Trattoria Soprano. Coś o wchodzeniu dwa razy
04.02.2011
, aktualizacja: 12.02.2011 14:13
Najtrudniej wejść do knajpy, którą się codziennie mija. Albo się uda od razu, albo klapa.
ZOBACZ TAKŻE
- Alarm w sprawie Kleparza (25-03-11, 06:00)
- Media Aetas. Czarna dziura (25-02-11, 06:00)
- Grappolo d'Oro. Piekło-niebo (18-02-11, 06:00)
- Sicilia. Świetnie i po swojemu (11-02-11, 06:00)
- Rendez-vous en France. La douce France (28-01-11, 06:00)
- Karma. Lunch za rogiem (21-01-11, 06:00)
- Pod Słońcem. Zimowa depresja (14-01-11, 06:00)
SERWISY
Czekam, czekam, nie wiem, po co właściwie, aż mija rok albo więcej, i już nie pójdę nigdy. W tym wypadku - a mam na myśli lokal Soprano - było odrobinkę inaczej. Chodziłem tam jeść dawno temu, jadłem pizzę z jakąś tam przyjemnością; bo uważałem, że jest uczciwie robiona i o większe pretensje było trudno. (No, z ręką na sercu: można było mieć pretensje, tylko nie bardzo było do kogo porównać w owych czasach). Potem - darujcie te historyczne wtręty, są konieczne - robiło się gorzej i gorzej, aż nas wywiało do innych lokali. Ot, co.
Z doświadczenia wiem, jak się w naszych restauracjach zmienia. Szyld wisi latami, wnętrze niezmienione, a w środku przechodzą tajfuny. Zmienia się właściciel, kucharze wylatują co miesiąc, na ich miejsce przychodzą nowi; a kelnerami to już w ogóle nikt się nie przejmuje. (Są trochę jak szczury krakowskie albo gołębie: kto by ich zliczył? Kto by się przejmował ich migracjami?). Więc mijając codziennie Soprano, myślałem sobie, że może i tu się coś pozmieniało? Że znów jest dobrze, fajnie, a ja, powodowany niegdysiejszą niechęcią, mijam knajpę i nigdy do niej nie wchodzę.
Zdarzył się taki wieczór, wieczór udręki i głodu, kiedy wciągnęła mnie za pysk witryna Soprano. Bo on lat patrzę na ludzi bezczelnie szczęśliwych, wysiadujących w tych oknach, patrzę na nich i zazdroszczę. Oni najwyraźniej się cieszą z tego siedzenia. Im najwyraźniej jest dobrze. Postanowiłem dołączyć. Zjeść postanowiłem. Pchnąłem drzwi od lat dla mnie zamknięte.
Co się rzuca już od drzwi, to straszliwa ciasnota. Nie, nie ma zbyt wielu klientów; nie, lokal nie jest wcale taki mały. Po prostu stoliki poupychane są wszędzie. Do tego ciemnawo, ciemno po prostu, więc ta ciasnota się z ciemnościami kumuluje - ja takich efektów nie lubię. Na stół ma padać światło jasne i białe, to nie takie trudne przecież. Po trzecie (o Chryste, aż mi się nie chce tego pisać, bo mi przykro się robi) - ten dizajn... No wiecie, murki fałszywe, żyrandole spawane, jakaś taka niby to rustykalność ogólna i nie wiadomo jaka. Można powiedzieć, że to udaje Włochy, że Hiszpanię, że Grecję, że Bałkany, albo że to taki wymysł ogólny. To wnętrze, pełne półścianek, słupów, metaloplastyki mogłoby być Pałacem Strachów w jakimś wesołym miasteczku. (Dodać należy, że się chyba nic w Soprano nie zmieniło od dnia otwarcia, i że trattoria aż krzyczy o modernizację).
Dość na razie. Zamawiam. Wziąłem minestrone, i to była naturalnie minestrone wiosenna - a Włosi, trzeba to kucharzom naszym wypalić rozgrzanym żelazem na skórze, to jest naród taki, który je wyłącznie rzeczy sezonowe. Przełom roku i wiosenna zupa to jest dla włoskiej kuchni obraza. Raz, że niepotrzebnie drogo, dwa, że nieodpowiednio. (Bo jeśli się trzyma sezonowych rzeczy, to są wtedy najsmaczniejsze, w kwiecie - jeśli mi wolno tak powiedzieć - swego wyrazu). Poza tym jednak było mi smacznie, zupa była dobra, z warzywami twardawymi jeszcze; a ja takie najbardziej lubię. Pomyślałem sobie - eee tam, grunt, że smacznie przecież. Grunt, że ktoś dla mojego oka użył do tej zupy zielonego kalafiora, takiego specyficznego, takiego wesołego, takiego chrupiącego. Fajnie, myślałem. Fajnie, że się przemogłem i wszedłem.
Na drugie wziąłem saltimboccę - czyli mięso owinięte w prosciutto, z dodatkiem świeżej szałwii, razem z mięsem smażonej. Słone to było okropnie, bez sensu podlane sosem pieczeniowym, a szałwii było, jakby to był produkt Herbapolu. Dobre danie, ale zmarnowane do szczętu, niestety. Do pary dostałem ziemniaki zapiekane z rozmarynem, rzecz prostą, o ile się doda rozmaryn, oczywiście, a nie jedną igiełkę. No i czemu kelner proponuje pieczone ziemniaki, skoro mięso zalane sosem? Podsumowanie: zupa smaczna, drugie zepsute.
Pomyślałem jednak, że może przesadzam. Że trudno tak sąsiedzką knajpę biczować za jednokrotną wizytę. Że może, owszem, toalety już nieco znużone życiem - może to mnie tak zbiesiło? No nie wiem. Grunt, żeśmy poszli po raz drugi. W maleńkiej grupie.
Tu już nie będzie cudów i wprowadzeń. Zamówiliśmy dania proste i niezbyt drogie, ale też (jak się zastanowić chwilę) całkiem nietanie. Ja wziąłem pizzę z czterema serami i miałem poczucie, że jem macę. Na wiór wyschła, pełna wielkich bąbli, pękających z trzaskiem; no i oczywiście podsypana nieprzyzwoicie grubo mąką kukurydzianą - co, jak powszechnie wiadomo, wywołuje nieludzkie pragnienie, a w następstwie - kupowanie piwa. A pośrodku ten sam placek był miękki i obwisły, flakowaty. Jedna pizza, dwa skrajne uczucia, oba równie do dobrej pizzy nieprzystające. Łatwiej poszło z tagliolini z krewetkami: trudno byłoby twierdzić, czytelniczki przemiłe, a także wy, mniej mili czytelnicy, że to był makaron z sosem. To była wielka chochla sosu z dodatkiem makaronu. No nie wiem, może w Soprano ktoś kupi książkę o włoskim gotowaniu? Żeby kucharz zrozumiał, jaka jest kolej rzeczy: sos, makaron, potem się to miesza, krótką chwilę razem podsmaża, dosypuje się zieleninę (albo i ser, jeśli zachodzi potrzeba) - i dzwonek, na salę, do widzenia. Sos ma mieć smak wyrazisty, bo daje się go niewiele, a smakiem musi zabarwić całą porcję makaronu. Tak pokrótce wygląda technologia.
To był błąd, oczywiście, że tam polazłem. Powtórne włażenie do tej samej rzeki nie może się skończyć sukcesem. Ale też - takie jest moje zdanie, moja nadzieja - na porażkę jest skazane podawanie jedzenia w salach ciemnych i ciasnych; kucharzenie byle jakie, choć zmieniły się czasy; nie może wiecznie trwać zmęczony życiem pojemnik w toalecie, spękane ściany, odświeżacz z różowego plastiku. To jest obciach po prostu, i w końcu ktoś to zrozumie, jak ja to zrozumiałem.
Trattoria Soprano, ul. św. Anny 7
Jeden obiad i dwa półobiady za w sumie 130 zł.
Z doświadczenia wiem, jak się w naszych restauracjach zmienia. Szyld wisi latami, wnętrze niezmienione, a w środku przechodzą tajfuny. Zmienia się właściciel, kucharze wylatują co miesiąc, na ich miejsce przychodzą nowi; a kelnerami to już w ogóle nikt się nie przejmuje. (Są trochę jak szczury krakowskie albo gołębie: kto by ich zliczył? Kto by się przejmował ich migracjami?). Więc mijając codziennie Soprano, myślałem sobie, że może i tu się coś pozmieniało? Że znów jest dobrze, fajnie, a ja, powodowany niegdysiejszą niechęcią, mijam knajpę i nigdy do niej nie wchodzę.
Zdarzył się taki wieczór, wieczór udręki i głodu, kiedy wciągnęła mnie za pysk witryna Soprano. Bo on lat patrzę na ludzi bezczelnie szczęśliwych, wysiadujących w tych oknach, patrzę na nich i zazdroszczę. Oni najwyraźniej się cieszą z tego siedzenia. Im najwyraźniej jest dobrze. Postanowiłem dołączyć. Zjeść postanowiłem. Pchnąłem drzwi od lat dla mnie zamknięte.
Co się rzuca już od drzwi, to straszliwa ciasnota. Nie, nie ma zbyt wielu klientów; nie, lokal nie jest wcale taki mały. Po prostu stoliki poupychane są wszędzie. Do tego ciemnawo, ciemno po prostu, więc ta ciasnota się z ciemnościami kumuluje - ja takich efektów nie lubię. Na stół ma padać światło jasne i białe, to nie takie trudne przecież. Po trzecie (o Chryste, aż mi się nie chce tego pisać, bo mi przykro się robi) - ten dizajn... No wiecie, murki fałszywe, żyrandole spawane, jakaś taka niby to rustykalność ogólna i nie wiadomo jaka. Można powiedzieć, że to udaje Włochy, że Hiszpanię, że Grecję, że Bałkany, albo że to taki wymysł ogólny. To wnętrze, pełne półścianek, słupów, metaloplastyki mogłoby być Pałacem Strachów w jakimś wesołym miasteczku. (Dodać należy, że się chyba nic w Soprano nie zmieniło od dnia otwarcia, i że trattoria aż krzyczy o modernizację).
Dość na razie. Zamawiam. Wziąłem minestrone, i to była naturalnie minestrone wiosenna - a Włosi, trzeba to kucharzom naszym wypalić rozgrzanym żelazem na skórze, to jest naród taki, który je wyłącznie rzeczy sezonowe. Przełom roku i wiosenna zupa to jest dla włoskiej kuchni obraza. Raz, że niepotrzebnie drogo, dwa, że nieodpowiednio. (Bo jeśli się trzyma sezonowych rzeczy, to są wtedy najsmaczniejsze, w kwiecie - jeśli mi wolno tak powiedzieć - swego wyrazu). Poza tym jednak było mi smacznie, zupa była dobra, z warzywami twardawymi jeszcze; a ja takie najbardziej lubię. Pomyślałem sobie - eee tam, grunt, że smacznie przecież. Grunt, że ktoś dla mojego oka użył do tej zupy zielonego kalafiora, takiego specyficznego, takiego wesołego, takiego chrupiącego. Fajnie, myślałem. Fajnie, że się przemogłem i wszedłem.
Na drugie wziąłem saltimboccę - czyli mięso owinięte w prosciutto, z dodatkiem świeżej szałwii, razem z mięsem smażonej. Słone to było okropnie, bez sensu podlane sosem pieczeniowym, a szałwii było, jakby to był produkt Herbapolu. Dobre danie, ale zmarnowane do szczętu, niestety. Do pary dostałem ziemniaki zapiekane z rozmarynem, rzecz prostą, o ile się doda rozmaryn, oczywiście, a nie jedną igiełkę. No i czemu kelner proponuje pieczone ziemniaki, skoro mięso zalane sosem? Podsumowanie: zupa smaczna, drugie zepsute.
Pomyślałem jednak, że może przesadzam. Że trudno tak sąsiedzką knajpę biczować za jednokrotną wizytę. Że może, owszem, toalety już nieco znużone życiem - może to mnie tak zbiesiło? No nie wiem. Grunt, żeśmy poszli po raz drugi. W maleńkiej grupie.
Tu już nie będzie cudów i wprowadzeń. Zamówiliśmy dania proste i niezbyt drogie, ale też (jak się zastanowić chwilę) całkiem nietanie. Ja wziąłem pizzę z czterema serami i miałem poczucie, że jem macę. Na wiór wyschła, pełna wielkich bąbli, pękających z trzaskiem; no i oczywiście podsypana nieprzyzwoicie grubo mąką kukurydzianą - co, jak powszechnie wiadomo, wywołuje nieludzkie pragnienie, a w następstwie - kupowanie piwa. A pośrodku ten sam placek był miękki i obwisły, flakowaty. Jedna pizza, dwa skrajne uczucia, oba równie do dobrej pizzy nieprzystające. Łatwiej poszło z tagliolini z krewetkami: trudno byłoby twierdzić, czytelniczki przemiłe, a także wy, mniej mili czytelnicy, że to był makaron z sosem. To była wielka chochla sosu z dodatkiem makaronu. No nie wiem, może w Soprano ktoś kupi książkę o włoskim gotowaniu? Żeby kucharz zrozumiał, jaka jest kolej rzeczy: sos, makaron, potem się to miesza, krótką chwilę razem podsmaża, dosypuje się zieleninę (albo i ser, jeśli zachodzi potrzeba) - i dzwonek, na salę, do widzenia. Sos ma mieć smak wyrazisty, bo daje się go niewiele, a smakiem musi zabarwić całą porcję makaronu. Tak pokrótce wygląda technologia.
To był błąd, oczywiście, że tam polazłem. Powtórne włażenie do tej samej rzeki nie może się skończyć sukcesem. Ale też - takie jest moje zdanie, moja nadzieja - na porażkę jest skazane podawanie jedzenia w salach ciemnych i ciasnych; kucharzenie byle jakie, choć zmieniły się czasy; nie może wiecznie trwać zmęczony życiem pojemnik w toalecie, spękane ściany, odświeżacz z różowego plastiku. To jest obciach po prostu, i w końcu ktoś to zrozumie, jak ja to zrozumiałem.
Trattoria Soprano, ul. św. Anny 7
Jeden obiad i dwa półobiady za w sumie 130 zł.
Rendez-vous en France. La douce France >>
- 24 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
13 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





