Grappolo d'Oro. Piekło-niebo
18.02.2011
, aktualizacja: 20.02.2011 14:30
Na Szerokiej smagał wiatr. Z przyzwyczajenia patrzyłem po knajpach. Szeroka cała nimi jest oblepiona. Knajpy, cmentarz, synagoga, policja i fryzjer.
ZOBACZ TAKŻE
- Wielkie żarcie Nowickiego. Wzorzec sklepu (01-04-11, 06:00)
- Alarm w sprawie Kleparza (25-03-11, 06:00)
- Wino Garage. Wino, coraz więcej wina (11-03-11, 06:00)
- O polskiej kuchni. Wileńska broszura (04-03-11, 06:00)
- Media Aetas. Czarna dziura (25-02-11, 06:00)
- Sicilia. Świetnie i po swojemu (11-02-11, 06:00)
- Trattoria Soprano. Coś o wchodzeniu dwa razy (04-02-11, 06:00)
- Rendez-vous en France. La douce France (28-01-11, 06:00)
SERWISY
Skąd ten fryzjer i po co, taki niedopasowany? Policja, wiadomo, jest na Szerokiej przedwieczna, sam się na tej policji stawiałem, sam składałem wyjaśnienia. Ale żeby fryzjernia, tuż obok Szarej na Kazimierzu, tuż obok cmentarza? Zagadka nowych czasów. Nierozwikłana.
Takie snułem rozważania, aż mój wzrok padł na restaurację (tuż za olśniewająco białą "Makietą projektu rozbiórki" Roberta Kuśmirowskiego): szyld głosi Grappolo d'Oro, restauracja, pizzeria, lunch bar. Wróciłem dzień później. Zostały zamówione specoddziały, do towarzystwa i do pomocy. Wejście jak wejście, po lewej wina, potem bar, po prawej chyba właściciel, toczy ponurym wzrokiem po wchodzących, słowem się nie odezwie. Dalej po lewej półki - powtórka z rozrywki właściwie, bo to są te same towary, które kiedyś stały na półkach w śp. Barolo na Zwierzynieckiej. Albo mi się tak tylko wydaje. (Ale raczej mam pewność). Obsługa zaprasza do piwnic, bo na cztery osoby brak miejsca na górze. Trudno, darmo, złazimy. Dostajemy karty. Czytamy.
I w tym momencie, czytelniczki, czytelnicy, słychać lekuchne "pyk", bo oto się dokonuje czar, przemiana, jakiś duch odnowy pojawia się przy naszym skądinąd ciemnym stoliku. "Nooo", mówi jedno, "mnie się ta karta podoba", "hmmm", mówi drugie dla odróżnienia, "mnie się właściwie bardzo podoba ta karta", i tak dalej, w ten sam deseń. Niektóre sprawy karta wyjaśnia tylko częściowo, więc pytamy kelnerkę. "A z jakiej ryby to carpaccio?" Kelnerka na to, że nie wie. Recytuje za to dania, których dzisiaj nie ma. (A my myślimy - to może dobrze, że nie ma? Może się okaże, że tu wszystko na świeżo robione?). No to my zamawiamy dania, które są. I dopytujemy o różne sprawy, "a czym ten pulpet nadziewany?" na przykład, a kelnerka jak mantrę obronną wypowiada, że nie ma pojęcia, bo bez obrazy, to jej pierwszy dzień w restauracji. Wysyłamy ją do kuchni, przynosi część odpowiedzi, zamawiamy.
Carpaccio di pesce (w tym przypadku - z tuńczyka) okazuje się dobre, bardzo dobre. Parę listków rukoli, żeby było ostrzej nieco, parę cząstek cytryny, jeśli ktoś sobie lubi dokwasić, dzięki temu silny, męski smak tuńczyka w pełni się wyraża, w sumie przekąska bardzo wyrafinowana. Bardzo morska do tego, widelce po nią sięgają chętnie, łapska się wyciągają po ciepły chleb, jest radośnie. Myślimy sobie - i mówimy - noo, ta dziewczyna, trudno, jeszcze nic nie umie, nauczy się może (choć to ostatnie z powątpiewaniem mówimy); ale przynajmniej w kuchni wiedzą, co czynią. Przychodzą dania pierwsze. Orecchiette z sosem pomidorowym i bazylią - szczyt prostoty, a do tego wspomnień na tony. Bo kiedy się pamięta orecchiette suszące się w korytku, na ulicach, właśnie przez kobiety w czerni zrobione, kiedy się przypomni słońce tamtejsze, tamtejsze wakacje, to trudno, żeby atmosfera nie stała się ciepła. Jedna uwaga: ten cudowny makaron w kształcie uszek (stąd jego nazwa) był ciut-ciut niedogotowany. Ale już sos w sam raz, aromatyczny, więc można było darować.
Spaghetti alle cozze, czyli z mulami, potwierdziło, że z tymi uszkami to była chwilowa pomyłka. Świetne spaghetti, w sam punkt ugotowane, lekko czosnkowe, z mulami jak straż Murzynów dookoła talerza. I duża porcja do tego - cóż, prawdziwie włoskie pierwsze danie, takie dla zapchania brzucha, i smaczne, i proste, i morskie. ("Poprawiło nam się jednak, w ojczyźnie naszej", mówiliśmy do siebie, własnym losem rozanieleni). Mnie się dostało tagliatelle al Grappolo d'Oro, z prawdziwkami i białą kiełbasą - wiadomo, po prawdziwkach można się w lutym spodziewać najgorszego. A tu wręcz przeciwnie. Jędrne paski grzybów, słodkawe grudki kiełbasy, makaron ugotowany jak należy: słowem, danie, na które chce się wracać, danie, w którym dzikie walczy o prymat z łagodnym, ale żadne rywalizacji nie wygrywa, bo wszystko się zlewa w jednię, wszystko się ze sobą zgadza. Z tej radości zamówiliśmy wino, a wina mają tam niektóre tanie jak barszcz - ot, zwykłe jakieś białe, ale 33 złote za butelkę. (Kelnerka zaczęła rozlewać, zaczynając od przypadkowo wybranej osoby - więc jej mówię, że powinna od tego, kto zamawiał. A ona z błyskawicą w oku: "No, na tym to już się zupełnie nie znam", a miało to znaczyć, żebym się od niej odwalił).
Tylko jedna osoba czekała wciąż na swoje risotto, risotto z szafranem. W końcu risotto dostała, podziobała, ale to osoba grzeczna i układna, nie chciała robić przykrości. W końcu szepnęła, że coś słone. Spróbowałem - gębę wykrzywiło mi na wszelkie strony, zabolało aż do trzewi. Przesycony roztwór solny, z obrzydliwym posmakiem na dodatek. Bez analizy golnąłem szklanicę wina, bez analizy poleciałem po kelnerkę. Naszej nie było. Była inna - "to wie pan, ja znajdę koleżankę, niech ona to wyjaśni". Przyszła nasza kelnerka: "o co chodzi, ja to wyjaśnię w kuchni". Kiedy nic nie ma do wyjaśniania! Sól, sól, sól! Ten leń w kuchni nawet nie spróbował, co podaje! Sypał soli w rytm włoskiej muzyki, w rytm swego kaca może - aż podał rzecz haniebną. Zjedliśmy jeszcze drugie danie, jagnięce kotleciki, sztuk dwie, o wiele za długo pieczone, z ziemniakiem upieczonym z rozmarynem; doprawdy szkoda gadać. Wielkie nic. No i był pulpet, nadziany szynką i mozzarellą, trzy plastry, w bardzo słonym, ale i słodkawym sosie. Pulpet pyszny, delikatny, sos dyskusyjny, porcja mała.
"Wszystko to przygotuje dla Państwa nasz wspaniały kucharz włoskiego pochodzenia", powiada strona internetowa. A ja powiadam: kucharz sobie przysnął, stół zaściełały zużyte serwetki, sztućce nie do pary, brudne talerze. Na stoliku leżała obok zapomniana pizza w pudełku. O kelnerce film by można nakręcić. Rozumiem, że początkująca - ale to w końcu twarz lokalu.
Grappolo d'Oro to coś dla miłośników ryzyka i wina. Wino tanie, ryzyko w cenę wliczone. Soli ile wlezie.
Grappolo d'Oro, ul. Szeroka 31
Makarony 12-25 zł. Butelki zaczynają się od 25 (!!!) zł.
Takie snułem rozważania, aż mój wzrok padł na restaurację (tuż za olśniewająco białą "Makietą projektu rozbiórki" Roberta Kuśmirowskiego): szyld głosi Grappolo d'Oro, restauracja, pizzeria, lunch bar. Wróciłem dzień później. Zostały zamówione specoddziały, do towarzystwa i do pomocy. Wejście jak wejście, po lewej wina, potem bar, po prawej chyba właściciel, toczy ponurym wzrokiem po wchodzących, słowem się nie odezwie. Dalej po lewej półki - powtórka z rozrywki właściwie, bo to są te same towary, które kiedyś stały na półkach w śp. Barolo na Zwierzynieckiej. Albo mi się tak tylko wydaje. (Ale raczej mam pewność). Obsługa zaprasza do piwnic, bo na cztery osoby brak miejsca na górze. Trudno, darmo, złazimy. Dostajemy karty. Czytamy.
I w tym momencie, czytelniczki, czytelnicy, słychać lekuchne "pyk", bo oto się dokonuje czar, przemiana, jakiś duch odnowy pojawia się przy naszym skądinąd ciemnym stoliku. "Nooo", mówi jedno, "mnie się ta karta podoba", "hmmm", mówi drugie dla odróżnienia, "mnie się właściwie bardzo podoba ta karta", i tak dalej, w ten sam deseń. Niektóre sprawy karta wyjaśnia tylko częściowo, więc pytamy kelnerkę. "A z jakiej ryby to carpaccio?" Kelnerka na to, że nie wie. Recytuje za to dania, których dzisiaj nie ma. (A my myślimy - to może dobrze, że nie ma? Może się okaże, że tu wszystko na świeżo robione?). No to my zamawiamy dania, które są. I dopytujemy o różne sprawy, "a czym ten pulpet nadziewany?" na przykład, a kelnerka jak mantrę obronną wypowiada, że nie ma pojęcia, bo bez obrazy, to jej pierwszy dzień w restauracji. Wysyłamy ją do kuchni, przynosi część odpowiedzi, zamawiamy.
Carpaccio di pesce (w tym przypadku - z tuńczyka) okazuje się dobre, bardzo dobre. Parę listków rukoli, żeby było ostrzej nieco, parę cząstek cytryny, jeśli ktoś sobie lubi dokwasić, dzięki temu silny, męski smak tuńczyka w pełni się wyraża, w sumie przekąska bardzo wyrafinowana. Bardzo morska do tego, widelce po nią sięgają chętnie, łapska się wyciągają po ciepły chleb, jest radośnie. Myślimy sobie - i mówimy - noo, ta dziewczyna, trudno, jeszcze nic nie umie, nauczy się może (choć to ostatnie z powątpiewaniem mówimy); ale przynajmniej w kuchni wiedzą, co czynią. Przychodzą dania pierwsze. Orecchiette z sosem pomidorowym i bazylią - szczyt prostoty, a do tego wspomnień na tony. Bo kiedy się pamięta orecchiette suszące się w korytku, na ulicach, właśnie przez kobiety w czerni zrobione, kiedy się przypomni słońce tamtejsze, tamtejsze wakacje, to trudno, żeby atmosfera nie stała się ciepła. Jedna uwaga: ten cudowny makaron w kształcie uszek (stąd jego nazwa) był ciut-ciut niedogotowany. Ale już sos w sam raz, aromatyczny, więc można było darować.
Spaghetti alle cozze, czyli z mulami, potwierdziło, że z tymi uszkami to była chwilowa pomyłka. Świetne spaghetti, w sam punkt ugotowane, lekko czosnkowe, z mulami jak straż Murzynów dookoła talerza. I duża porcja do tego - cóż, prawdziwie włoskie pierwsze danie, takie dla zapchania brzucha, i smaczne, i proste, i morskie. ("Poprawiło nam się jednak, w ojczyźnie naszej", mówiliśmy do siebie, własnym losem rozanieleni). Mnie się dostało tagliatelle al Grappolo d'Oro, z prawdziwkami i białą kiełbasą - wiadomo, po prawdziwkach można się w lutym spodziewać najgorszego. A tu wręcz przeciwnie. Jędrne paski grzybów, słodkawe grudki kiełbasy, makaron ugotowany jak należy: słowem, danie, na które chce się wracać, danie, w którym dzikie walczy o prymat z łagodnym, ale żadne rywalizacji nie wygrywa, bo wszystko się zlewa w jednię, wszystko się ze sobą zgadza. Z tej radości zamówiliśmy wino, a wina mają tam niektóre tanie jak barszcz - ot, zwykłe jakieś białe, ale 33 złote za butelkę. (Kelnerka zaczęła rozlewać, zaczynając od przypadkowo wybranej osoby - więc jej mówię, że powinna od tego, kto zamawiał. A ona z błyskawicą w oku: "No, na tym to już się zupełnie nie znam", a miało to znaczyć, żebym się od niej odwalił).
Tylko jedna osoba czekała wciąż na swoje risotto, risotto z szafranem. W końcu risotto dostała, podziobała, ale to osoba grzeczna i układna, nie chciała robić przykrości. W końcu szepnęła, że coś słone. Spróbowałem - gębę wykrzywiło mi na wszelkie strony, zabolało aż do trzewi. Przesycony roztwór solny, z obrzydliwym posmakiem na dodatek. Bez analizy golnąłem szklanicę wina, bez analizy poleciałem po kelnerkę. Naszej nie było. Była inna - "to wie pan, ja znajdę koleżankę, niech ona to wyjaśni". Przyszła nasza kelnerka: "o co chodzi, ja to wyjaśnię w kuchni". Kiedy nic nie ma do wyjaśniania! Sól, sól, sól! Ten leń w kuchni nawet nie spróbował, co podaje! Sypał soli w rytm włoskiej muzyki, w rytm swego kaca może - aż podał rzecz haniebną. Zjedliśmy jeszcze drugie danie, jagnięce kotleciki, sztuk dwie, o wiele za długo pieczone, z ziemniakiem upieczonym z rozmarynem; doprawdy szkoda gadać. Wielkie nic. No i był pulpet, nadziany szynką i mozzarellą, trzy plastry, w bardzo słonym, ale i słodkawym sosie. Pulpet pyszny, delikatny, sos dyskusyjny, porcja mała.
"Wszystko to przygotuje dla Państwa nasz wspaniały kucharz włoskiego pochodzenia", powiada strona internetowa. A ja powiadam: kucharz sobie przysnął, stół zaściełały zużyte serwetki, sztućce nie do pary, brudne talerze. Na stoliku leżała obok zapomniana pizza w pudełku. O kelnerce film by można nakręcić. Rozumiem, że początkująca - ale to w końcu twarz lokalu.
Grappolo d'Oro to coś dla miłośników ryzyka i wina. Wino tanie, ryzyko w cenę wliczone. Soli ile wlezie.
Grappolo d'Oro, ul. Szeroka 31
Makarony 12-25 zł. Butelki zaczynają się od 25 (!!!) zł.
Sicilia. Świetnie i po swojemu >>
- 8 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
8 głosów
-
Wielkie żarcie Nowickiego. Piekło-niebo
misself
20.02.11, 15:08
Film to by można było nakręcić o kelnerach w Polsce ogólnie - przy tych zarobkach, jakie oferują restauratorzy, trudno się dziwić, że większość kelnerów pracuje po amatorsku.Ale do rzeczy - »
-
"Z przyzwyczajenia patrzyłem po knajpach"
turpin
20.02.11, 17:15
Żeby to z przyzwyczajenia. Raczej z jakże smutnej konieczności zawodowej. Z irracjonalnego przyzwyczajenia to ja, trawiony nostalgią emigrant, czytuję te wypociny. Juści lepiej pisałby o»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





