Tour de Pologne, etap I. Jak w telewizji

Wojciech Nowicki
03.12.2010 , aktualizacja: 06.02.2011 17:37
A A A Drukuj
Historia jest tym razem pełna gwałtownych zwrotów, przerażających obrazów, prozy życia, wielkoświatowych sytuacji i tzw. mięsa. Chociaż początek, jak zwykle bywa, jest bardzo prosty.

Wracałem właśnie z Muzeum Etnograficznego, głodny jak cholera. A wokół żadnego miejsca podniecającego, nowego. Stałem z komórką wetkniętą do ucha, kiedy coś dostrzegłem, aż mi mowę odjęło. Zarejestrowałem jakąś zmianę, tylko nie wiedziałem jaką. Po chwili przyszło otrzeźwienie: obok warzywniaka jest restauracja; byłem w niej w zeszłym roku (wnioskami podzieliłem się w tekście "Jadłem jak Cupiał"). Miejsce nazywa się Paroles, Paroles; właściwie - nazywało się, bo nowa nazwa brzmi Przekąski (czy raczej PrzeKąski).

Czuły jestem na takie fale: głód, knajpa nowa, na dodatek pod nosem. Po sekundzie byłem w środku, już się cieszyłem przyszłym obiadem. Szkoda, pomyślałem sobie, że ci nowi właściciele ponawieszali jakiegoś badziewia po ścianach; że wnętrze ascetyczne i przemyślane ktoś ozdobił obwarzankami na tasiemkach, lustrami w czerwonej ramie, że powtykał kwiecie słonecznika w mur z kamienia i drucianej siatki (to jest jak oleodruk zamiast Mondriana). Ze stołów znikły serwety, zastąpił je papier. Ale za to przy tych stołach - i to była największa zmiana - siedzieli ludzie.

Rzecz się łatwo tłumaczy. Menu uległo drastycznej zmianie. Nazwy rodem z Fabryki Pizzy, i dużo przekąsek, tanich i dziwnie podobnych do propozycji Przekąsek Zakąsek. Pożarłem tatar - a w duchu się cieszyłem, że ktoś tatar podaje. Malutki był, ale dobry, z przyprawami polskimi, kminkiem, cebulą, papryką, ogórkiem, pieczarkami w occie. Potem barszcz; w karcie towarzyszy mu adnotacja "sami kisimy": może to i prawda, ale dodają tyle goździków, że smakuje jak grzaniec. Na koniec maczanka po krakowsku: bułka rozcięta, sos z pieczenia, dwa plastry delikatnej pieczeni wieprzowej. Bardzo smaczne danie; szkoda tylko, że takie malutkie. Obok mnie siedzieli dżentelmeni w wieku średnim plus, już zdążyli odkryć, co tu się święci: pili tanią wódkę, zakąszali piwem, tatarem i meduzą. Wychodziłem najedzony, gotów darować ten barszcz nieudany, lżejszy ledwie o 35 złotych. Oni zostali i pili.

Wróciłem w dwa dni później, już w większej grupie. Obsługa latała z obłędem w oczach, znikąd donikąd. Panował, trudno to ująć inaczej, straszliwy burdel. Facet za moimi plecami nadawał do telefonu: "Stary, jestem w tej restauracji, co u Gesslerowej była w programie. Wystrój jest debest, no byś nie uwierzył. Totalnie nie wierzę, co się tu dzieje, ludzie przychodzą, a oni nikogo nie obsługują. No nie wierzę. Dramat. Godzinę tu siedzę i nic się nie dzieje. A, i potrzebuję trzydziestu modelek na przyszły tydzień. Cześć". A we mnie jakby piorun strzelił: tu była sama Gesslerowa, furia przebrana za Barbapapę! O Boże! Jestem prawie jak w telewizji, i ci wszyscy ludzie tu siedzą nie dlatego przecież, że im ciocia powiedziała, że mają w Przekąskach smaczne maczanki - tylko widzieli w swoich odbiornikach Madam Gessler. I nie ma żadnych nowych właścicieli, tylko jest oko i ręka bezbłędna, zamieniająca każdą przestrzeń w amerykański sen o przytulności.

