Pod Słońcem. Zimowa depresja

Wojciech Nowicki
14.01.2011 , aktualizacja: 06.02.2011 17:34
A A A Drukuj
Jakoś tak tuż po nowym roku popadłem w leciutką depresję. Chodzić, myślałem, nie ma gdzie. Co o jakiejś knajpie pomyślę, to mi się zaraz odechciewa. Przyczyna prosta: koniec poprzedniego roku i sam początek obecnego był dla mnie wielce łaskawy, najadłem się smacznie, wesół byłem.

ZOBACZ TAKŻE
A wtedy zawsze to kudłate, zębate coś, co siedzi we mnie, mówi, że to już koniec, że się to może długo nie zdarzyć, że skoro była hossa na moim rynku, to zaraz będzie bessa. Postanowiłem - a, co mi tam, pójdę w parę miejsc klasycznych, a nigdy nieoglądanych. Odrobię straty.

Najpierw pomyślałem o restauracji Pod Krzyżykiem. Dawno miałem ją na liście. Zaglądam do internetu, a tu: „Pod Krzyżykiem Restauracja Polska 1580. Drodzy Klienci restauracja » Pod Krzyżykiem «od dnia 1 stycznia 2011 zostaje zamknięta”, etc., etc. Zakląłem szpetnie: to Pod Krzyżykiem przez 430 lat przyjmowała gości, a mnie się zachciało pójść w dwa dni po likwidacji? Wstyd trochę, trzeba przyznać (no, chyba że ta data w nazwie co innego znaczy). Więc postanowiłem zmienić kierunek i pójść w linię A-B - do restauracji Pod Słońcem. Ostrożnie sprawdziłem w internecie: z ciemnego ekranu wyleciała księga, taka niby-starożytna, ukazał się szczegółowy opis lokalu - „najlepsze gatunki win”, „wydarzenia sportowe na żywo”, prasa i, niesłychana rzecz, dwa stoliki z dostępem do internetu. To są największe zalety. Nie uważacie, że warte sprawdzenia?

Bo ja uważam, że każda knajpa przy Rynku powinna zostać sprawdzona, prześwietlona i opisana jak najdokładniej. Takie wilcze prawo: im bliżej centrum, tym widoczniejsze miejsce. Poszliśmy więc minigrupą, zeszliśmy do głębokiej piwnicy. Wybraliśmy stolik - ale przyszedł kelner i uprzedził, że przy tym stoliku wieje. Cóż, nic dziwnego, na dworze mróz, a w oknie dziura. Wybraliśmy inny stolik, zatopiliśmy się w karcie, a oczka nam latały na boki. Siedzi się w takich jakby przedziałach, stoliki wyłożone kafelkami. Kamień piwniczny, mocno poczerniony. Rodzi się podejrzenie, że ta knajpa trwa niezmieniona od wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Kelner jest szybki, przynosi sztućce - a one zawinięte w taką najcieńszą papierową serwetkę.

Bierzemy wszystko, co nam przyjdzie do głowy. Jakoś nie mamy ochoty na szaszłyki (ech, to była moda w zamierzchłej epoce), więc cyk, prosimy o przystaweczkę: nazywa się "przysmak zakonnika" i jest to "owoc gruszy faszerowany serem pleśniowym w sosie balsamicznym podawany na ciepło". Owoc gruszy w języku ludzi mniej wykwintnych oznacza gruszkę. W tym wypadku akurat - coś w rodzaju kompotowej gruszki, z serem pleśniowym (byle jakim) zapieczonym na złoto - czego, dodawać nie muszę, zwykle z serami o pleśni niebieskiej nie robi się wcale. A do tego ocet balsamiczny, i plasterek cytryny, i listek sałaty; o smakach rozwodził się nie będę, bo beznadzieja, ale dekoracja cudo. Maszyna wriemieni.

Ja zamówiłem sobie zupę w chlebie, zupę grzybową. Grzybowa była grzybowa, bez wielkiego pomysłu, ale całkiem dobra; z jednym minusem - rozciapanym makaronem. Wyjadałem moją zupę mechanicznie ze starej chlebowej skorupy, a wzrok skanował zastawę. Na stole tylko przystawka i zupa, a były jednocześnie talerze białe okrągłe i białe kwadratowe, brązowe okrągłe, i okrągłe w ciapki. Widać, że przez lata zbierali, widać, że chcą się pochwalić, jakby to był co najmniej Rosenthal po prababci. (Dodam jeszcze, że równocześnie z pierwszymi daniami dostaliśmy eleganckie "czekadełko": nieświeże bułeczki z kulką smalcu. Do gruszki z serem pleśniowym? Do octu z Modeny?).

Nie byliśmy zachwyceni, ale wiedzieliśmy przecież, że zaraz, za parę chwil, nadejdą drugie dania. I wtedy Hiszpanie naprzeciwko, i Polki w głębi, i w ogóle wszystkie żywe istoty w zasięgu wzroku padną na kolana. Bo w przypływie radości zamówiłem sobie danie o wszystko mówiącej nazwie "płonąca polędwica po królewsku podawana z kurkami, podgrzybkami i pieczarkami z zestawem surówek (polędwica wołowa 120 g)". Wyobraźcie sobie ten moment, moment pychy, kiedy skrzypią drzwi od kuchni, wybiega kelner z ogniem pełgającym na talerzu, kobiety piszczą, Hiszpanie sięgają po aparat, ale jest już za późno, bo oto danie stoi przede mną i lekko płonie. Stoi i ma zapach ogniska, dokładniej zaś ziemniaków na ognisku pieczonych; ta moja polędwica jest bowiem zanurzona w gęstym sosie, i jedyne, co się na moim talerzu pali, to ziemniaki.

No, co mam powiedzieć? Okropne, tłuste, osmalone ziemniaki, kawałek dość wysmażonego mięsa - zamówiłem krwiste - i takie dwie surówki jak ze stołówki, taka klasa barowa: kleks surówki ciemnej i kleks surówki jasnej, nieważne z czego, i tak były zbyt zimne, żeby ich próbować. Reszta naszej grupka wzięła sobie "tradycyjny schab polski w panierce podawany z kapustą zasmażaną (schab 150 g)". Schaboszczak miał znajomy smak, smak chleba, bo panierka była na palec gruba, miękka, bez najmniejszej chrupkości. Do tego ziemniaki, trzy kule takiego niby-purée pełnego gruzłów rozmaitych, jakby kucharz ubijał je łyżką. No i powinniście zobaczyć kolor kapusty, kolor wielbłądziej wełny, taki żółto-brązowy. Nie od kapusty taki się zrobił, tylko od uporczywego dosypywania środków w rodzaju jarzynki - dla nadania smaku jarzynki, jak myślę.

Kiwaliśmy głowami nad talerzami pełnymi jedzenia, kiwaliśmy jak najmędrsi z mędrców Syjonu. Obok nas stały w wazonie wielkanocne bazie, a pod baziami leżały czerwone paczki przewiązane wstążką, symbolizujące bożonarodzeniowe prezenty. Tak, powiedzieliśmy sobie, w tej restauracji zatrzymał się czas i stoi, już rozpoczął beznadziejny trud pożerania własnego ogona; a jedyny znak jego upływu to ta patyna pokrywająca mury. Szczęście tylko, że ten lokal pod ziemią i nie bardzo go widać. Jeśli macie ochotę zobaczyć jak w fotoplastykonie jakim nieszczęsnym narodem (w kulinarnym sensie) byliśmy przed laty, restauracja Pod Słońcem stoi otworem.

Restauracja Pod Słońcem, Rynek Główny 43

Dwie osoby zamówiły i nie dojadły dania za 97,50 zł.

Edo Fusion. Nowe otwarcie >>



Podziel się

  • 17 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

  • Wielkie żarcie Nowickiego. Tour de Pologne, eta... olaboga1111 15.01.11, 09:53

    Kiedy ten Nowicki przeprowadził się do Krakowa i zrzucił łachy co w nich świnie pasał? Wikipedia pisze ze on rocznik 68 (co pewnie po linii Gazety) Skoro on nie zna jednego z najstarszych »

  • Wielkie żarcie Nowickiego. Tour de Pologne, eta... czyjakawa 16.01.11, 20:11

    Najsmutniejsza prawda o Krakowie - tutaj NIE MA gdzie smacznie i uczciwie zjeść. Wszystko pod kasę i turystów, których można oszukać bo i tak wyjądą i nie wrócą. Przykre to.»

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu