, nieistniejącym gestem sięga to w lewo, to w prawo. Nie spieszy się, nie miota, nie rzuca. Często coś umyje albo ryż przegarnie; ale minuta wystarczy, żeby się spostrzec: jest jak błyskawica (chociaż cały czas się wydaje, że wcale się nie spieszy). Niby pracuje powolutku, a jednak pędzi, bo ma stalową pewność w ruchach. Nie musi pokrzykiwać, unika pustych gestów. Dokładnie wie, gdzie zmierza. Taki spektakl, musicie wiedzieć, wart jest każdych pieniędzy (sushi jest jak minimalistyczny spektakl, przedstawienie, którego prawie nie ma; w tym właśnie cała sztuka).
Chcieliśmy spróbować wszystkiego, na każdą pozycję w karcie mieliśmy ochotę (a święto, drogie, drodzy, jest związane z każdą wizytą w Kurze; takie mam przekonanie). Jedliśmy - nieważny porządek, po prostu powymieniam niektóre rzeczy, żebyście wiedzieli mniej więcej - tsukemono, marynowane warzywa; o smaku delikatnym, chrupiące. Taka przystawka przekona każdego. Szczególnie jeśli spróbujecie śliwki, a to jest spotkanie z nieznanym, to jest wycieczka w bardzo dalekie strony. Spróbowaliśmy węgorza. Ani to miejsce, ani pora na przekomarzania; jeśli spytacie, czy był naj-naj-najlepszy, jakiego jadłem w życiu, to wam odpowiem prostolinijnie, że tak. Na ryżu w miseczce leżą kawałki węgorza grillowanego na słodko; słodki sos i tłuszcz z ryby spływają do ryżu, barwią go kolorem i smakiem. Tłusta słodycz, mięso ryby. A zamiast japońskiej cepeliady - w tle dźwiękowym niemieckie przeboje o zabarwieniu disco na przemian z "Rebel, rebel" w niezapomnianym wydaniu Bowiego, na przykład. I ten Japończyk, na występach w Polsce - mam nadzieję, że jak najdłuższych, po dziewiętnastu latach spędzonych w Düsseldorfie. Nie pogadacie, bo nie ma wspólnego języka. Oprócz jedzenia. Więc najlepiej po prostu zjeść, co przygotuje.
No więc wchłanialiśmy sushi, znakomite, o pełnych smakach; od dawna mi się nie zdarzyło jeść takiego sushi, bez najmniejszego ściemniania, bez najdrobniejszych odstępstw od reguł. Ryba była cudownie świeża. Nie była zimna. Wiecie, co to znaczy: wtedy wyczuć można najdrobniejsze smaki. Ryż cudowny, lekki, wreszcie ani kwaśny, ani słodki. No i ta maestria gestu, najmilsi, wilgotne dłonie lepią każdy kawałek, aż się chce ryż z rąk wyrywać i pożerać od razu... Zajadaliśmy się wielką michą gryczanego makaronu udon z tempurą, w tempurze były krewetki. Na wierzchu - odrobina rzepy, dla podbicia smaku. Wielka rzecz, taki delikatny, klarowny bulion, wzmacniający smaki, i ta rzepa, dla lekkiego kontrastu. Rzuciliśmy się też na kurczaka, choć kurczak, wiadomo, zbrzydł nam trochę. Ale okazuje się, że takie kawałeczki usmażone na głębokim tłuszczu, soczyste, wcześniej marynowane, z dodatkiem sosu śliwkowego i z ryżem, mogą przywrócić wiarę w kurczaka.
Tak, nie ukrywam: wszyscy byliśmy, jak jeden mąż, w podniosłym nastroju. Tak, nawet teraz, siedząc w nadmorskiej budzie, do której przybijają promy, pamiętam doskonale wszystko, co jadłem, i jakie to były smaki. Doskonale pamiętam deser. Niby nic. Lody. Dwa plasterki banana. Sos czekoladowy. W lodach ukryty słodki ziemniak, ciepły. Ech, to przenikanie wzajemne różnych słodyczy, o rozmaitym natężeniu, to przyjemne zdziwienie, kiedy zderzają się temperatury... Tak, Kura kryje wiele takich niespodzianek: z radością przyznaję jej specjalne wyróżnienie za kępy mchu, ukryte pod umywalką. I życzę jej wszystkiego najlepszego.
Gdyby mnie nie dzieliło od niej morze, poleciałbym tam znów, natychmiast.
Kura, ul. Estery 5
Czterem osobom udzielił się nastrój uczty. Rachunek: 300 zł, bez groszy. Warto! Mam nadzieję, że przyjmują już karty płatnicze...
- 33 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
16 głosów
-
Wielkie żarcie Nowickiego. Pokuszenie, spełnienie
kissmygrass
10.09.10, 18:04
Warto!Wystarczy popatrzeć jak powstają nigiri i już wiadomo, że żarty się skończyły. Ten pan niejednego tuńczyka pokroił...»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