Dojrzałem wtedy, że każdy się na swoim miejscu wierci, czekając, aż zostanie obsłużony; a obsługa leciała gdzieś i miała ważniejsze sprawy na głowie. W końcu przyszło do zamówienia, w końcu przyszło do jedzenia - jednego maluśkiego jedzenia, bo z trzech przystawek dostaliśmy jedną. Był to "bardzodobry śledź" w śmietanie, z jabłkiem i cebulą. Śledź ów miał konsystencję ścierki, śmietana była rzadka i słodka, i ogólnie rzecz ujmując - smaku w tym nie było żadnego, za to doznania powiązane z konsystencją bardzo dojmujące. Potem nadszedł tatar, zimny, ale wciąż dobry; potem żurek z jajkiem, kiełbasą i ziemniakami - tłusty, bez wyrazu, a ziemniaki w nim pływały na wpół surowe. Żeby podkreślić chamskie pochodzenie tego wspaniałego dania, podano je w pękniętym, wyszczerbionym naczyniu.

Potem nic. Potem nadeszły, ni z gruchy, ni z pietruchy, placuszki ziemniaczane, sztuk dwie, wielkości opłatka; nawet dość smaczne, tylko lekko nadpalone. Po plackach coś się zacięło. Kuchnia przestała cokolwiek wypluwać. Ale że przyroda próżni nie znosi, to znów się uruchomił facet za moimi plecami. Nie chciał jeść swojego dania, marudził, coś tam sobie wyjaśniał ze swoją towarzyszką, w końcu wezwał kelnerkę. Zreferował, że jego kawałek mięsa jest z jednej strony spalony, z drugiej surowy, że obsługa do dupy i na wszystko się czeka i że to w ogóle nie najlepiej wróży. Rachunek został mu darowany, nieszczęśnik sobie poszedł, zapewne głodny i wkurzony. A ja po chwili dostałem to samo danie, które on przed chwilą omawiał: schab z kością na kapuście. Brzegi schabu były czarne i zalatywały spalenizną - ale przynajmniej moje mięso, chwaliłem los w duchu - było usmażone, i przez to pod względem sanitarnym do konsumpcji zdatne. Myliłem się, niestety. Było surowe jak świnia, którą rzeźnik ledwie rozpruł na swoim haku; było różowe jak suknia pani Gessler. Leżała przede mną najprawdziwsza, nienadająca się do konsumpcji surowa świnina. Towarzyszyły jej ziemniaki po krakowsku - półsurowe, utaplane w czerwonym od papryki oleju; świństwo jeszcze większe niż surowe mięso.

Kelnerka niczemu się nie dziwiła, schabu do rachunku nie policzyła. "Kucharz coś ma dziś taki dzień" - bąknęła. Zresztą - czemu tu się dziwić? W tej restauracji wszyscy mieli o coś pretensje. Ktoś chleba nie dostał. Jak dostał chleb, nie dostał masła. Komuś pominięto zupę, komu innemu drugie. Nawet toaleta, niegdyś wypieszczona, teraz była nędzna, zarzucona mokrym papierem.

Więc wróciłem do domu, odpaliłem kompa, obejrzałem sobie odcineczek o przeróbce tego lokalu. Ujrzałem, jak na pięknym otwarciu cała tutejsza socjeta zajada z ręki Gesslerzycy, i zapłakałem gorzko. Sic transit etc., etc.

W następnych tygodniach kolejne etapy Tour de Pologne, przejażdżki po polskim jedzeniu.

Ancora. A niech to gęś >>



Podziel się

  • 10 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

  • Wielkie żarcie Nowickiego. Tour de Pologne, etap I jop 06.12.10, 15:02

    O, czyżby kolejna rewolucja Gesslerowej nieudana z powodu nieudacznictwa właścicieli, którym podsunięto niezły pomysł, napędzono reklamą w programie tłumy ludzi do krajpy, a oni to »

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu