Trufla, grzyb szlachetny

Wojciech Nowicki
22.10.2010 , aktualizacja: 24.10.2010 14:40
A A A Drukuj
Kiedy byłem za granicą, pani Maja (daruję sobie dokładniejsze opisy, bo ma męża i dzieci) pisała mściwie: "Och, my właśnie z moim mężem, tym słynnym prozaikiem, zjedliśmy genialnie. I tanio. I w ogóle w tej knajpie jest inaczej, i w ogóle nie wiem, jak w naszym mieście to możliwie" (a potem przez długi czas się ze mną bawiła w kotka i myszkę, i adresu ani nazwy podać nie chciała).

Teraz wiem: Trufla, ul. św. Tomasza. Żeby było śmieszniej - niemal drzwi w drzwi z inną włoską knajpą, z klasyczną już restauracją Del Papa; i na zgliszczach ohydnej, pseudochińskiej mordowni, w miejscu, gdzie dawniej spożycie obiadu groziło zatruciem pokarmowym, a śmierdzące ubrania trzeba było wrzucić do Wisły (a jak nie, to goniły za człowiekiem krakowskie zwierzęta domowe, psy, koty i szczury). W takim miejscu zrobić biznes restauracyjny to jest wielka odwaga.

Widać, że w nowym lokalu zrobiono wszystko, naprawdę wszystko, żeby od wspomnień o poprzednikach uciec jak najdalej. Co mi się w Tufli na pierwszy rzut oka spodobało najbardziej to to, że jest biało i nie ma jakichś idiotycznych nawiązań do tzw. kwintesencji włoskości - czyli tak, jak ową kwintesencję pojmuje przeciętny obywatel niegubernialnego miasta. Brak tych wszystkich gadżetów, murków na słoneczny, italski kolor pomalowanych; nie ma, no, nie ma tego wszystkiego, co jest prawie wszędzie. Klarownie jest. Z nowoczesnym barem. Z małymi stoliczkami, ale nie w ciasnocie. Z widokiem na otwartą kuchnię (a kuchnia otwarta to zawsze dodatkowy spektakl i wiara, że będzie dobrze, bo przecież wszystko mamy na widoku). Bez żadnych tam fiu-bździu. No, parę sztucznych grzybków stoi na półeczce; no, jakieś zdjęcia wiszą, ale wiszą nienachalnie; dominuje zaś wielka lampa ażurowa, i ten widok wspaniały na otwartą kuchnię. Który to widok za każdym razem pochłaniam, i wszystkim czytelnikom do pochłaniania polecam.

Postanowiliśmy spróbować bruschetty z kozim serem i kurkami. Przyjemne w jedzeniu, bo chrupiące, z kurkami o świetnej, zwartej konsystencji - tylko ser nie ten, bo to jakiś pasteryzowany kozi ser pleśniowy, on nie ma tego oddechu koziego, tej koziej urody, jaka się wydobywa z serów dojrzalszych i niepasteryzowanych. Nieważne. Rzecz w tym, że trzy pięknie podane kromeczki kosztują piątkę. To jest cena wejścia do miejsca, w którym chciałoby się siedzieć dłużej, które nadaje się do popijania wina i gapienia się w oczy też dobre, nadaje się na lunch i na kolacyjki. Do zażywania przyjemności jest dobre, ot co. (Innym znów razem jedliśmy bruschetty ze szpinakiem. I wierzcie lub nie, nie miałem im nawet za złe, że są takie delikatno-delikatne, bezczosnkowe. Tym bardziej nie miałem, że to był poranek, i te bruschetty jadłem sobie z kawą na śniadanie; bo śniadań w Trufli póki co nie mają).

Spróbowałem zupy chili (mała porcja), rozgrzewającego eintopfu tex-mex, całkiem smacznego, sycącego, z bagietką do dopchnięcia. Wypatrzyłem, że mają w Trufli zupę dnia, czyli coś zmiennego - lubię takie zmienne elementy, wprowadzają element życia. Potem znów się rozglądaliśmy (ja wciąż z pamięcią tamtej nory, i z niedowierzaniem, że jakieś miejsce może się zmienić aż tak), potem rozmowa sobie płynęła dość szeroką strugą (i stwierdziliśmy przy okazji, że jest to miejsce do rozmów dobre); aż nadeszły dania główne. Mięsne. Bo byliśmy w mięsożernym nastroju.

Jedno było wieprzowe - polędwica wieprzowa z pieczarkami w sosie truflowym. Plasterki chudej wieprzowiny (to niewiarygodne, myślę sobie, jak się na naszych oczach zmienia wieprzowina. Ona jest teraz bliższa indyczemu mięsu niż tłustej świninie z lat dawnych), dookoła sos śmietanowy, a jakże, z pieczarkami, z aromatem truflowym - bo użyto truflowej oliwy. I nie powiem złego słowa na ten sos; nie był wybitny, no bo te pieczarki - a ileż można jeść pieczarek w naszym kraju? Kraju, w którym pieczarki zastępowały, a często wciąż zastępują niemal wszystko? Jednak chytry zabieg, ta odrobina oliwy truflowej, zmienia wszystko radykalnie. Jest lepiej, po prostu. Dobrze jest. I do tego żarłocznie zamówiłem sobie zapiekane ziemniaczki z rozmarynem, i świetne były, soczyste, aromatyczne, na swoim miejscu. W gruncie rzeczy trudno się było tego spodziewać, ale był to talerz bardzo bogaty w zapachy.

Po drugiej stronie stolika moje wierne towarzystwo walczyło z polędwicą wołową z prawdziwkami (tak się nazywa to danie). Prawdziwki niezwykle przypominały sos pieczarkowy. Okazało się nawet, że to żadne tam podobieństwo, tylko tożsamość: tu i tu są pieczarki, jest i śmietana po obu stronach stolika. Pojawia się także kłopot natury estetycznej (a jedzenie jest w wielkiej mierze estetycznym właśnie doświadczeniem): rozkrójcie, drogie czytelniczki, taką polędwicę krwistą na talerzu pełnym śmietanowego sosu, a zobaczycie, co się stanie. Doznanie wzrokowe niezbyt przyjemne, zapewniam. Jednak mięso świetne, spory kawałek, do tego bagietka - i w sumie wielka radość, aż się wymienialiśmy mięsami, dodatkami, i było nam dobrze po prostu. Na tyle dobrze, żeśmy zjedli deser - tartę czekoladową, rozpadającą się na drobne kawałki, ale mocną w smaku, skondensowaną, w sam raz pod espresso; i trufle, tytułowe trufle czekoladowe, niewielkie, ale dynamitowo mocne.

Z tego wszystkiego wróciliśmy pewnego ranka, no, niezbyt może już wcześnie, ale wiecie same, wiecie sami, jak to jest: zanim się człowiek zwlecze, zanim się utrefi... Słowem, jedliśmy bruschetty, piliśmy kawę, a w restauracji po prostu brakowało energii. To się widziało z daleka. Kelner wyszedł po kurczaka do sklepu. Wiem, bo przyszedł po jakimś czasie z reklamówką pełną mięsa. Obsługiwała właścicielka (to sobie akurat cenię); tylko jakoś wigoru nie było. Dostawca wrzeszczał do telefonu, a nie po to się przychodzi do knajpy, żeby wysłuchiwać o problemach z makaronem.

Jednak mam wiarę, że się w Trufli podciągną w tych szczegółach, które jeszcze wymagają dopracowania. A dla jedzenia, dla przyjemności siedzenia warto tam przychodzić od razu - tym bardziej, że to knajpa niezbyt niedroga.

Trufla, ul. św. Tomasza 2

Kolacyjka we dwoje (obfita, z najdroższymi daniami z karty) 103 zł.

Podziel się

  • 10 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

  • Re: Wielkie żarcie Nowickiego. Trufla, grzyb szla jop 24.10.10, 19:29

    Khem, jak dla kogoś stówka za wypaśną kolację dla dwóch osób to dużo, to polecam założenie sobie forum "Tanie jadłodajnie, bary mleczne, grill-bary dla tirowców i dzisiejsza propozycja »

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu