Sempre Bracka. Drzwi w drzwi
24.12.2010
, aktualizacja: 06.02.2011 17:35
Ulica Bracka. Blisko domu. Często bywam. Wiem, kto tamtędy chadza, znam twarze; wiem, kto mi odpowie na "dzień dobry", a kto się odwróci na wszelki wypadek. Myślałem, że o tym kawałku miasta wiem wszystko (no, prawie). Nadmiar zaufania we własną wiedzę, jak się okazało: nic nie wiem.
Powiedział mi kolega, wskazując paluchem w bramę między dwiema Prowincjami, „a pan wie, co tam jest?”. No, restauracja tam jest przecież, odpowiedziałem na to pytanie zgodnie z prawdą, Sempre Bracka się nazywa. „Eee - powiedział zawiedziony, ale i dumny przecież z tego, że wie ode mnie więcej - tam się mieści klub »Gazety Polskiej «. W tej restauracji. Tam się zbierają regularnie”.
Zostało natychmiast umówione, że się spotkamy następnego dnia, że do Sempre Bracka pójdziemy we dwóch; że zbadamy, jak żyje nasza prawica. We dwóch, bo we dwóch raźniej; no i skoro prezydent Majchrowski może mieć doradcę politycznego, to ja też mogę, żeby mi wskazywał drogę, kiedy zbłądzę. Bo kto bogatemu zabroni?
Restauracja mieści się na pierwszym piętrze, po prawej. Przyszliśmy, a tu niemal pusto, jakiś młody pan siedział pod ścianą, jakaś para w innej sali, a dokoła hektary bez żywej duszy. Usiedliśmy w sali z panem, dostaliśmy jadłospisy. Rzucaliśmy okiem to na wystrój (restauracyjny wystrój może nie najpiękniejszy, ale co tam, da się przeżyć), to na budynki po drugiej stronie ulicy. Na tyle długo rzucaliśmy, że pan spod ściany sobie poszedł, zostaliśmy sami. I kiedy już-już miało dojść do zamawiania, przyszła przemiła kelnerka, cała w uśmiechach, i zaprosiła nas do przejścia do sali obok. Bo, powiedziała, jest rezerwacja, została jeszcze prawie godzina, ale nie chciała, żeby ktoś nam przeszkadzał. Jak poprosiła, tak uczyniliśmy.
Zamówiliśmy dania i daliśmy upust żalowi. Bo przyszliśmy spotkać wszystkie te persony, które są zapisane w księdze pamiątkowej lokalu - Antoniego Macierewicza ("z serdecznymi podziękowaniami i pozdrowieniami za gościnę"), Pawła Kowala ("Bóg zapłać Sempre Brackiej!"), Beaty Kempy, etc., etc. - a tu, niestety, żywej duszy. Nawet najskromniejszego spotkania opłatkowego Krakowskiego Klubu "Gazety Polskiej", no nic po prostu. Żaliliśmy się tak nad swoim losem, a czasu mieliśmy w bród: bo zanim nadeszły pierwsze dania, minęła prawie godzina.
Mój towarzysz dostał żurek z wędzonką i jajkiem, pochłaniał zadowolony. Spróbowałem - dobry, ciemny, żurowy. Nad tym żurem dyskutowaliśmy o polskiej klasyce, o tym, że nędzna bywa i zawsze człowiek zadowolony, kiedy spotka coś porządnego. Ja wziąłem ozorek cielęcy na cieniutkie plasterki pokrojony, ułożony zgrabnie na kopczyku majonezowej sałatki ziemniaczanej; w ten kopczyk były jeszcze wetknięte najdrobniejsze listki sałaty rzymskiej, jasnozieloniutkie, chrupiące. Bardzo dobre danie, proste i dające skomponowane zgrabnie, nie mieliśmy żadnych wątpliwości; i ozorek do tego przedni. Nasza dyskusja przeszła więc natychmiast na kulinarne gusta Klubu "Gazety Polskiej". Dobrze mają, jęczeliśmy, ślicznie. Pławią się w kuchni dobrej, na luzie, z widokiem na Bracką. No i na takie ozorki bym do nich wracał, mówiłem namiętnie, może tylko za drugim razem posłałbym kucharzowi słówko, że dużo oliwy leje po wierzchu; ale za trzecim razem, kto wie, może bym się skusił na dyskusję?
Kiedy tak rozmawialiśmy, kelnerka postawiła nam na stole dania drugie. Mój przyjaciel wziął polędwiczki wieprzowe z polentą i fasolką szparagową, bo tamtego dnia miał gust na wieprzowinę. Sos pieczeniowy oblewał te polędwiczki z góry, choć przecież był zapiekane w boczku i takie zalanie sosem im wcale nie służy. Jednak miało sens, bo skrywało bladość mięsa, jego podgrzewanie, jego - niestety - bylejakość. Polędwiczki jak polędwiczki, przepis podstawowy; ale ten sos od razu wydał się nam podejrzany. Konsystencję miał nienaturalną, jakby nie z kuchni pochodził, a z koncentratu; i było go zdecydowanie za dużo. Polenta zaś od początku do końca fatalna, o dziwacznym posmaku, jakby cynamonu do niej dosypano, a może czegoś chemicznego.
Ja wziąłem kaczkę na purée jabłkowym, z ziemniakami i czarną porzeczką. Kaczka, tak jak polędwiczki wieprzowe zresztą, jest znakomitym testem na umiejętności kucharza. Mojej kaczki trzeba się było domyślać, bo calusieńka była zalana sosem (i znów ten sos podejrzany, nienaturalny). Myślałby kto: nie wiedzieć po co. Jasne, że wiadomo. Po to mianowicie, żeby ukryć, jak niewiele jest warta, jak bardzo smakuje odgrzewaną kaczką, taką kaczką o miękkiej skórze, rozpulchnionej, jakby była gotowana, a nie pieczona. Jabłka, ziemniaki, wszystko sosem zaplamione, wszystko o smaku sosu - a na pocieszenie kilka rozmrożonych porzeczek.
W tym czasie zaczął się w sąsiedniej sali wielki tumult. Damy w kapeluszach i czapkach i dżentelmeni (w tym jeden chyba w bryczesach) przemieszczali się między stolikami. Znosili zewsząd krzesła i fotele, żeby usiąść naprzeciw stołu prezydialnego; na ciasteczka nawet nie rzucili okiem, tak byli zaaferowani zbliżającym się spotkaniem. Bo było spotkanie! Już nadchodził prof. Andrzej Nowak, już Klub "Gazety Polskiej" ożywał, a my jeszcze dojadaliśmy wieprzka, jeszcze dogryzaliśmy kacze kosteczki.
Wyszliśmy zawiedzeni - dlatego głównie, że mogło się zdarzyć coś wielkiego. A tu klapa, niestety: wielkie zadowolenie wzbudziła jedna tylko przystawka, a to zdecydowanie za mało, nawet jak na klubową knajpę. Szliśmy Bracką, mój doradca snuł obrazy: niech no pan popatrzy, dwie knajpy całkowicie różne tuż obok siebie! Tu Nowa Prowincja, miejsce poniekąd lewackie, nawiedzane przez noblistkę (a ona wiadomo jakie ma korzenie, wiadomo, kogo chwaliła); a na pierwszym piętrze gniazdo prawicy, Macierewicz Antoni zjada zupki, kotleciki zamawia. I tylko brama dzieli te dwa lokale, a przecież dzieli je wszystko. W Sempre Bracka ten rodzaj pań, które nie zdejmą futrzanej czapki nawet pod przymusem, w Prowincji zaś młodzieńcy skorzy do wszystkiego i młode panie, dzikie, zarośnięte dredem. Paweł i Gaweł, szanowne, szanowni.
A więc to możliwe! Czego i Wam życzę.
Zostało natychmiast umówione, że się spotkamy następnego dnia, że do Sempre Bracka pójdziemy we dwóch; że zbadamy, jak żyje nasza prawica. We dwóch, bo we dwóch raźniej; no i skoro prezydent Majchrowski może mieć doradcę politycznego, to ja też mogę, żeby mi wskazywał drogę, kiedy zbłądzę. Bo kto bogatemu zabroni?
Restauracja mieści się na pierwszym piętrze, po prawej. Przyszliśmy, a tu niemal pusto, jakiś młody pan siedział pod ścianą, jakaś para w innej sali, a dokoła hektary bez żywej duszy. Usiedliśmy w sali z panem, dostaliśmy jadłospisy. Rzucaliśmy okiem to na wystrój (restauracyjny wystrój może nie najpiękniejszy, ale co tam, da się przeżyć), to na budynki po drugiej stronie ulicy. Na tyle długo rzucaliśmy, że pan spod ściany sobie poszedł, zostaliśmy sami. I kiedy już-już miało dojść do zamawiania, przyszła przemiła kelnerka, cała w uśmiechach, i zaprosiła nas do przejścia do sali obok. Bo, powiedziała, jest rezerwacja, została jeszcze prawie godzina, ale nie chciała, żeby ktoś nam przeszkadzał. Jak poprosiła, tak uczyniliśmy.
Zamówiliśmy dania i daliśmy upust żalowi. Bo przyszliśmy spotkać wszystkie te persony, które są zapisane w księdze pamiątkowej lokalu - Antoniego Macierewicza ("z serdecznymi podziękowaniami i pozdrowieniami za gościnę"), Pawła Kowala ("Bóg zapłać Sempre Brackiej!"), Beaty Kempy, etc., etc. - a tu, niestety, żywej duszy. Nawet najskromniejszego spotkania opłatkowego Krakowskiego Klubu "Gazety Polskiej", no nic po prostu. Żaliliśmy się tak nad swoim losem, a czasu mieliśmy w bród: bo zanim nadeszły pierwsze dania, minęła prawie godzina.
Mój towarzysz dostał żurek z wędzonką i jajkiem, pochłaniał zadowolony. Spróbowałem - dobry, ciemny, żurowy. Nad tym żurem dyskutowaliśmy o polskiej klasyce, o tym, że nędzna bywa i zawsze człowiek zadowolony, kiedy spotka coś porządnego. Ja wziąłem ozorek cielęcy na cieniutkie plasterki pokrojony, ułożony zgrabnie na kopczyku majonezowej sałatki ziemniaczanej; w ten kopczyk były jeszcze wetknięte najdrobniejsze listki sałaty rzymskiej, jasnozieloniutkie, chrupiące. Bardzo dobre danie, proste i dające skomponowane zgrabnie, nie mieliśmy żadnych wątpliwości; i ozorek do tego przedni. Nasza dyskusja przeszła więc natychmiast na kulinarne gusta Klubu "Gazety Polskiej". Dobrze mają, jęczeliśmy, ślicznie. Pławią się w kuchni dobrej, na luzie, z widokiem na Bracką. No i na takie ozorki bym do nich wracał, mówiłem namiętnie, może tylko za drugim razem posłałbym kucharzowi słówko, że dużo oliwy leje po wierzchu; ale za trzecim razem, kto wie, może bym się skusił na dyskusję?
Kiedy tak rozmawialiśmy, kelnerka postawiła nam na stole dania drugie. Mój przyjaciel wziął polędwiczki wieprzowe z polentą i fasolką szparagową, bo tamtego dnia miał gust na wieprzowinę. Sos pieczeniowy oblewał te polędwiczki z góry, choć przecież był zapiekane w boczku i takie zalanie sosem im wcale nie służy. Jednak miało sens, bo skrywało bladość mięsa, jego podgrzewanie, jego - niestety - bylejakość. Polędwiczki jak polędwiczki, przepis podstawowy; ale ten sos od razu wydał się nam podejrzany. Konsystencję miał nienaturalną, jakby nie z kuchni pochodził, a z koncentratu; i było go zdecydowanie za dużo. Polenta zaś od początku do końca fatalna, o dziwacznym posmaku, jakby cynamonu do niej dosypano, a może czegoś chemicznego.
Ja wziąłem kaczkę na purée jabłkowym, z ziemniakami i czarną porzeczką. Kaczka, tak jak polędwiczki wieprzowe zresztą, jest znakomitym testem na umiejętności kucharza. Mojej kaczki trzeba się było domyślać, bo calusieńka była zalana sosem (i znów ten sos podejrzany, nienaturalny). Myślałby kto: nie wiedzieć po co. Jasne, że wiadomo. Po to mianowicie, żeby ukryć, jak niewiele jest warta, jak bardzo smakuje odgrzewaną kaczką, taką kaczką o miękkiej skórze, rozpulchnionej, jakby była gotowana, a nie pieczona. Jabłka, ziemniaki, wszystko sosem zaplamione, wszystko o smaku sosu - a na pocieszenie kilka rozmrożonych porzeczek.
W tym czasie zaczął się w sąsiedniej sali wielki tumult. Damy w kapeluszach i czapkach i dżentelmeni (w tym jeden chyba w bryczesach) przemieszczali się między stolikami. Znosili zewsząd krzesła i fotele, żeby usiąść naprzeciw stołu prezydialnego; na ciasteczka nawet nie rzucili okiem, tak byli zaaferowani zbliżającym się spotkaniem. Bo było spotkanie! Już nadchodził prof. Andrzej Nowak, już Klub "Gazety Polskiej" ożywał, a my jeszcze dojadaliśmy wieprzka, jeszcze dogryzaliśmy kacze kosteczki.
Wyszliśmy zawiedzeni - dlatego głównie, że mogło się zdarzyć coś wielkiego. A tu klapa, niestety: wielkie zadowolenie wzbudziła jedna tylko przystawka, a to zdecydowanie za mało, nawet jak na klubową knajpę. Szliśmy Bracką, mój doradca snuł obrazy: niech no pan popatrzy, dwie knajpy całkowicie różne tuż obok siebie! Tu Nowa Prowincja, miejsce poniekąd lewackie, nawiedzane przez noblistkę (a ona wiadomo jakie ma korzenie, wiadomo, kogo chwaliła); a na pierwszym piętrze gniazdo prawicy, Macierewicz Antoni zjada zupki, kotleciki zamawia. I tylko brama dzieli te dwa lokale, a przecież dzieli je wszystko. W Sempre Bracka ten rodzaj pań, które nie zdejmą futrzanej czapki nawet pod przymusem, w Prowincji zaś młodzieńcy skorzy do wszystkiego i młode panie, dzikie, zarośnięte dredem. Paweł i Gaweł, szanowne, szanowni.
A więc to możliwe! Czego i Wam życzę.
Kiermasz świąteczny. Precz z garmażerią, wiwat sery >>
- 2 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
-
Wielkie żarcie Nowickiego. Drzwi w drzwi
szama3
27.12.10, 22:11
-- ta ohydna baba, która jest właścicielką tej budy gdzie jest Nowa Prowincja własnie na tka wygląda, że tylko macierewicz nowak i kępa do niej pasują, chociaż zdarzało się widzieć Psa (tj»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





