Zazie Bistro. Po francusku, nareszcie
09.10.2010
, aktualizacja: 10.10.2010 14:39
Powrót, cóż, powrót. Trzeba było wziąć głęboki oddech. Trzeba się było nachodzić ulicami. Zobaczyć, jak miasto wygląda (brudne, skapcaniałe). Znajomych spotkać.
ZOBACZ TAKŻE
- The Mexican. Jak to na Floriańskiej (29-10-10, 06:00)
- Trufla, grzyb szlachetny (22-10-10, 06:00)
- Mała Macedonia. Znikający przyczółek (15-10-10, 06:00)
- Szwecja. Z wyspy list w butelce (01-10-10, 00:26)
- Carlito. Było mi niebywale (24-09-10, 06:00)
- Ryba i co z niej wynika (17-09-10, 06:00)
SERWISY
Utaplać się trzeba było i unurzać, poznać na nowo z cioteczkami i z wujaszkami. A potem, a potem, szanowne czytelniczki, czytelnicy też szanowni, ale mniej rozmowni, trzeba się było rzucić do pełnienia obowiązków, do wizyt restauracyjnych i innych takich.
Były obowiązki, były. Bo nawet tam, skąd wracam, internet wypluwał liściki, telefon plumkał esemesami: "Byłeś?", "Widziałeś?", "Pójdź koniecznie", "Spróbuj", "Opisz". Na pewno, zapewniały jak jeden mąż wszystkie media, na pewno ci się niebywale spodoba w tym miejscu, bo sama właścicielka mówi (otrzymałem taką wiadomość, uwierzcie), że to miejsce jest świetne. Że warto tam chodzić. (I wiecie - albo się domyślacie - co myśli sobie wtedy człowiek: jeży się po prostu).
Poszedłem, oczywiście, bo jak mnie gonią, to idę. Poszedłem znów na Kazimierz, na (znów) ulicę Józefa, starając się odtworzyć w pamięci, co się tam dotąd na niewielkim fragmencie podziało. Fabryka Pizzy wygoniła Moment, upadłość wygoniła lokal Buena Vista. Moment z tego korzysta, zajmuje zwolnione miejsce. Lokal po Fabryce Pizzy zarasta lokalem Tanie Dranie, który to lokal nie daje jednak rady i szybko z gry wypada. Wreszcie pojawia się Zazie Bistro; i tam się właśnie udaję. Jeśli to dla was niezrozumiałe, to powiem inaczej - ul. Józefa 34. Bistro. Czyli francuskie. Zazie. Czyli na pewno francuskie. Wchodzimy.
W środku pełno. Zbliża się kelnerka w czerwonych szelkach (czyli po francusku ubrana). Ja pytam, czy miejsca jakieś wolne. Ona, że nie. Ja na to - kiedy wracać w takim razie? Ona na to oczętami przewraca, wzdycha, wyraźnie cierpiąca. Za godzinę? Nie wie; ale proszę wracać, tylko obiecać niczego nie mogę.
Wracamy po godzinie spędzonej po sąsiedzku, w Chederze, miejsca czekają, zniknęły bez śladu wzdychania. (Na przyszłość: łatwiej po prostu powiedzieć: "Przepraszam, w tej chwili wszystkie miejsca są zajęte. Po drugiej stronie ulicy jest Cheder - można się napić kawy albo herbaty, zawołamy, jak się coś zwolni"). Siadamy; jednym okiem kartę oglądam, drugim lustruję wnętrze. We wnętrzu zegary, nieodzowna markiza (Francja), plakaty jakieś zreprodukowane, zdaje się, że Folies Bergere czy coś w tym stylu (Francja! Paryż!), na całą ścianę wieża Eiffela (Paryż); jak się można domyślać, w tle przeboje lat minionych, francuskie oczywiście, w tym nieodzowny "Gigi l'Amoroso", przebój roku 1974, niedościgniony wzorzec piosenkarskiego głupstwa w wykonaniu Dalidy. Takiego natężenia Francji we Francji ze świecą szukać.
I zaczęło się wielkie jedzenie. Wielki plus Zazie jest taki, ze można sobie skomponować zestawy - zestawy bardzo niedrogie, jeśli wziąć pod uwagę ich skład: zupa albo przystawka, drugie i deser za 35 zł. Rzucaliśmy się kolejno na suflet z dwoma serami, puszysty, delikatny; do tego stopnia dający do myślenia, że aż zostaliśmy poczęstowani historią o pewnej babci, która w wieku podeszłym uwolniona od męża, miłośnika polskiej tradycji, zaczęła piec suflety właśnie i robić guacamole (piękna historia, przyznacie; z samego jedzenia sufletu się komuś wysnuła). Spróbowaliśmy pasztetu paryskiego, muślinowego, aksamitnego, w tłuszczowym lukrze, ze śliwkami moczonymi w armaniaku - na ten pasztet warto się zasadzić, objeść się nim na zapas, bo a nuż zabraknie. Pochłonęliśmy wątróbkę cielęcą z porto i figami - i wątróbka była doskonała, słodkawa i wątróbkowa (tylko figi suszone ciut za twarde - myślę, że to się da dopracować). Zjedliśmy też zupę cebulową, ale była właściwie deserowa, bo za słodka; a ona w naturze, owszem, jest lekko słodkawa, bo się cebula długo karmelizuje; ale to w gruncie rzeczy ma być szorstka chłopka, wieśniaczka, rozgrzewającą w zimne dni.
Po daniach pierwszych potoczyliśmy po sobie wzrokiem, a w oczach naszych czaiło się pytanie, to samo pytanie, które porucznik Hans Landa zadał Shosannie Dreyfus w "Bękartach wojny": "Verdict?" - pytaliśmy się nawzajem. Ano, werdykt był taki, żeśmy byli zadowoleni, a niektórzy byli zadowoleni bardziej. Bogatsi o tę wiedzę ruszyliśmy na dania drugie. Coq au vin, kura w winie (choć w tytule jest kogut) to danie, w którym tytułowe mięso jest najpierw marynowane, a potem pieczone w porządnej winnej kąpieli, z dodatkami oczywiście. Rezultat zazwyczaj jest miękki, aromatyczny, winem przepojony. W Zazie dostaliśmy zwykłego kurczaka - sos był jak najbardziej fachowy, dobry, ale różnica między kurczakiem klatkowym a kurczakiem po prostu jest gigantyczna; do tego bagietka, którą można sobie było maczać, całkiem przyjemnie. O wiele lepszy był boeuf bourguignon - a więc wołowina przygotowana na podobny sposób, marynowana i pieczona w winie. Miękka, rozpadająca się niemal, pełna aromatu, no, takie całą gębą chłopskie jedzenie - a do tego zapiekanka z ziemniaków (dowód na to, że ci perwersyjni Francuzi nawet o ziemniakach myślą dużo bardziej finezyjnie niż my). Nie będę się krył: zeżarliśmy ślimaki, w czosnkowym maśle, tłuszcz był do wylizania, do wyżarcia do ostatniej kropli. Łapczywie wykończyliśmy desery, czyli słodkie tarty - z ciemną czekoladą, gruszkami i kasztanami, potem owocową, na koniec tarte Tatin z lodami. Smakowało.
No i ca ja mam powiedzieć? Troszkę za dużo oznak francuskości, jak dla mnie (wiecie, to jak z tymi greckimi tawernami, gdzie i Nike z Samotraki zupełnie jak prawdziwa, i Partenon pięknie wymalowany na ścianie); ale nareszcie, nareszcie jest w naszym mieście miejsce, gdzie po francusku można zjeść na co dzień. Bo Zazie jest na każdą kieszeń. Są niedoróbki, zgoda, ale udzielam kredytu. Nie wszystko, co zjadłem, było doskonałe - ale to, co było dobre, było naprawdę dobre. Więc idźcie, ludzie, do Zazie, i wołowinę po burgundzku sobie zamówcie, podjedzcie sobie pasztetu; a jak poprosicie, to może jednak Dalida nie zaśpiewa wam pieśni o pięknym Gigi z miasteczka koło Neapolu...
Zazie Bistro
Cztery osoby zjadły (z butelką wina) za 237 zł. I większość wyszła zadowolona.
Na tablicy jak byk napisano "Soup du jour", czyli "zup" dnia; bo po francusku "zupa" pisze się "soupe".
Były obowiązki, były. Bo nawet tam, skąd wracam, internet wypluwał liściki, telefon plumkał esemesami: "Byłeś?", "Widziałeś?", "Pójdź koniecznie", "Spróbuj", "Opisz". Na pewno, zapewniały jak jeden mąż wszystkie media, na pewno ci się niebywale spodoba w tym miejscu, bo sama właścicielka mówi (otrzymałem taką wiadomość, uwierzcie), że to miejsce jest świetne. Że warto tam chodzić. (I wiecie - albo się domyślacie - co myśli sobie wtedy człowiek: jeży się po prostu).
Poszedłem, oczywiście, bo jak mnie gonią, to idę. Poszedłem znów na Kazimierz, na (znów) ulicę Józefa, starając się odtworzyć w pamięci, co się tam dotąd na niewielkim fragmencie podziało. Fabryka Pizzy wygoniła Moment, upadłość wygoniła lokal Buena Vista. Moment z tego korzysta, zajmuje zwolnione miejsce. Lokal po Fabryce Pizzy zarasta lokalem Tanie Dranie, który to lokal nie daje jednak rady i szybko z gry wypada. Wreszcie pojawia się Zazie Bistro; i tam się właśnie udaję. Jeśli to dla was niezrozumiałe, to powiem inaczej - ul. Józefa 34. Bistro. Czyli francuskie. Zazie. Czyli na pewno francuskie. Wchodzimy.
W środku pełno. Zbliża się kelnerka w czerwonych szelkach (czyli po francusku ubrana). Ja pytam, czy miejsca jakieś wolne. Ona, że nie. Ja na to - kiedy wracać w takim razie? Ona na to oczętami przewraca, wzdycha, wyraźnie cierpiąca. Za godzinę? Nie wie; ale proszę wracać, tylko obiecać niczego nie mogę.
Wracamy po godzinie spędzonej po sąsiedzku, w Chederze, miejsca czekają, zniknęły bez śladu wzdychania. (Na przyszłość: łatwiej po prostu powiedzieć: "Przepraszam, w tej chwili wszystkie miejsca są zajęte. Po drugiej stronie ulicy jest Cheder - można się napić kawy albo herbaty, zawołamy, jak się coś zwolni"). Siadamy; jednym okiem kartę oglądam, drugim lustruję wnętrze. We wnętrzu zegary, nieodzowna markiza (Francja), plakaty jakieś zreprodukowane, zdaje się, że Folies Bergere czy coś w tym stylu (Francja! Paryż!), na całą ścianę wieża Eiffela (Paryż); jak się można domyślać, w tle przeboje lat minionych, francuskie oczywiście, w tym nieodzowny "Gigi l'Amoroso", przebój roku 1974, niedościgniony wzorzec piosenkarskiego głupstwa w wykonaniu Dalidy. Takiego natężenia Francji we Francji ze świecą szukać.
I zaczęło się wielkie jedzenie. Wielki plus Zazie jest taki, ze można sobie skomponować zestawy - zestawy bardzo niedrogie, jeśli wziąć pod uwagę ich skład: zupa albo przystawka, drugie i deser za 35 zł. Rzucaliśmy się kolejno na suflet z dwoma serami, puszysty, delikatny; do tego stopnia dający do myślenia, że aż zostaliśmy poczęstowani historią o pewnej babci, która w wieku podeszłym uwolniona od męża, miłośnika polskiej tradycji, zaczęła piec suflety właśnie i robić guacamole (piękna historia, przyznacie; z samego jedzenia sufletu się komuś wysnuła). Spróbowaliśmy pasztetu paryskiego, muślinowego, aksamitnego, w tłuszczowym lukrze, ze śliwkami moczonymi w armaniaku - na ten pasztet warto się zasadzić, objeść się nim na zapas, bo a nuż zabraknie. Pochłonęliśmy wątróbkę cielęcą z porto i figami - i wątróbka była doskonała, słodkawa i wątróbkowa (tylko figi suszone ciut za twarde - myślę, że to się da dopracować). Zjedliśmy też zupę cebulową, ale była właściwie deserowa, bo za słodka; a ona w naturze, owszem, jest lekko słodkawa, bo się cebula długo karmelizuje; ale to w gruncie rzeczy ma być szorstka chłopka, wieśniaczka, rozgrzewającą w zimne dni.
Po daniach pierwszych potoczyliśmy po sobie wzrokiem, a w oczach naszych czaiło się pytanie, to samo pytanie, które porucznik Hans Landa zadał Shosannie Dreyfus w "Bękartach wojny": "Verdict?" - pytaliśmy się nawzajem. Ano, werdykt był taki, żeśmy byli zadowoleni, a niektórzy byli zadowoleni bardziej. Bogatsi o tę wiedzę ruszyliśmy na dania drugie. Coq au vin, kura w winie (choć w tytule jest kogut) to danie, w którym tytułowe mięso jest najpierw marynowane, a potem pieczone w porządnej winnej kąpieli, z dodatkami oczywiście. Rezultat zazwyczaj jest miękki, aromatyczny, winem przepojony. W Zazie dostaliśmy zwykłego kurczaka - sos był jak najbardziej fachowy, dobry, ale różnica między kurczakiem klatkowym a kurczakiem po prostu jest gigantyczna; do tego bagietka, którą można sobie było maczać, całkiem przyjemnie. O wiele lepszy był boeuf bourguignon - a więc wołowina przygotowana na podobny sposób, marynowana i pieczona w winie. Miękka, rozpadająca się niemal, pełna aromatu, no, takie całą gębą chłopskie jedzenie - a do tego zapiekanka z ziemniaków (dowód na to, że ci perwersyjni Francuzi nawet o ziemniakach myślą dużo bardziej finezyjnie niż my). Nie będę się krył: zeżarliśmy ślimaki, w czosnkowym maśle, tłuszcz był do wylizania, do wyżarcia do ostatniej kropli. Łapczywie wykończyliśmy desery, czyli słodkie tarty - z ciemną czekoladą, gruszkami i kasztanami, potem owocową, na koniec tarte Tatin z lodami. Smakowało.
No i ca ja mam powiedzieć? Troszkę za dużo oznak francuskości, jak dla mnie (wiecie, to jak z tymi greckimi tawernami, gdzie i Nike z Samotraki zupełnie jak prawdziwa, i Partenon pięknie wymalowany na ścianie); ale nareszcie, nareszcie jest w naszym mieście miejsce, gdzie po francusku można zjeść na co dzień. Bo Zazie jest na każdą kieszeń. Są niedoróbki, zgoda, ale udzielam kredytu. Nie wszystko, co zjadłem, było doskonałe - ale to, co było dobre, było naprawdę dobre. Więc idźcie, ludzie, do Zazie, i wołowinę po burgundzku sobie zamówcie, podjedzcie sobie pasztetu; a jak poprosicie, to może jednak Dalida nie zaśpiewa wam pieśni o pięknym Gigi z miasteczka koło Neapolu...
Zazie Bistro
Cztery osoby zjadły (z butelką wina) za 237 zł. I większość wyszła zadowolona.
Na tablicy jak byk napisano "Soup du jour", czyli "zup" dnia; bo po francusku "zupa" pisze się "soupe".
- 18 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
19 głosów
-
Zazie Bistro. Po francusku, nareszcie
jop
22.10.10, 12:03
Byliśmy, przetestowaliśmy już 2 x. Wrażenia ogólne: jest dobrze, bardzo dobrze, a stosunek jakości do ceny wręcz rewelacyjny.Konkrety:1. Boeuf bourguignon - rewelacja, doskonale zamarynowane»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





