Szwecja. Z wyspy list w butelce
01.10.2010
, aktualizacja: 10.10.2010 14:41
Z wyspy wam, czytelniczki, i wam, czytelnicy, po raz ostatni donoszę. (I trochę odjazdu z wyspy żałuję, i nie żałuję trochę. To się nazywa rozterka). Z radością donoszę o innym kulinarnym świecie, zupełnie odmiennym niż nasz; a takie porównania z daleka czynione zawsze na dobre wychodzą - bo pokazują, w czym jesteśmy lepsi, a w czym gorsi.
ZOBACZ TAKŻE
- Trufla, grzyb szlachetny (22-10-10, 06:00)
- Mała Macedonia. Znikający przyczółek (15-10-10, 06:00)
- Zazie Bistro. Po francusku, nareszcie (09-10-10, 06:00)
- Carlito. Było mi niebywale (24-09-10, 06:00)
- Ryba i co z niej wynika (17-09-10, 06:00)
- Kura. Pokuszenie, spełnienie (10-09-10, 06:00)
- Polskie Smaki. Wiejska muzyka (03-09-10, 12:11)
SERWISY
Z całą odpowiedzialnością piszę ten tekst, ten list w butelce, nie na temat zamkniętego świata krakowskich restauracji, ale na temat ogólniejszy, dalszy.
Przypłynąłem na Gotlandię prawie miesiąc temu. Znajomi tubylcy ostrzegali mnie przed szwedzką kuchnią jak przed jaką zarazą. "Zobaczysz - mówili i pisali tonem mentorskim - w naszych sklepach wszystko jest okropne, i wszystko drogie. Nie lubimy świeżego, więc jest mało świeżego. Mięso paczkowane. Zieleniny nie ma. Straszne. Ty narzekasz na kurczaki w Polsce? Nieuświadomiony jesteś i nieuczciwy - polski kurczak ma smak, szwedzki jest jak płyta pilśniowa. Mały, w porównaniu z kurczęcym oryginałem wygląda jak kucyk stojący obok konia. Taki kurczak inne smaki chłonie jak wata. Już lepiej..." - tu przyjaciel, wielbiciel dań mięsnych, zawiesił głos - "już lepiej jeść tofu".
Kiwaliśmy smutno głowami po obu stronach skajpa; on porażony świadomością, że ja się z tym zaraz zderzę, zaraz tego doznam na własnej skórze; ja zdjęty przerażeniem, że - o Jezusie Nazareński - to może być wszystko prawda, niestety.
I tak na długie tygodnie wylądowałem na wyspie. Na wyspie jest jedno miasto. Nieduże. Wielkości Skawiny; różnica taka, że to architektoniczna perełka. Średniowieczna, hanzeatycka, otoczona murami. Człowiek się czuje jak w pudełku wyłożonym jedwabiem. Na brzegi morza, które - wybaczcie, koledzy literaci - zmienia się jak w kalejdoskopie (teraz na przykład jest szarożółtawe, horyzontu nie widać, bo go skrywa mgiełka). Wiatr przygina drzewa do ziemi, huczy coś w powietrzu. Koniec opisów przyrody.
Pierwszy był sklep. Długie oglądanie. Chleb... no, nie wygląda jak chleb, ale to chleb. Sery. Puszki. Warzywa. Myślę: w innych sklepach będzie inaczej. Nie jest. Po pierwsze - jest tylko drugi supermarket, i trzeci, ale to już kawał za miastem. Coś mało tych sklepów, grzmię w duchu. Oglądam krytycznie, oczywiście, bo krytycznie zostałem nastawiony, porównuję sery, mięsa porównuję, makarony. Porównuję warzywa, zioła. Nawet ziemniaki porównuję. (Potem się okaże, że na całej Gotlandii są sklepy tylko dwóch firm, jedna spółdzielcza, Coop, druga prywatna, ICA. W każdej większej wiosce Coop po jednej, ICA po drugiej stronie szosy. Sprzedają to samo, w identycznych cenach).
Dopiero po paru dniach się złapałem na tym, że fałszywa nuta pobrzmiewa w moich porównaniach. Och, te wielkomiejskie zwyczaje, te przyzwyczajenia do rozrzutności: to jest maleńkie miasteczko, a na półkach francuskie sery, a kraby z Irlandii, a ryby zewsząd (a najwięcej stąd), a wołowina z Chile czy Argentyny (bo tańsza niż miejscowa), bo jagnięcina miejscowa, najlepsza, jaką sobie można wymarzyć. Więc sklepy to nie problem, sklepy to wręcz błogosławieństwo. Choć przyzwyczaić się bywa trudno - podpowiadam nieuważnym, że tu się zaczyna prawdziwe, pozytywne dla nas porównanie - do warzyw w plastiku, zawsze chłodzonych, bez zapachu. Owszem, u nas sprzedają takie same, w supermarketach. Jednak my mamy błogosławiony wybór, my sobie możemy pójść na targi, pogmerać w towarze, powąchać, poczuć, czy świeży. Tu, owszem, jest zawsze kolendra, owszem, sałata (w doniczce) - ale marchew kartonowa i trociniaste pory. Co mi po przyprawach z całego świata, jeśli po mięso nie mogę iść do rzeźnika? Bo nie ma rzeźnika; mówią mi: "był kiedyś, sam nie wiem, już nie pamiętam; ale chyba zamknęli". A targ? "O, targ był, nawet w tym roku, na święto miasta. Na całym rynku stali ludzie, rolnicy, sprzedawali wszystko, co uprawiają. Widziałeś kiedyś coś takiego?".
Więc się nie dziwcie, że w takich okolicznościach, przygwożdżony do muru przez kulturę czystą, schludną, protestancką, czuję się jak mysz w potrzasku. Jestem za tą obfitością, której w mieścinie doświadczają na co dzień; ale czegoś mi jednak brakuje, co nie byłoby opakowane, zważone z góry, poplasterkowane. Najłatwiej z rybą, bo ryba wspaniała - na przykład ten ich tutejszy strömming, śledź bałtycki, mały kuzyn atlantyckiego. Ale jeśli Szweda spytacie, to usłyszycie: "taaak, wspaniały, oczywiście; naturalnie, że wspaniały, ale to najtańsza ryba, co oczywiście nie znaczy..." (a co ma znaczyć: no, to jest tak, jakbyś się chwalił, że niezwykle ci smakują świńskie uszy i ścięgna). Wolą na co dzień pójść do knajpki, do restauracyjki, na lunch - lunch jest niedrogi, w cenie lunchu kawy dowolne ilości (piją, niech to zostanie powiedziane cichcem, kawę okropną w ilościach przemysłowych). Jedzą te ich köttbullar, klopsiki znane każdemu, kto był w sklepie IKEA; do kawy się raczą kanelbullar, bułeczkami cynamonowymi, i też ich lubią podjeść sobie dużo.
Najciekawsze rozmowy prowadzę o dwóch specjalnościach: Janssons frestelse, czyli zapiekanka z ziemniaków, cebuli, anchois i śmietany to rzecz pyszna, z tych naj-najprostszych, a jednak rozpływających się w ustach; drugi temat jest bardziej śliski. Kiszony śledź - tak samo kiszony, jaka nasza kapusta czy ogórki, albo rydze. Nazywa się to surströmming, i komentarze miejscowych są niezbyt przychylne. "Moja rodzina jest z północy, oni to jedzą, nie rozumiem czemu. Bo to śmierdzi jak zgniłe śmieci, nieeee, o wiele gorzej, bo smród śmieci się ulatnia, a to jest intensywne, tysiąc razy bardziej intensywne. Narodowe danie. Boże. To z tym nas kojarzycie?"
Weźcie też pod uwagę, że mają tu jeden (1) sklep alkoholowy, należący do państwowego Systembolaget, który "powstał z jednej przyczyny: aby zminimalizować problemy związane ze spożyciem alkoholu poprzez jego odpowiedzialną sprzedaż, nie zaś dla zysku". Koniec cytatu. Za dużo tej odpowiedzialności, za dużo pietruszki zapakowanej w plastik, zbyt wiele klopsików. Wracam do domu, utaplać się w swojszczyźnie. Aż znów zawyję, że mam dość.
Przypłynąłem na Gotlandię prawie miesiąc temu. Znajomi tubylcy ostrzegali mnie przed szwedzką kuchnią jak przed jaką zarazą. "Zobaczysz - mówili i pisali tonem mentorskim - w naszych sklepach wszystko jest okropne, i wszystko drogie. Nie lubimy świeżego, więc jest mało świeżego. Mięso paczkowane. Zieleniny nie ma. Straszne. Ty narzekasz na kurczaki w Polsce? Nieuświadomiony jesteś i nieuczciwy - polski kurczak ma smak, szwedzki jest jak płyta pilśniowa. Mały, w porównaniu z kurczęcym oryginałem wygląda jak kucyk stojący obok konia. Taki kurczak inne smaki chłonie jak wata. Już lepiej..." - tu przyjaciel, wielbiciel dań mięsnych, zawiesił głos - "już lepiej jeść tofu".
Kiwaliśmy smutno głowami po obu stronach skajpa; on porażony świadomością, że ja się z tym zaraz zderzę, zaraz tego doznam na własnej skórze; ja zdjęty przerażeniem, że - o Jezusie Nazareński - to może być wszystko prawda, niestety.
I tak na długie tygodnie wylądowałem na wyspie. Na wyspie jest jedno miasto. Nieduże. Wielkości Skawiny; różnica taka, że to architektoniczna perełka. Średniowieczna, hanzeatycka, otoczona murami. Człowiek się czuje jak w pudełku wyłożonym jedwabiem. Na brzegi morza, które - wybaczcie, koledzy literaci - zmienia się jak w kalejdoskopie (teraz na przykład jest szarożółtawe, horyzontu nie widać, bo go skrywa mgiełka). Wiatr przygina drzewa do ziemi, huczy coś w powietrzu. Koniec opisów przyrody.
Pierwszy był sklep. Długie oglądanie. Chleb... no, nie wygląda jak chleb, ale to chleb. Sery. Puszki. Warzywa. Myślę: w innych sklepach będzie inaczej. Nie jest. Po pierwsze - jest tylko drugi supermarket, i trzeci, ale to już kawał za miastem. Coś mało tych sklepów, grzmię w duchu. Oglądam krytycznie, oczywiście, bo krytycznie zostałem nastawiony, porównuję sery, mięsa porównuję, makarony. Porównuję warzywa, zioła. Nawet ziemniaki porównuję. (Potem się okaże, że na całej Gotlandii są sklepy tylko dwóch firm, jedna spółdzielcza, Coop, druga prywatna, ICA. W każdej większej wiosce Coop po jednej, ICA po drugiej stronie szosy. Sprzedają to samo, w identycznych cenach).
Dopiero po paru dniach się złapałem na tym, że fałszywa nuta pobrzmiewa w moich porównaniach. Och, te wielkomiejskie zwyczaje, te przyzwyczajenia do rozrzutności: to jest maleńkie miasteczko, a na półkach francuskie sery, a kraby z Irlandii, a ryby zewsząd (a najwięcej stąd), a wołowina z Chile czy Argentyny (bo tańsza niż miejscowa), bo jagnięcina miejscowa, najlepsza, jaką sobie można wymarzyć. Więc sklepy to nie problem, sklepy to wręcz błogosławieństwo. Choć przyzwyczaić się bywa trudno - podpowiadam nieuważnym, że tu się zaczyna prawdziwe, pozytywne dla nas porównanie - do warzyw w plastiku, zawsze chłodzonych, bez zapachu. Owszem, u nas sprzedają takie same, w supermarketach. Jednak my mamy błogosławiony wybór, my sobie możemy pójść na targi, pogmerać w towarze, powąchać, poczuć, czy świeży. Tu, owszem, jest zawsze kolendra, owszem, sałata (w doniczce) - ale marchew kartonowa i trociniaste pory. Co mi po przyprawach z całego świata, jeśli po mięso nie mogę iść do rzeźnika? Bo nie ma rzeźnika; mówią mi: "był kiedyś, sam nie wiem, już nie pamiętam; ale chyba zamknęli". A targ? "O, targ był, nawet w tym roku, na święto miasta. Na całym rynku stali ludzie, rolnicy, sprzedawali wszystko, co uprawiają. Widziałeś kiedyś coś takiego?".
Więc się nie dziwcie, że w takich okolicznościach, przygwożdżony do muru przez kulturę czystą, schludną, protestancką, czuję się jak mysz w potrzasku. Jestem za tą obfitością, której w mieścinie doświadczają na co dzień; ale czegoś mi jednak brakuje, co nie byłoby opakowane, zważone z góry, poplasterkowane. Najłatwiej z rybą, bo ryba wspaniała - na przykład ten ich tutejszy strömming, śledź bałtycki, mały kuzyn atlantyckiego. Ale jeśli Szweda spytacie, to usłyszycie: "taaak, wspaniały, oczywiście; naturalnie, że wspaniały, ale to najtańsza ryba, co oczywiście nie znaczy..." (a co ma znaczyć: no, to jest tak, jakbyś się chwalił, że niezwykle ci smakują świńskie uszy i ścięgna). Wolą na co dzień pójść do knajpki, do restauracyjki, na lunch - lunch jest niedrogi, w cenie lunchu kawy dowolne ilości (piją, niech to zostanie powiedziane cichcem, kawę okropną w ilościach przemysłowych). Jedzą te ich köttbullar, klopsiki znane każdemu, kto był w sklepie IKEA; do kawy się raczą kanelbullar, bułeczkami cynamonowymi, i też ich lubią podjeść sobie dużo.
Najciekawsze rozmowy prowadzę o dwóch specjalnościach: Janssons frestelse, czyli zapiekanka z ziemniaków, cebuli, anchois i śmietany to rzecz pyszna, z tych naj-najprostszych, a jednak rozpływających się w ustach; drugi temat jest bardziej śliski. Kiszony śledź - tak samo kiszony, jaka nasza kapusta czy ogórki, albo rydze. Nazywa się to surströmming, i komentarze miejscowych są niezbyt przychylne. "Moja rodzina jest z północy, oni to jedzą, nie rozumiem czemu. Bo to śmierdzi jak zgniłe śmieci, nieeee, o wiele gorzej, bo smród śmieci się ulatnia, a to jest intensywne, tysiąc razy bardziej intensywne. Narodowe danie. Boże. To z tym nas kojarzycie?"
Weźcie też pod uwagę, że mają tu jeden (1) sklep alkoholowy, należący do państwowego Systembolaget, który "powstał z jednej przyczyny: aby zminimalizować problemy związane ze spożyciem alkoholu poprzez jego odpowiedzialną sprzedaż, nie zaś dla zysku". Koniec cytatu. Za dużo tej odpowiedzialności, za dużo pietruszki zapakowanej w plastik, zbyt wiele klopsików. Wracam do domu, utaplać się w swojszczyźnie. Aż znów zawyję, że mam dość.
- 5 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
12 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





